Wybrzeże Nordeste

Posted by Admin on Cze 1, 2010 in Kategoria główna |

Mały statek, smętnie zawodząc dieslowskim silnikiem zbliżał się powoli acz nieuchronnie do rozpościerającego się przed dziobem miasta. Dziesiątki pasażerów obstawiło burty i ciekawie wyglądało doków ostatniego portu tej podróży. Po dżungli hamaków rozwieszonych w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach obu pokładów, pozostały już tylko ziejące nagością słupy i haki. Rozległy się pierwsze dźwięki komórek, zapowiadających zapewne , że na tam na brzegu ktoś czeka. Świat się zmieniał. Zielony krajobraz rajskich ogrodów przeistaczał się. Coraz rzadsza i zupełnie inna już aniżeli jeszcze dwa dni wcześniej roślinność ustępowała cywilizacji reprezentowanej w tym miejscu globu- u wrót oceanu Atlantyckiego, gdzie dobiega końca żywot największej z rzek świata- przez półtoramilionowe miasto, o zdaje się nie przypadkowej nazwie, zwiastującej narodziny nowej krainy geograficznej- Belem ( pol. Betlejem).

Wraz z końcem rejsu statku kończył się wspaniały etap podróży. Opuszczaliśmy zieloną Amazonię, krainę niepochodzącą z tego świata. O zobaczeniu tej części świata marzyłem od kiedy sięgam pamięcią. Niejednokrotnie odbywałem do niej podróże tuż przed snem wyposażony w dziecięcą fantazję dzierżąc w dłoniach atlas geograficzny stanowiący portal umożliwiający najdalsze wyprawy. I choć marzenia, szczególnie te pochodzące z czasów gdy człowiek był jeszcze pacholęciem, często zderzają się z brutalnością rzeczywistości, amazonia przerosła nasze najśmielsze oczekiwania.

Tymczasem, gdy marynarz wychylony przez niebieską burtę rzecznego statku wyrzucił na nabrzeże grubą brązową linę cumowniczą, a obsługa portu niespiesznie ją pochwyciwszy umocowała ją solidnie przy jednym ze stanowisk portowych, nasza przygoda z równikową dżunglą dobiegła końca. Byliśmy w Belem. Mieście, które swoje największe dni, kiedy to stało na straży wrót do amazonii miało już za sobą.

Belem (Para)

Tuż po opuszczeniu portu, przybysz, zdaje sobie sprawę, że znalazł się w diametralnie różnym mieście aniżeli te, do których przyzwyczaił się w trakcie pobytu w amazonii. Nowoczesna architektura, wysokie budynki, szerokie aleje, ubiór mieszkańców, dostrzegalny na ulicach pośpiech, inna moda, sklepy, knajpy, restauracje, wszystko to jest kompletnie nie podobne do chociażby Manaus, które ma ponad pięćset tysięcy mieszkańców więcej. Tutaj wyczuwa się odrobinę charakteru europejskiego i choć jest to tylko chwilowe, powstałe na skutek zderzenia się z nowym światem po doświadczeniach amazońskich uczucie, wśród wielu myśli przebiega nuta zawodu, czuje się, że to wszystko gdzieś się już widziało, jak gdyby ktoś poskładał znane już elementy w nową całość.

Być może nie sprawiedliwie oceniliśmy Belem. Być może na nasze wrażenia wpływ miały jeszcze niedawne przeżycia. Niemniej jednak nie zrobiła na nas wrażenia starówka pełna pięknych kamienic i kościołów, stary targ ver-o-peso, na którym poznaliśmy gros nowych nieznanych dotąd owoców i przeżywaliśmy pierwsze doświadczenia związane z kuchnią regionu Nordeste. Nie urzekły nas odnowione, szklane doki, w których mieści się browar ważący kilka rodzai piwa po astronomicznych wprost cenach, ani deptak wiodący wzdłuż rozlanej na setki kilometrów w swej delcie Amazonki.

Belem

Miastu nie można odmówić charakteru oraz pewnego uroku. Z pewnością jest na swój skromny sposób unikalne, a zarazem wciąż wtórne i choć brzmi to paradoksalnie, to tak właśnie jest, gdyż owa unikalność polega wyłącznie na zestawieniu znanych elementów w nową całość.

Być może Belem to coś w rodzaju hybrydy, stanu przejściowego pomiędzy amazonią a właściwym Nordeste. Miasto jest stolicą stanu Para, tego samego, w którym leży na wskroś amazońskie Santarem, jednocześnie znajdując się już bardzo blisko oceanu i dla amazonii będąc jedynie ostatnim bądź pierwszym przystankiem w odległych podróżach w głąb kontynentu.

Niestety, to co od razu rzuca się w oczy to brud. Na ulicach zalegają stosy śmieci, brzegami szos i chodnikami nie raz płyną niewiadomej proweniencji potoki i wszystko robi wrażenie jak gdyby zużytego, służącego jeszcze lecz de facto już nadającego się do lamusa.

Fortaleza (Cera)

Spędziwszy w autokarze dwa dni, w tym… urodziny jednego z autorów, przejeżdżając przez dwa stany- Piaui i Maranhao (z przepiękną podobno stolicą Sao Luis, której starówka znajduje się na światowej liście dziedzictwa UNESCO i której nie IMGP3977zobaczyliśmy) dotarliśmy do Fortalezy- stolicy stanu Cera. O mieście wiedzieliśmy niewiele i jak się wkrótce miało się okazać, nie było to przypadkiem, gdyż w mieście niewiele ciekawego się znajduje. Na upartego można by spróbować streścić wrażenia w jednym akapicie:

W mieście znajdują się dwie plaże- Meireles i Playa do Futuro, których główną atrakcją poza piaskiem i wodą są jangadas, czyli coś w rodzaju kolorowych tratw z żaglem, których biedni jak mysz kościelna rybacy używają do swoich codziennych rannych połowów. Obie plaże przedzielone są dużym portem przemysłowym. Wzdłuż Meireles pobudowano dziesiątki luksusowych, gigantycznych hoteli, które od plaży oddziela tylko deptak, z setkami knajpek ożywających po zmroku. Ożywają one jednak dość specyficznym życiem. Ich klientami są przeważnie turyści adorowani przez poruszające się w watahach prostytutki. Zjawisko od strony socjologicznej jest niezwykle absorbujące i nasuwa wiele ciekawych wniosków, więc nie omieszkaliśmy dwóch wieczorów w tej specyficznej atmosferze spędzić. Coś jeszcze… a tak… w Fortalezie jest wiele większych i mniejszych jeziorek, bajor i stawów. Tyle! No, dodajmy jeszcze aby być sprawiedliwym i mieć czyste sumienie, że w mieście znajduje się też starsza część (nie powalająca na kolana), której najciekawszym chyba elementem jest stare molo zbudowane w angielskim stylu, przywodzące nieco na myśl symbol angielskiego Brighton. Przy dobrej pogodzie (to chyba kwestia wiatru), można z niego obserwować surferów ślizgających się po niemałych atlantyckich falach. Zapomniałbym wspomnieć jeszcze o starym forcie portugalskim…No i okazuje się, że akapit wcale nie wyszedł taki krótki, jak się spodziewałem, zacznijmy więc następny.

IMGP3985

Elementem charakterystycznym dla Nordeste, z którym spotkaliśmy się w Fortalezie była kuchnia i rytualne jedzenie feijoada (której próbowaliśmy już w Manaus), czyli w bardzo dużym uproszczeniu bigosu, w którym kapustę zastępujemy czerwoną fasolą. A nie upraszczając to duszona fasola z elementami świńskimi- piszę świńskimi, gdyż uszy, ogon, raciczki dodawane do potrawy obok tradycyjnych części szynki, golonki, karczku, czy polędwiczki, ciężko nazwać wieprzowiną. Całość posypuje się nieodłączną farofa, czyli mąką z manioku. Choć wydaje się to niewyobrażalne, całość doskonale komponuje się z pomarańczami. Po solidnej porcji feijoada, dwugodzinna sjesta jest koniecznością, niemal integralną częścią posiłku.

Charakterystyczną cechą Fortalezy jest upiorna pogoda. Gorąco jest nieznośne. Z niedowierzaniem spoglądaliśmy późnym wieczorem na termometr wskazujący kilka kresek powyżej trzydziestu stopni, w czasie gdy, ciało odczuwało już rodzaj kojącego chłodu po termicznych trudach dnia. Południe i dwie następne godziny są czasem, w którym, ulice wyludniają się. Jeżeli nie ma absolutnej konieczności wyjścia z relatywnie chłodnych budynków, nikogo (poza turystami) na otwartym powietrzu się nie spotka. Dopiero godziny wieczorne skłaniają mieszkańców do spacerów i załatwiania swych spraw, a wtedy z kolei robi się tak tłoczno, że niekiedy kierowcy samochodów muszą się poddać i poruszać z prędkością na jaką pozwoli tłum.

IMGP3989

Długo w Fortalezie nie zabawiliśmy. Pomimo to, zestaw dwóch dużych miast odwiedzonych jedno za drugim wystarczająco nas zmęczył, abyśmy zatęsknili za urokami interioru, hamaków, namiotu, ogniska, ludzi dla których kontakt z białym stanowi swoiste novum i generalnie- za świętym spokojem miejsc, w których zasadniczo nie wiele lub nic się nie dzieje.

Wyruszyliśmy więc do Canoa Quebrada małego kurortu, w którym mieszkańcy Fortalezy chętnie spędzają czas wolny. Mieliśmy zabawić tam noc lub dwie i następnie przenieść się na plażę, codziennie pokonując kilka kilometrów wędrując od miasteczka do miasteczka.

Canoa Quebrada i wątpliwa przyjemność spacerów po piasku

Parafrazując D. Eisenhowera plany służą lepszej i skuteczniejszej improwizacji. Nasze założenia uległy zmianie pod wpływem rzeczywistości z jaką zetknęliśmy się w Canoa Quebrada.

Małe miasteczko, położone na zboczu okazałych rozmiarów wydmy jest przeuroczym kurortem z dziesiątkami pousad, z których, dzięki specyficznemu położeniu wioseczki roztacza się widok na Ocean Atlantycki; malowniczą, brukowaną i niezwykle zadbaną jak na brazylijskie standardy główną aleją o zdradzającej duże aspiracje (i świadczącej o dobrym samopoczuciu mieszkańców) nazwie- Brodway, przy której wieczorami rozstawiają swoje stoliki małe knajpki, sklepy z bardziej i mniej plażowymi fatałaszkami o zadziwiających cenach, kafejki internetowe, pizzerie, restauracje z kuchniami IMGP4077z różnych stron świata, kluby i inne lokale, w których sprzedaje się wszystko na co tylko turysta może chcieć wydać pieniądze.

Wieczorami Brodway tętni życiem, pomimo, iż według autochtonów, trafiliśmy na okres, w którym w Canoa niemal nie ma turystów. Po tygodniach spędzonych w dwóch betonowych dżunglach, odrobina lenistwa i zasmakowanie typowego dla kurortów (chyba na całym świecie) wakacyjnego życia było dokładnie tym co potrzebowaliśmy. Dlatego też, niechętnie spoglądając na dwudziestu kilku kilowe plecaki nie spieszyliśmy się zanadto z wyruszeniem w wędrówkę wzdłuż plaż Ceara, ciesząc się próżnym życiem spędzanym na plaży, w basenie i przy grillu.

Tak upłynęło pięć dni, po których to spakowaliśmy się, porzuciliśmy wygodne łóżka, zamieniając je na namiot. Długie marsze plażą, noce spędzane w namiocie przy dźwiękach rozbijających się fal, wydawały nam się z początku rzeczą bardzo przyjemną. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała nasze wyobrażenia.

Przede wszystkim czynnikiem, który potrafi nieznośnie uprzykrzyć życie jest temperatura. Ciało objuczone dwudziestoma pięcioma kilogramami, zmuszone do marszu w pełnym słońcu na rozgrzanej do granic możliwości plaży odmawia posłuszeństwa. Ilości wypacanej wody można mierzyć w litrach, co za tym idzie wzrasta też zapotrzebowanie na tę życiodajną ciecz. Tymczasem, jej dostępność jest mocno ograniczona, co prowadzi rzecz jasna do odwodnienia, które de facto uniemożliwia jakiekolwiek działanie.

IMGP4178

Po plaży zazwyczaj się spaceruje. Odbywa się godzinne przechadzki, których tempo nie ma najmniejszego znaczenia. Tymczasem dla nas, ograniczający prędkość grunt był podstawowym problemem. Wysiłek, który w normalnych warunkach owocuje pokonaniem dwudziestu, czy więcej kilometrów, w warunkach gigantycznej piaskownicy pozwala na pokonanie zaledwie kilku. Wieczorna analiza mapy staje się czynnością frustrującą, a każda myśl dotycząca dalszego marszu spotyka się z oporem.

W zasadzie jedynym miejscem, po którym da się jako tako iść jest ubity piasek, tuż przy linii wody. Niemniej, ze względu na kilkudziesięciometrowe pływy, występuje on tylko o określonych porach dnia. Po raz pierwszy pojawia się w okolicach godziny dziewiątej rano. Umożliwia to około dwugodzinny marsz, który później trzeba przerwać ze względu IMGP4139na tyranie słońca, która już około jedenastej pozwala na usmażenie jajka sadzonego na kamieniu. Drugą porą, kiedy możliwy jest marsz jest noc- ciemna, nie przecięta nawet odrobiną światła, bezksiężycowa (tak nam się akurat trafiło) noc.

Na koniec można dodać jeszcze, że nawet jeżeli ktoś ma ochotę się poddać, ewakuacja jest niemożliwa, gdyż do nadbrzeżnych rybackich wioseczek drogi nie doprowadzono. Ich jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym jest ocean. Zatem tak, czy inaczej trzeba iść.

Podsumowując- Welcome to paradise!

Rzecz jasna jest to obraz jednostronny. Okolica jest bowiem niezwykle malownicza. Wędrówka wzdłuż ogromnych wydm oraz biało- żółto- różowych klifów od strony estetycznej jest bardzo przyjemna. Szerokie (szczególnie w czasie odpływu), dzikie, złote plaże, po których biegają małe kraby przypominają zdjęcia z katalogów biur podróży oferujących wycieczki do morskiego raju. Kolorowe żagle jangadas urozmaicają granatowe połacie rozciągającego się po horyzont oceanu. Dźwięk rozbijających się potężnych fal stanowi przyjemną, kojącą kołysankę. Przygotowywanie posiłku na zaimprowizowanych z wielkich liści palmowych talerzach, nad skrzypiącym ogniem pozwala na zbliżenie się do natury. Wreszcie, widok plaży i oceanu, tuż po otwarciu namiotu o poranku jest w stanie narysować uśmiech na twarzy, pomimo zmęczenia niewyspania i zniechęcenia.

IMGP4137

Natal (Rio Grande do Norte)

Natal, czyli w języku polskim Boże Narodzenie, jest stolicą stanu Rio Grande do Norte. Siedmiuset osiemdziesięciotysięczne miasto usytuowane jest na najbardziej na wschód wysuniętym krańcu Brazylii (i w ogóle kontynentu południowo amerykańskiego). Leży ono bliżej Afryki aniżeli najdalej wysuniętych południowych i zachodnich granic kraju.

Współcześnie jest to bardzo szybko rozwijająca się, nowoczesna metropolia, w której turyście ciężko znaleźć coś ciekawego. Ewentualną atrakcją pozostają, jak zawsze na wybrzeżu, plaże. Szczególnie interesująca jest rozciągająca się wzdłuż dzielnicy Ponta Negra. Jest ona ulubionym miejscem mieszkańców miasta, co powoduje, że w zasadzie zawsze jest zatłoczona. Można na niej obserwować mecze siatkonogi. Dwie, dwuosobowe drużyny rywalizują ze sobą na zwykłym boisku do siatkówki plażowej. Zasady są bardzo podobne, jak w pierwotnej grze, z tym wyjątkiem, iż niedozwolone jest używanie rąk. Punkty zdobywane za pomocą przewrotki potrafią na prawdę imponować.

IMGP4180

Poza stałymi elementami przykuwającymi uwagę na plaży, a więc Brazylijkami w skąpych bikini, na Praia de Ponta Negra uwagę zwraca także malownicza, okazałych rozmiarów wydma wieńcząca prawy kraniec plaży. Morro da Careca, bo tak się nazywa, usytuowana jest wobec reszty linii brzegowej nieco pod kątem. Dlatego też, jej stromo schodzący do wody, piaszczysty stok tworzy wraz z resztą plaży dość urokliwą zatokę.

Pisząc o Natal należy wspomnieć także o jego muzyce, a właściwie o jednym konkretnym, specyficznym rodzaju muzyki. Mam na myśli forró, które to narodziło się właśnie w tym mieście.

[właściwe forró zaczyna się tak w ok. 1.05 filmu]

Po przystąpieniu, pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, Brazylii do drugiej wojny światowej, w Natal, ze względu na położenie geograficzne, powstała baza marynarki wojennej, z której zaopatrywano alianckie bazy w Afryce północnej. Przez Amerykanów miasto było nazywane „Trampoliną do zwycięstwa” oraz „Słonecznym miastem”. W tym czasie, w klubach oficerskich organizowano imprezy otwarte także dla Brazylijczyków. W ich trakcie grały lokalne zespoły, których podstawowymi instrumentami stały się akordeon i afrykański bębenek o nazwie zabumba. Teksty skupiały się na ciężkim życiu w interiorze oraz, co w Brazylii oczywiste, na miłości i pięknie tańca. Ponieważ imprezy organizowane przez Amerykanów odbywały się pod szyldem „For all”, wkrótce ten typ muzyki został przez Brazylijczyków ochrzczony mianem forró.

Dla mieszkańców Natal i szerzej- całego Nordeste, muzyka ta zdaje się być niezwykle ważna. Gdy tylko rozbrzmiewa, natychmiast w zasięgu wzroku pojawiają się pary kołyszące się w charakterystycznych ruchach. Ponadto w mieście znajdują się lokale, w których gra się tylko forró i wypełnione są niemal zawsze miejscowymi gośćmi.

Ostatnią rzeczą, o której warto wspomnieć opowiadając o Natal, jest jego nocne życie, które koncentruje się w Ponta Negra. W zasadzie cała dzielnica ożywa po zmroku, jednak szczególnie imprezowy jest jeden kwadrat ulic. Na jego środku pozostawiony został plac, na którym rozstawione są małe, okrągłe, wysokie stoliki należące do kilku knajp o owalnych bądź kwadratowych kształtach, otoczonych ladą barową, przy których gnieżdżą się goście. Niewielki skwer otoczony jest przez kolejnych kilka barów oraz trzy czy cztery kluby, których parkiety znajdują się częściowo wewnątrz budynku, a częściowo na świeżym powietrzu. W zasadzie ciężko wyobrazić sobie lepsze miejsce na imprezy. Istnieje tylko jedno „ale”. Miejsce to stało się centrum seksturystyki. Zatem przeważającą część klienteli stanowią starzy, bladzi IMGP4199i paskudnie spoceni Niemcy i Skandynawowie oraz otaczające ich młode Brazylijki. Sceny rozgrywające się w trakcie nocy należą raczej do kategorii przykrych, a przynajmniej estetycznie do przyjęcia. Jeżeli jednak, jest się w stanie przejść nad tym zjawiskiem do porządku dziennego, w miejscu tym można na prawdę fantastycznie się bawić, szczególnie, że młodzi ludzie nie są (i tu zrodziło się kilka teorii) nagabywani przez prostytutki.

Inna sprawa, że samo zjawisko jest niezwykle ciekawe. Nie będę tu pisał o zdziczeniu obyczajów, czy o podobnych pierdołach, bo daleko mi od oceniania, szczególnie strony miejscowej (starzy europejczycy budzili autentyczny wstręt- „to była kwestia smaku…”- cytując klasyka). Jest to zbędne, gdyż jakiekolwiek stanowisko należałoby w tym przypadku poprzedzić choćby pobieżną analizą. Zastanowić dlaczego te młode dziewczyny wybierają taki sposób zarabiania pieniędzy. Czy jest to kwestia społeczna, czy po prostu chodzenie po najmniejszej linii oporu. Dodatkowo też nie można zapominać, że wszystko ma miejsce w określonym miejscu na świecie o określonych zwyczajach i podejściu do życia. Polska- purytańska perspektywa, nie tylko wypacza obraz, ale w ogólne uniemożliwia jakąkolwiek głębszą analizę. W każdym bądź razie faktem jest, że dziewczęta uprawiają najstarszy zawód świata, a nie jest naszą sprawą ich motywacja. Dlatego też od ocen się powstrzymamy.

Dlaczego zatem zjawisko jest ciekawe? Atrakcyjność miejsca polega na tym, iż ciężko wyobrazić sobie większych rozmiarów burdel, w którym, na dodatek można spokojnie siedzieć i obserwować rozwój wypadków. A przy skali zjawiska (co najmniej dwieście osób zgromadzonych na niewielkim obszarze) nie trzeba chyba tłumaczyć, że dzieje się wiele. Człowiek zatem zajmując centralne na skwerze miejsce otoczony jest swoistym teatrem. I tylko od miejsca, na które zwróci się w danym momencie uwagę zależy czy ma się do czynienia z komedią, teatrem absurdu, groteską, tragikomedią, farsą, czy wprost egzaltowanym melodramatem.

Rzecz jasna, powyższy opis jest daleko idącym uproszczeniem. Nie jest to jednak ani miejsce, ani czas, na poważne rozwodzenie się nad różnymi aspektami tego zjawiska i analizą poszczególnych przypadków i wypadków. Przytoczę tylko na koniec klasyczne ruskie powiedzenie: Eto kak tigra jebat’ – i smieszno, i straszno.

PiK

Tagi: , , , , , , , , , ,

3 komentarze

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.