Wrota Nowego Świata

Posted by Admin on Gru 20, 2011 in Kategoria główna |

Pewnego pięknego, bezchmurnego i gorącego, marcowego dnia roku pańskiego 1741 na horyzoncie morskim karaibskiej perły w koronie hiszpańskiej pojawiły się żagle gigantycznej floty. Mieszkańcy wspięli się na miejskie mury, cartagena1których konstrukcję rozpoczęto sto pięćdziesiąt pięć lat wcześniej, po ataku jednego z najsławniejszych  korsarzy w historii ziemskich mórz i oceanów Sir Francisca Drake’a, który splądrował miasto i oszczędził absolutną destrukcję tylko za cenę ogromnego okupu. Bystre i ciekawe oczy poczęły wpatrywać się w bandery powiewające na masztach przybyszy. Gdy dostrzegły charakterystyczne białe flagi z czerwonym krzyżem zaprzysięgłego, największego arcy wroga hiszpańskiej korony, przerażeni ludzie w pośpiechu podążyli do domów, sięgnęli po szpadle i zaczęli zakopywać swój dobytek.

Do Cartageny zbliżała się olbrzymia  flotylla stu osiemdziesięciu sześciu okrętów angielskich pod dowództwem admirała Edwarda Vernona. Niczyje jeszcze oczy, w historii założonego pierwszego czerwca 1533 roku przez Pedro de Heredia miasta nie oglądały takiej potęgi. Zamiary przybyszów zaś łatwo było przewidzieć.

W XVIII wieku Cartagena de Indias była bezsprzecznie najważniejszym portem hiszpańskich kolonii w Nowym Świecie. Przez jej doki przechodziły wszystkie skarby z najdalszych zakątków kontynentu. W porcie ładowane były na okręty, które następnie podejmowały długą i niebezpieczną podróż do Europy. Srebro i złoto z dzisiejszych Boliwii, Peru, Ekwadoru, Wenezueli i Kolumbii  przechodziły przez kamienne nabrzeże Cartageny i umieszczane było w ładowniach olbrzymich i mocarnych galeonów jednej z najpotężniejszych flot swych czasów Tierra Firme. Tutaj przybywali oficjale, aby objąć swe nowe obowiązki w kolonialnym świecie Hiszpanii. Na okrętach wypływających z portów europejskich królowie Kastylii słali do Cartageny rozkazy dla swych wicekrólestw.

cartagena2

Tekst na temat żeglugi karaibskiej w XVII wieku „Zaginiony Galeon”

Miasto zostało założone w niezwykle dogodnym miejscu. Szybko stało się najważniejszym i najbogatszym na karaibskim wybrzeżu kolonii. Miejscowi kupcy bogacili się w błyskawicznym tempie. Szybko Cartagena mogła pochwalić się najznaczniejszą architekturą w całej Kolumbii. Początkowo domy budowano z drewna lecz w wyniku pożaru z 1552 roku, kiedy to spłonęła większość zabudowań, ówczesne władze zdecydowały, iż jedynymi materiałami z jakich będzie można w przyszłości wznosić nowe konstrukcje będą cegła i kamień.

Wkrótce nastąpiła ekonomiczna eksplozja. Port stał się nie tylko najważniejszym punktem handlowym, zaczęto nazywać go „Bramą Ameryki Południowej”. Wraz ze swoim oszałamiającym rozwojem, stał sie także łakomym kąskiem dla wszelkich morskich poszukiwaczy fortuny, a przede wszystkim dla sławnych karaibskich piratów. Coraz częściej z zazdrością i zawiścią spoglądali w jego kierunku hiszpańscy wrogowie. Cartagena stała się ofiarą wielu napaści. Jedną z największych w XVI wieku, która odcisnęła piętno na historii miasta było przybycie w 1586 roku floty dwudziestu czterech okrętów Sir Francisca Drake’a.

Historia tego (nie)sławnego oblężenia zaczęła się faktycznie w 1526 roku, gdy Henryk VIII, król brytyjski zapragnął w majestacie prawa posiąść nową małżonkę. Jego działania doprowadziły w efekcie doCartagena3 otwartego konfliktu z Watykanem, ekskomuniki angielskiego monarchy i powstania kościoła anglikańskiego. Wszystko to, co historiografia nazywa Wielką Królewską Sprawą miała też konsekwencje ściśle związane ze stosunkami bilateralnymi pomiędzy koroną brytyjską i hiszpańską.

Do czasu, kiedy Henryk VIII zapragnął posiąść za małżonkę pannę Boleyn, oba państwa  związane były przyjaźnią i nie wchodziły sobie w drogę prowadząc  swoje polityki zagraniczne, także te związane z nowo odkrytymi lądami. Niemniej jednak, dotychczasowa żona Henryka Katarzyna Aragońska pochodziła z rodu Habsburgów i należała do hiszpańskiej rodziny królewskiej. Jej wydziedziczenie, pozbawienie wszelkich tytułów i przywilejów oraz  wyrzucenie z dworu wraz z otwartym konfliktem z Papieżem, nie mogło obyć się bez radykalnej zmiany w stosunkach pomiędzy Anglia a arcykatolicką Hiszpanią.

Wojnę oba państwa wypowiedziały w 1585 roku. Rok później na horyzoncie morskim Cartageny, mieszkańcy miasta dostrzegli okręty idące ku perle Karaibów pod złowieszczą piracka banderą. Dowodził nimi Sir Francis Drake, drugi w historii żeglarz, który opłynął glob, człowiek o ogromnej sławie okrutnego i bezwzględnego korsarza. W przyszłości drugi w łańcuchu dowodzenia angielskiej floty, która rozgromiła potężną hiszpańską armadę w sławnej bitwie na wodach kanału La Manche 1588 roku. Dowódca floty ściskał w dłoni prosty rozkaz swej pani, królowej Elżbiety. Był on niezwykle lakoniczny – bezwzględnie złupić i ograbić to, co Hiszpanie mają najcenniejszego – Cartagenę, bramę Nowego Świata.

cartagena4Zadanie Drake’a było względnie proste. W 1586 roku miasto było słabo bronione. Fortyfikacje, które można podziwiać obecnie, jeszcze nie istniały. Drake bez problemu wyładował swoich żołnierzy na przedmieściach, a sam, wraz z dwudziestoma czterema okrętami przeszedł przez nieżeglowna obecnie cieśninę Boca Grande pomiędzy stałym lądem a wyspą Tierrabomba i wszedł na spokojne wody portu.

Miasto było słabo bronione, a jego władze uciekły. Wkrótce Drake siedział w fotelu gubernatora żądając w zamian za niezniszczenie miasta niebotycznego trybutu. Biskup negocjujący z korsarzem uległ gdy ten wystrzelił z jednej ze swoich armat w kolumnę budowanej katedry. Ostateczna suma pozostaje tajemnicą. Biskup, który oskarżał się o utratę części świątyni, zmarł ze zgryzoty kilka dni później, a Drake nigdy nie zdradził wysokości kwoty, oddając jedynie królowej obiecaną ilość hiszpańskich Realów.

Wkrótce po tym wydarzeniu postanowiono wznieść mury miejskie. Imponujący pierścień fortyfikacji można podziwiać po dziś dzień. Okala on całe stare miasto, do którego prowadzi przepiękna brama zwana Puerta del reloj, co na nasz język wykłada się jako brama zegarowa. Początkowo zwano ją Boca del puente (dosł. Usta mostu). Skonstruowana została tak, aby w przypadku oblężenia służyć również jako kaplica i zbrojownia. Nazwa została zmieniona w 1888 roku, kiedy to nabrała obecnych kształtów, gdy nadbudowano na niej wieżę zegarową skonstruowaną w stylu republikańskim. Tędy wciąż w XXI wieku wkracza się na ulice jednego z najwspanialszych i najlepiej zachowanych miast epoki kolonialnej w Ameryce Południowej.

Wcześniej mijamy pomniki pegazów stojące nad zatoką służącą onegdaj jako nabrzeże portowe, a obecnie już tylko miejsce załadunku licznych turystów wyruszających na archipelag karaibskich wysp Rosario (gdzie notabene do dzisiaj można podziwiać ogromną willę sławnego filantropa Pablo Escobara, który swojego czasu nawet zaproponował, że spłaci cały dług zagraniczny Kolumbii) i na Playa Blanca, gdzie można spędzić dzień wylegując się w cieniu palm na bielusieńkim piasku i chlupiąc się w turkusowej wodzie.

cartagena6

Playa Blanca

W tym miejscu zaczyna się dzielnica Getsemani. O ile w centrum zawsze mieszkała klasa wyższa i średnia, o tyle Getsemani, po dziś dzień zamieszkane jest przez miejscową biedotę. O samej dzielnicy warto napisać nieco więcej i tak zapewne stanie się w dalszej części tekstu, niemniej jednak, tutaj chciałbym jedynie wspomnieć, że właśnie przez Getsemani prowadziła jedyna droga, którą dotrzeć można stałym lądem do starego miasta.

U wrót Getsemani znajduje się most przerzucony przez kanał łączący ufortyfikowany półwysep z resztą lądu, na którego straży stoi ogromny fort, największy jaki kiedykolwiek Hiszpanie zbudowali w swych koloniach – Castillo de San Felipe de Barajas. Gdy do miasta przybył Drake był on zaledwie niepozorną strażnicą. Jednak, gdy po bogactwa Cartageny postanowił sięgnąć Admirał Vernon, zarówno on, jak i silne mury miejskie były gotowe do obrony. W tym miejscu powróćmy zatem do przerwanej narracji.

Vernon sformował szyk bojowy i podszedł pod mury miasta rankiem czwartego marca 1741 roku. Gdy znalazł się w zasięgu strzału armatniego zmienił kurs na zachodni i począł iść wzdłuż wybrzeża. Otworzył ogień, lecz i armaty na murach miejskich , które można podziwiać do dzisiaj, nie pozostały nieme.

cartagena7

Fort San Felipe de Barajas

Cartagena oniemiała z przerażenia. Atakowana była przez sto osiemdziesiąt sześć okrętów. Na wodach portu pływało jedynie sześć. Siły angielskie składały się z dwudziestu siedmiu i pół tysiąca ludzi, w tym dwóch pełnych pułków piechoty, sześciu tysięcy żołnierzy piechoty morskiej i trzech tysięcy sześćset żołnierzy oddziałów kolonialnych, wśród których znajdował się również brat Jerzego Washingtona, zapatrzony w umiejętności wojskowe Vernona. Wrota Ameryki Południowej poza wymienionymi sześcioma okrętami posiadały pomiędzy czteroma a sześcioma tysiącami obrońców. Oddziały hiszpańskie składały się głównie z kompanii milicyjnych i czterystu indiańskich łuczników.

Nadzieja jednak istniała. Miasto było bronione przez potężne mury i sieć fortyfikacji i fortów. Stał już największy kolonialny fort wszechczasów Castillo de San Felipe de Barajas, którym dowodził sławny Blas de Lazo – jednooki, jednoręki i jednonogi admirał hiszpański. Ponadto w Cartagenie rezydował wicekról Nowej Grenady Sebastian de Eslava.

Vernon zdawał sobie sprawę, że nie może przejść przez Boca Grande. Hiszpanie nękani wieloma atakami na przestrzeni

Blas de Lezo wraz z bosym Kiślem

dwóch wieków zdecydowali, że dwa wejścia na wody portu to za wiele i nie są w stanie bronić obu cieśnin, a w szczególności szerszej Boca Grande. Dlatego też postanowiono zbudować podwodny mur, czyniąc przejście nieżeglownym.

Dzięki temu cała obrona morska skoncentrowana została na Boca Chcia, gdzie ustawiono w rzędzie sześć dostępnych okrętów, oflankowanych fortem San Fernando de Bocachica i silną baterią San Jose.

Wzajemna wymiana ognia trwała tydzień. Hiszpanie w efekcie stracili wszystkie sześć statków i forty u wejścia do zatoki. Anglikom udało się wyładować pierwszych żołnierzy i wejść na spokojne wody portu. Niemniej ponieśli spore straty. Około tysiąca ludzi było rannych lub zabitych, zatonęło też kilkanaście okrętów.

Teraz najważniejszym celem dla Vernona stało się wejście do miasta. Ażeby tak się stało, należało najpierw zdobyć San Felipe de Barajas. Dwudziestego kwietnia Anglicy zdecydowali się na decydujący atak. De Lezo był gotowy. Obmyślił plan bitwy, umocnił fort, wykopał przed nim okopy, w których rozmieścił sześciuset pięćdziesięciu z pośród swoich ludzi. Resztą, trzystoma obsadził sam fort. Atak zaplanowany był na noc, tak aby działa San Felipe nie mogły wspomóc obrońców. Spóźnił się on jednak i obrońcy okopów zmuszeni byli do obrony bez wsparcia artylerii jedynie przez godzinę. Gdy słońce poczęło wspinać się na nieboskłonie, potężny, ogłuszający huk ogromnej baterii wypełnił powietrze. Kule armatnie wystrzeliwane z fortu przygniotły anglików do ziemi. Ponadto z miasta wymaszerowały posiłki, tysiąc żołnierzy, którzy zagrozili angielskim drogom odwrotu i mogli odciąć napastników od swoich okrętów.

Wtedy padł rozkaz odwrotu. Jedna z największych operacji przedsięwziętych w dziejach Karaibów zakończyła się fiaskiem. Hiszpańscy obrońcy dokonali rzeczy, która początkowo zdawała się niemożliwą. Dowódca obrony miasta Blas de Lezo został bohaterem. Niestety, w trakcie bitwy jedna z brytyjskich kul armatnich urwała mu drugą nogę i w wyniku ran zmarł kilka dni później. Do dzisiaj pozostaje jednak symbolem miasta, które po tej sławnej bitwie zwie się la Heroica. Jego pomnik stoi u podnóża San Felipe de Barajas i wszyscy przybywający tam turyści obowiązkowo robią sobie pod nim zdjęcie.

Bitwa ta, nazwana przez brytyjską historiografię Bitwą o Cartagenę Indii Wschodnich była jedną z największychcartagena9operacji morskich jakie przedsięwzięła kiedykolwiek Wielka Brytania. Była też punktem zwrotnym w historii Ameryk. Pozwoliła zachować Hiszpanii militarną dominację na Karaibach i w Ameryce południowej aż do XIX wieku. Brytyjczycy utracili łącznie jedenaście i pół tysiąca ludzi zabitych w trakcie bitew i przez choroby. Kolejne siedem i pół tysiąca zachorowało na pokładach okrętów. Zniszczono półtora tysiąca dział, a na dno poszło pięćdziesiąt siedem angielskich okrętów.

Hiszpańska dominacja na wodach karaibskich doprowadziła do tzw. srebrnego okresu Cartageny. Pomiędzy 1750 a 1808 rokiem miasto rozwijało sie w bajeczny sposób. Imigrowały do niego wszystkie klasy społeczne z każdego zakątka wicekrólestwa Nowej Grenady. Życie polityczne, społeczne i ekonomiczne przenosiło sie z Bogoty na wybrzeże. Powstawała ogromna ilość nowych, wspaniałych budynków. Cartagena stała się stolicą arystokracji wicekrólestwa, co wkrótce zaowocowało rozkwitem miejskiej architektury. W końcu sami wicekrólowie uznali, że ich dotychczasowa siedziba, dzisiejsza stolica Kolumbii Bogota stała się zbyt mało godną ich obecności. Na wybrzeżu bowiem leżało jedno z najwspanialszych miast ówczesnego świata. Przeniesiono zatem stolicę Nowej Grenady do Bramy Nowego Świata. Kolumbijski bank centralny szacuje, że w latach srebrnego okresu w Cartagenę zainwestowano sumę około dwudziestu jeden milionów hiszpańskich Realów, co przekłada się na równowartość dwóch trylionów (sic!!!) dzisiejszych amerykańskich dolarów.

*              *              *

Współcześnie Cartagena to opowieść o trzech miastach. Historyczne centrum stało się dominium turystów i części lokalnej klasy średniej i wyższej. Getsemani, tak jak niegdyś pozostaje dzielnicą biedy. Tutaj nad ulicami wiszą poszarpane kable prowadzące do obdrapanych kamieniczek. Tutaj też spotkamy najwięcej żulii, która do białego gringo ma tylko dwa pytania: Czy chcesz kupić kokainę i czy chcesz dziwkę. Więcej nie interesuje młodych, obrotnych przedsiębiorców z ulic dzielnicy zawdzięczającej swą nazwę ogrodom, w których Chrystus zdradzony został przez Judę Iskariotę. Tu ulice potrafią cuchnąc tym specyficznym odorem latynoskiej nędzy znanym choćby z brudnych zaułków wenezuelskiego, socjalistycznego raju. Tutaj tez ludzie są dalece bardziej agresywni, wrodzy, nie uznający nawet prawa bliźniego do zrobienia przed nimi zakupów, z zawiścią spoglądający na bogatych w ich mniemaniu, turystów.

Codzienny widok w dzielnicy Getsemani

Codzienny widok w dzielnicy Getsemani

Getsemani ma też inne oblicze. Dzielnica ma niepowtarzalną atmosferę nocnego życia. Jest ono tutaj bezdyskusyjnie najżywsze. Ludzie spotykają się wieczorami w małych knajpkach by sączyć słabiutkie piwka, czy nieco mocniejsze, obrzydliwe, anyżkowe aguardiente. Również tutaj, można przeżyć unikalne, prawdziwe kartageńskie fiesty uliczne, urządzane szczególnie hucznie w listopadzie.

Tak zabawnie (choć z innego punktu widzenia może być to koincydencja wprost tragiczna) się złożyło, że święto niepodległości Cartageny przypada w tym samym dniu, co naszej biednej, dotkliwie doświadczonej przez historie Ojczyzny. Zupełnym przypadkiem jedenastego listopada byliśmy w mieście. Przybyliśmy kilka dni wcześniej, dzięki czemu zdążyliśmy zawiązać już pierwsze znajomości. Z tego względu nie musieliśmy świętować sami. Zaproszono nas na jedna z ulic, aby przeżyć karnawał Cartageny wspólnie z miejscowymi.

Najpierw ulicami przewaliły się pstrokato i niezwykle skąpo odziane defilady. Jako, że Cartagena jest miastem cartagena14zasadniczo zamieszkanym przez murzynów, zwożonych tam za czasów kolonii masowo i ich potomków, czyli metysów i mulatów, taniec na ulicach jest dość specyficzny. Przypomina nieco ten znany z dokumentów traktujących o Afryce, gdzie mieszkańcy wiosek zbierają się przy ogniskach, wokół których krążą godzinami w takt muzyki wyklepywanej na bębnach. Są one oczywiście wzbogacone doświadczeniami kolonialnymi. Zatem murzyni są odziani, a ich ruchy straciły nieco na spontaniczności. Niemniej jednak, wciąż charakteryzują się tą specyficzną energią i rytmiką, które nie trudno rozpoznać.

Pomimo, iż cała parada jest niezwykle radosna, estetycznie zachwycająca, a umiejętności tancerzy budzą respekt, tym, co jest naprawdę godne uwagi i o czym warto napisać, szczególnie podkreślając tu, naszą, polska perspektywę, następuje później, po jej zakończeniu. Ludzie wylegają na ulice miasta. Co kilkadziesiąt metrów rozbrzmiewa inna muzyka. Niemal każdy wyposażony jest w tubę ze sprężoną pianą, którą oblewa się znajomych i obcych, słowem, wszystkich. Po piętnastu minutach, nie posiada się na sobie jednej suchej niteczki. Wszyscy tańczą zapamiętale i tylko co chwilę mokrzusieńkie, minimalistycznie odziane mulatki o nieopisywalnej wprost urodzie i kształtach ciała podchodzą, a raczej należałoby stwierdzić, przytańcowują, pytając czy wszystko w porządku, czy nie jesteśmy smutni. A my po prostu jesteśmy ulepieni z innej gliny. Nie uśmiechaliśmy się przez kilka chwil, przez moment zamyślił się któryś z nas, czy zapatrzył na jakiś odległy punkt. To już wystarczy, to pretekst dla mieszkanki Cartageny. Coś prawdopodobnie nas męczy, smuci. Ruchy ich ciał, mimika, spojrzenie, uśmiech, ten charakterystyczny, nieznoszący odmowy kształt, w jaki latynoska układa swe pełne usta i patrzy wywołując mrowienie w okolicach żołądka nie pozostawiają złudzeń. Uśmiech ma natychmiast powrócić na nasze twarze. My zaś nie mamy wyboru, to już w zasadzie swoisty imperatyw, wraz z nimi, mamy zatracić się na długie godziny w karnawałowym zapomnieniu.

Nie chcę w tym miejscu wcale powiedzieć, iż są to ludzie bezrefleksyjni, na tyle płytcy, że nie posiadają problemów, czy nie są zdolni zastanowić się nad nimi. Wielokrotnie z nimi rozmawiałem po jedenastym listopada. Ich życia niekoniecznie usiane są różami. Rzecz polega na czym innym i to jest chyba cecha Latynosów, której my nie posiedliśmy i prawdopodobnie nigdy nie posiądziemy. Ludzie z południa zachodniej hemisfery potrafią mentalnie dostosować się do czasu, w zasadzie do chwili. Kiedy nadchodzi czas smuty, smucą się i nie potrafią myśleć o niczym innym, gdy nadchodzi czas zabawy, cieszą się i troski dnia codziennego nie mają najmniejszego znaczenia. Opisał kiedyś sytuacje dowodząca prawdziwości postawionej tu tezy, w jednej ze swoich książek W. Cejrowski. Opisywał grupę mężczyzn, bodajże w Kolumbii, pomagających przy transporcie trumny. Opowiadał jak beznamiętnie wykonywali wszelkie czynności. I od razu stwierdził, że kilka godzin później, w trakcie pogrzebu będą załamywać nad tą samą trumną ręce i wyleją potoki łez – szczerze. To właśnie wtedy nastąpi czas na refleksję i przeżycie straty. Tak samo jest z zabawą. Jeżeli w Cartagenie to jedenasty listopada został świętem, to należy jedenastego świętować. Rozmawiałem z jedną z dziewczyn, która w święto niepodległości cieszyła się na ulicy, dnia następnego. Spotkałem ją smutna, wpatrzoną w podłogę i zapytałem się czy coś się stało. Odparła, że nie, że może po prostu jest trochę zmęczona. Gdy nie zmieniał się jej nastrój w trakcie rozmowy, powiedziałem, że jej niemal nie poznaję, że wczoraj nie znikał uśmiech z jej ust. Bez chwili zawachania stwierdziła: <<wczoraj była fiesta, dzisiaj jest dzisiaj>>. Aczkolwiek przecież jej problemy nie narodziły się dopiero dzisiaj…

cartagena10

Gdy komuś napomknęliśmy o tym, że w Polsce też mamy święto niepodległości jedenastego listopada, zapytał nas, jak je obchodzimy i czy przypomina to sposób świętowania z Cartageny. Na twarze wstąpił ironiczny uśmiech i zaczęliśmy klarować: zniszczone radiowozy, spalone dwa samochody transmisyjne jednej z telewizji, około dwustu aresztowanych, zniszczone miasto i napierdalanka na ulicach jakiej nasz rozmówca nie tylko w życiu nie widział ale i pewno ciężko byłby mu w ogóle coś takiego wyobrazić sobie.

– I to z okazji Święta Niepodległości – zapytał?

– Tak –odrzekliśmy.

– Nie rozumiem – stwierdził i dodał zaraz – Dlaczego?

– Nie ważne, nie zrozumiesz i uwierz nam, lepiej nie rozumieć. My, Polacy po prostu tak mamy.

– Dlaczego więc tam wracacie? Przecież tu jest lepiej, sami widzieliście jak ludzie się bawią, potrafią cieszyć z życia!

– Ano właśnie, dobre pytanie! – Zabrzmiało tylko głucho.

Trzecie oblicze miasta to Boca Grande, półwysep, który stał się kolumbijskim Miami. Wąski pas lądu zabudowany został białymi, ogromnymi apartamentowcami, luksusowymi hotelami i sklepami. Tutaj swe mieszkanka wczasowe mają najbogatsi Kolumbijczycy. Snobizm czuć w powietrzu. Właśnie w Boca Grande znajdują się jedyne miejskie plaże. W trakcie gorącego dnia, całe towarzycho gromadzi się tutaj. Momentami plaża sprawia wrażenie wybiegu dla modelek. Wszyscy przywdziewają wymyślne kostiumy, uzupełniane perłami, markowymi koniecznie, okularami słonecznymi, białymi kapeluszami i sącząc kolorowy koktajl, zerkają spode łba na sąsiadów. Kaprysy bywają niezwykle wymyślne.  Niektórzy zamawiają olbrzymie skórzane materace, na których przelegiwują cały dzień. Najwyraźniej plastikowy leżak niegodnym jest dotykać ich wypielęgnowanych, atłasowych tyłeczków.

miss Kolumbii 2011

miss Kolumbii 2011

Wraz ze świętem niepodległości do Cartageny zjeżdżają się królowe wszystkich stanów Kolumbii. Królowa, to nic innego aniżeli ochrzczona angielskim mianem nad Wisłą miss piękności. Świecką, kolumbijską tradycją jest, iż właśnie w dniach kartageńskiego karnawału wybierana jest najpiękniejsza Kolumbijka. Dzień przed zapadnięciem werdyktu, księżniczki ładowane są na duże łodzie wiosłowe (każda na jedną) i powoli obwożone wzdłuż całego półwyspu Boca Grande. Ponieważ w Kolumbii, tak jak i winnych krajach latynoamerykańskich, do wyglądu przywiązuje się niezwykle wiele uwagi, ta osobliwa defilada piękna gromadzi olbrzymie tłumy (wyposażone rzecz jasna w sprężoną pianę) i rodzi niezwykłe emocje.

Dla zwykłej draki postanowiliśmy w owych emocjach partycypować. Darliśmy się więc w niebogłosy i machaliśmy na potęgę. Osobistym osiągnięciem okazało się otrzymanie całkiem indywidualnego i prywatnego buziaka od prześlicznej, hebanowej królowej kolumbijskiej wyspy San Andres. Pomimo, iż było dla mnie jasne, że wybory wygra królowa stanu Santander, który paradoksalnie chyba najmniej obfituje w piękne kobiety (przynajmniej spośród tych, które dane nam było poznać), to i tak królową tego dnia została bezimienna boginka karaibskiej wysepki. Przynajmniej dla mnie.

Warto w tym miejscu zaznaczyć jeszcze jedną sprawą. Fenomen piękności Kolumbijek nie ogranicza się wyłącznie do tych wyselekcjonowanych z pietyzmem, przygotowanych specjalnie na tę chwile dziewcząt. W tym dniu, gdy posiadamy tę unikalną możliwość porównania, wybranych spośród setek z tłumem ulicy dochodzimy do dość ciekawych wniosków. Co czwarta, co piata dziewoja spotykana w rozgorączkowanym tumulcie spokojnie mogłaby w tej chwili, bez specjalnego przygotowania zająć miejsce w łodzi.

Zupełnie nienadzwyczajny widok na ulicach Catrageny

Zupełnie nienadzwyczajny widok na ulicach Catrageny

Kolumbijki, a szczególności mieszkanki Cartageny cieszą się fantastyczną urodą. Pierwsze chwile spędzane w mieście są istna orgią dla zmysłu wzroku, która wkrótce przeradza się w mękę. Wędrując ulicami nie sposób zebrać myśli, skoncentrować się. W końcu masa, której w pojedynkę przecież nikt w stanie ogarnąć nie jest, zaczyna sprawiać ból egzystencjalny. Nie tylko świadomość ilości i brak jakiejkolwiek możliwość pomnożenia własnej osoby nie daje spokoju. Człowiek zaczyna autentycznie męczyć się, zmysły zaczynają funkcjonować jakoś na opak, zęby bezwolnie zgrzytają, piąstka zaciska się na rękawie przyjaciela i przez zaciśnięte zęby dobywa się szaleńcza prośba straceńca pozbawionego nadziei, wcale niezupełnie pozbawiona sensu, zdająca się jedynym rozwiązaniem i szansą powrotu do rzeczywistości: <<Weź mnie wykastruj!!!>>. Tortura!

*              *              *

Stare miasto Cartagena de Indias to utracony świat hiszpańskich kolonii, ich przepięknej architektury, magicznej i gwarnej atmosfery kupieckich uliczek i przepychu królewskich budynków. Miasto emanuje charakterystycznym i unikalnym czarem., którym ledwie się zachłystywaliśmy będąc pacholętami i  oglądając filmy o żeglarzach tnących swymi drewnianymi okrętami turkusowe wody morza cartagena12Karaibskiego, nad którymi powiewała czarna flaga z trupią czaszką. Tu wciąż czuć zapach prochu strzelniczego dobywającego się z luf rozstawionych na miejskich murach armat, swąd ciał wiedźm palonych na stosie na głównym placu miasta przez świętą inkwizycję. Słychać pokrzykiwania handlarzy zachwalających pełne uzębienie murzynów, dopiero co rozładowanych ze statków zawijających do portu, wprost z Afryki. Stare murzynki wciąż przywdziewają pomarańczowe, długie suknie i noszą na głowach kosze z owocami. W kawiarenkach starzy Kolumbijczycy z siwymi brodami i nasuniętymi na spuchnięte oczy kapeluszami sączą czarną, sławną kolumbijską kawę, a my gringos, jakbyśmy widzieli samego Gabriel Garcia Marqueza siedzącego w wiekowej kafeterii, gdzieś na jednej z ulic Macondo. W pięknych kościołach , wśród starych murów, pomiędzy potężnymi kolumnami wciąż rozbrzmiewają słowa św. Pedro Clavera, „niewolnika niewolników” kartageńskich.

Ulice tętnią przejmującą, tkliwą muzyką murzyńską, w której pobrzmiewa tęsknota za utraconą wolnością. Kilkunastoletni czarni chłopcy i dziewczęta ubrani w pełne falban garnitury i długie suknie, pod pomnikiem libertadora Simona Bolivara, wirują w rytm melodii kipiącej w ich żyłach. Na charakterystycznych, drewnianych balkonach stare Kreolka ćmi papierosa spoglądając w dół na ruchliwe brukowane alejki. Amatorzy czujący wenę i marzący o sławie wielkich artystów szkicują kontury starej katedry. Uliczni handlarze sprzedają rzeźby i reprodukcje Botero, figurki murzynek z koszami owoców na głowach, koraliki z muszelek, kolorowe hamaki i całe mnóstwo innych dupereli. Co jakiś czas, starszy człek zaproponuje naparstek mocnej kawy, którą nalewa z wiekowego termosu. O bruk stukają kopyta białej klaczy zaprzężonej w dorożkę. Ospały stangret nie zwraca uwagi na parę czerwonych, spalonych karaibskim słońcem, starych anglików, którzy usiłują wytłumaczyć mu coś w swym ojczystym języku. Zielona papuga drze się w niebogłosy próbując wymusić na małym chłopczyku choćby kawałek soczystej bulwy zwanej mango. Ten, wpatrując się w nią swymi okrągłymi, brązowymi oczętami, niewzruszony konsumuje słodki owoc.

cartagena11

Przekraczając bramę starego miasta, pokonujemy portal przenoszący nas w czasie. Wracamy gdzieś do osiemnastego wieku, spieszymy wśród rozgorączkowanego tłumu, usiłującego w panice ocalić co najcenniejszego przed wielką flotyllą złowrogiego admirała floty brytyjskiej Edwarda Vernona. Oddychamy powietrzem minionych wieków i raz jeszcze przeżywamy dziecięce sny o karaibskich, odległych nieosiągalnych przygodach. Niezapomniane i nieocenione przeżycie.

PiK

Tagi: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.