W kierunku Machu Picchu, czyli w imperium Inków cz. II

Posted by Admin on Gru 30, 2011 in Kategoria główna |

W ten sposób dotarliśmy do miejsca, gdzie skończył się trud i znój a rozpoczął piękny etap tej wędrówki. Ostatnia, najwyższa przełęcz nie dostarczyła już tak wiele trudu jak dwie poprzednie. Znacznie łagodniejsze podejście uczyniło wysokość czterech tysięcy sześciuset metrów niestraszną. Dzięki temu, że pot nie spływał już obfitością potoków z czół, a myśli nie koncentrowały się wyłącznie wokół zmęczenia i podstawowych potrzeb organizmu, można było unieść wreszcie głowę i skupić się na pięknie otaczającego świata.

A trzeba przyznać, że był on zachwycający. Wędrowaliśmy głębokimi dolinami, ukrytymi przed światem pośród majestatycznych, budzących respekt ale i tchnących urodą i urokiem, olbrzymich gór. Szliśmy tak przed siebie podążając za krętymi, szutrowymi ścieżkami wijącymi się pośród andyjskich hal. Na swej drodze spotykaliśmy pasące się konie, niekiedy kozy, dzikie świnie poganiające ryjami swe warchlaki, a także nie spieszących się mieszkańców tych okolic prowadzących swe muły objuczone jakimiś towarami. Przekraczaliśmy skacząc z głazu na głaz rwące rzeki. Raz na jakiś czas mijaliśmy zbudowane z drewna lub kamienia opuszczone chaty, służące prawdopodobnie za schronienie wędrowcom w trakcie ulewnych dreszczów, które potrafią w tych okolicach nadejść zupełnie niespodziewanie. Niekiedy droga prowadziła w górę, co dawało niezwykłą sposobność przyjrzenia się zielonej dolinie z pewnej perspektywy, która dawała szansę na pogrążenie się w tym wyjątkowym stanie umysłu, który doświadcza samotny wędrowca, który znalazł się z dala od zgiełku cywilizacji.

_DSC0273

Ciężko nazywać takie doświadczenia. Porównać to można chyba to osobliwego stanu hipnozy, pewnej utraty kontaktu z realnym światem. Ludzkie myśli przestają wirować w tym charakterystycznym, zawrotnym tempie, do którego przyzwyczajeni jesteśmy. Ich rytm przestaje przypominać terkot silnika a zaczyna być bardziej płynny. Najpierw podąża do celu wędrówki niczym górski potok, lecz z czasem wyhamowuje nabierając prędkości wielkiej, cierpliwej i niespiesznej rzeki drążącej od tysięcy lat swe koryto.

Rzeczy, które zazwyczaj określamy mianem ważnych, odpływają, znikają z horyzontu trosk. Pojawia się na nim zupełnie innego rodzaju doświadczenie. Przypomina ono bardziej aniżeli klasyczne myślenie, kontemplację, zupełnie wyzutą z analizy, czy oceny.

Gdy wzrok śledzi krętą wstęgę szlaku, który czeka na nasze stopy, nie zastanawiamy się nad kilometrami pozostałymi do pokonania. Kojarzy się ona raczej z czymś co naturalnie następuje, jakby samoistnym szlakiem, po którym podążamy, bez specjalnej obecności woli, myśli, czy alternatywy.

Osobliwe wrażenia potęgują dodatkowo doświadczenia związane z interakcją z ludźmi, których spotykamy na naszej drodze. Na noc zachodzimy do małych wioseczek, zamieszkanych raptem przez kilka rodzin. Tak jak otaczające nas góry, czy spadające stromymi źlebami, rwące potoki, te, zdawałoby się istnieją tu od zawsze, niczym immanentny byt stanowiący to miejsce. Ich domy zbudowano jeszcze za czasów inkaskich. Świadczy o tym ich konstrukcja, materiał z jakiego zostały wzniesione, technika oraz ogradzające je kamienne płotki, dzielące tereny posesji.

Pukamy zatem w drzwi. O dogadaniu się po hiszpańsku raczej mowy nie ma. Jak ich pradziadowie, miejscowi rozmawiają językiem qechua, tak jak ostatni cesarz słońce imperium inkaskiego, który w okolicznych dolinach krył się przed hiszpańską obławą.

Najlepszy kontakt zazwyczaj łapie Matthias. Pomimo, iż jest Niemcem, jego umiejętności interpersonalne budzą podziw. Już dziesięć minut po przybyciu, kiedy my jeszcze nieśmiało patrzymy w ziemie, on już tarza się po trawie w zabawie z małymi Inkami. Ich rodzice najwyraźniej nie mają najmniejszego problemu z nami. Swymi gestami pokazują, gdzie możemy rozbić nasze kolorowe domki. Pytamy się jeszcze, czy możemy rozpalić ognisko. Prowadzą nas do miejsca, gdzie na ziemi zamiast zielonego dywanu jest osmolona dziura, wokół której walają się niedopalone polana. Tam już wkrótce skrzypi ogień. Słońce zachodzi za górami, mrok zapada szybko.

Poranki bywają chłodne. Nie chce się wychodzić z namiotu. Niemniej zdarza się, że miejscowi zapraszają nas do siebie, _DSC0288do środka. Pierwsze co rzuca się w oczy to brak posadzki. Próg oddziela klepisko na zewnątrz od klepiska wewnątrz. Pod ścianami stoją dwie ławy, i jedna duża prycza, na której najwyraźniej mieści się cała rodzina. Jest to bardzo praktyczne, przy braku ogrzewania, ciepłota ciał nie marnuje się. Trzeba przyznać, że tutejsi są mistrzami ekonomiki.

Na środku stoi palenisko, opalane drewnem. Komina brak, w suficie ze strzech mamy po prostu małą dziurę, którą odprowadzany jest dym. Ponieważ jednak, nie raz jest go dużo w pomieszczeniu, domownicy starają się żyć jak najniżej, przy samej, nazwijmy to – podłodze.

A na podłodze jest dość tłoczno i gwarno. O okruchy spadające ze stołu konkurują kury ze świnkami morskimi, wydającymi odgłosy pochodzące jakby ze sputnika. Cuy, jak nazywa się w tych okolicach tego niewielkiego gryzonia, stanowi miejscowy przysmak. Je się go od święta, tylko przy specjalnych okazjach. Na co dzień natomiast niezmienną potrawę stanowią smażone ziemniaki z ryżem i jajkiem, podane wymieszane i odrobinę osolone. To także przetrwało setki lat i wyobrażam sobie, że pomimo swego boskiego statusu, na śniadanie zdarzało się tą niewyszukaną potrawę jeść nawet samemu cesarzowi, gdy bawił w okolicach w trakcie swej niedoli, wygnany ze swej wspaniałej stolicy.

Po kilku dniach marszu nasz szlak łączy się z innym, znacznie popularniejszym. W tym miejscu następuje szok. Gdy schodzimy z naszej ścieżki i spoglądamy na odbywającą się przed nami paradę, w pierwszym momencie pozostajemy zupełnie oniemiali. Defilują przed nami doskonale wyposażone, kolorowe sotnie kawaleryjskie lub nowocześniejsze -zmechanizowane. Pstrokaci turyści poubierani w markowe stroje piechurów dzierżą modne w tym sezonie kijki do chodzenia w swych dłoniach. Z minami wielkich eksploratorów i zacięciem odkrywców maszerują przed nami w skoordynowanych, oddalonych od siebie o dziesięć minut kompaniach. Za nimi podąża zaś ich dobytek.

Sotnie kawaleryjskie mają na swym wyposażeniu muły. Każdych dwóch kawalerzystów posiada jedną bezpłodną krzyżówkę konia z osłem, która w pakiecie obdarzona jest też koniuszym, stanowiącym automatycznie wiernego (z pozoru) giermka naszych kolorowych ułanów. Na mule zaś podążają walizki z osobistymi precjozami eksploratorów, kuchnia, jej zaopatrzenie, namioty prywatne, namiot regimentu, namiot kuchenny, namiot kwatermistrzostwa oraz skromniejsze znacznie namioty giermków. Rozglądaliśmy się za markietankami lecz ich nie spostrzegliśmy. Jednak oddając honor płci pięknej, wspomnieć należy zapewne, iż współczesna sotnia jazdy andyjskiej niejednokrotnie składa się nie tylko z kawalerzystów ale i z ułanek, oczywiście z kijkami.

Sotnia zmechanizowana to już wyższa szkoła jazdy, a przede wszystkim logistyki turystycznej. Poza żołnierzem składa się na nią również kilka jeepów. Te rzecz jasna nie towarzyszą w trakcie wędrówki swym panom. Dojeżdżają one koordynowane perfekcyjnym grafikiem bitewnym opracowanym przez kwatermistrza, na wyznaczone pola biwaku. Gdy znużeni całodziennym marszem wędrowcy docierają na swe leża, tam czeka już wszystko na nich gotowe. Na gazowej dużej kuchni gotuje się trzydaniowy, pełen węglowodanów posiłek, który rzecz jasna jest bardzo miejscowy i regionalny, tyle, że bez przesady, bo przecież musi być jeszcze zjadliwy. Czekają wygodne namioty z rozłożonymi polówkami. Bo kto by się wyspał na karimacie!? Czeka zmiana stroju, jedna na wieczór, druga na jutro, co by marsz podjąć w świeżych, markowych skądinąd, fatałaszkach i last but not least, powiadając za naszymi anglosaskimi przyjaciółmi, czeka na nich rozkładany na miejscu biwaku, przenośny prysznic (sic!!!).

Tak wygląda dzisiejsza kawaleria! A nie my, umorusana niemiłosiernie, śmierdząca, tachająca na swych plecach swój mizerny dobytek, wygłodniała, zeszczurzona okopami, podła piechota.

Istne zderzenie światów. Odtąd przez trzy dni będziemy musieli iść razem, chcąc czy nie, tolerując się w drodze do wspólnego celu, osławionego Machu Picchu.

Niestety stąd wędrówka okazała się być już znacznie mniej malownicza. A zgiełk i tłok na szlaku przypominał raczej warszawską ulicę Marszałkowską, aniżeli zagubioną w porośniętych dżunglą górach, wydeptaną indiańskimi stopami, wąską ścieżkę. Szczególnie dokuczliwe są permanentne przystanki na poboczu, gdy trzeba przytulać się do skał, umożliwiając jeepom wyminięcie nas na wąskich dróżkach.

Tym sposobem, nie przedłużając już narracji i nie zanudzając  czytelnika detalami natury logistycznej, stwierdźmy tylko, że doszliśmy do Aguas Calientes, czyli turystycznej wioski położonej u stóp Machu Picchu.

cdn…

PiK

Tagi: , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.