W imperium Inków

Posted by Admin on Gru 26, 2011 in Kategoria główna |

Podróż po Peru zaczęliśmy dość nietypowo.  Podczas gdy większość turystów kieruje się w miejsca powszechnie znane, takie jak chociażby: Machu Picchu, Cusco, Nazca, czy Lima, my wylądowaliśmy w Puerto Maldonado. Miasto to pomimo, iż jest stolicą prowincji nie ofiaruje specjalnie nic ciekawego. Jest to ostatnia miejscowość peruwiańska przed granicą z Boliwią. Zbudowane zostało wśród lasów puerto maldonadorównikowych, w które Peru obfituje. Przebiega przez nie także, a w zasadzie winnym stwierdzić, że będzie przebiegać, gdyż imponujący most wiszący nad rzeką Madre de Dios nie został jeszcze otwarty, interoceaniczna autostrada, która, gdy zostanie ukończona, połączy atlantyckie wybrzeże Brazylii z Peruwiańskim Pacyfikiem, gdzie przetnie się także ze słynną autostradą Panamericana. Póki co jednak, transport przez rzekę odbywa się na małych barkach wyposażonych w malutkie motory i półtorametrowe rury zakończone śrubą, która wydając niezwykle rozpaczliwy dźwięk, mieli brązowe wody rio Madre de Dios, z trudem przeciwstawiając się wyjątkowo silnemu prądowi.

W Puerto Maldonado trafiliśmy akurat na obchody którejś, okrągłej rocznicy powstania miasta. Kolorowo przystrojeni mieszkańcy w rytmie muzyki maszerowali dookoła nielicznych wyasfaltowanych dróg. Towarzyszyły im także pstrokato przyozdobione pojazdy, na które pomysł zaczerpnięto prawdopodobnie z karnawału w Rio. Na głównym placu rozstawiono scenę, na której występowały lokalne, amazońskie zespoły. Dookoła zaś sprzedawano przeróżne podejrzane potrawy.

Ponieważ jednak, byliśmy dosyć zmęczeni wcześniejszymi przygodami, wszystko to nie zainteresowało nas zbytnio. Jedyne czemu się oddaliśmy to oglądanie meczów Copa America, które z każdym dniem zaskakiwały nas coraz bardziej. Beznadziejnie grająca Brazylia i niewiele lepiej Argentyna rozczarowywały. Ku uciesze miejscowych, nieźle za to grała reprezentacja Peru, która ostatecznie zajęła trzecie miejsce w turnieju, co stanowi chyba historyczny sukces. Mecz decydujący o brązowym medalu przyszło oglądać nam w Aguas Calientes, u podnóża Machu Picchu. Miasteczko, pomimo, iż bardzo turystyczne, należy do tych z natury cichych. Niemniej, dzięki niezliczonej liczbie barów i restauracji, wszędzie są telewizory. Miejscowi zgromadzili się wokół nich. Zabawnie było oglądać wybuchy entuzjazmu dochodzące z każdej strony i z każdych niemal drzwi.

W każdym bądź razie, w Puerto Maldonado, nie przyszło nam przeżyć żadnych szczególnych emocji i w zasadzie, kiedy już odsapnęliśmy na dobre, zdecydowaliśmy nie zwlekać dłużej i ruszyć śladami wielkiego człowieka Francisco Pizarro na podbój imperium inkaskiego. Najlepszym miejscem do rozpoczęcia była rzecz jasna, dawna stolica Inków Cusco.

Po potędze olbrzymiego kraju rozciągającego się od ziem dzisiejszej południowej Kolumbii aż po argentyńską Mendozę i chilijską stolicę Santiago, nie pozostało wiele śladów. Cusco, po tym jak zajęli je Hiszpanie, zostało przebudowane. Jedynie rozplanowanie urbanistyczne pozostało w miarę podobne. Tam gdzie, wokół głównego placu stały niegdyś pałace władców i świątynia słońca, konkwistadorzy postawili nowe budowle. Te, pomimo upływu wieków i trzęsień ziemi przetrwały. Miasto jest perłą kolonialnej architektury i dzięki znacznie bardziej sprzyjającej pogodzie aniżeli tej, która panuje w stolicy Peru, czyli Limie, chyba bliższe turyście i łatwiejsze w zwiedzaniu.

cusco

Galeria fotografii z Cusco

Niemniej hordy zagranicznych przybyszów, szczególnie Europejczyków odstręczają. Po pierwsze, obecność gringo winduje ceny. Napicie się zwykłej kawy to wydatek co najmniej dwukrotnie przewyższający ten, który znaliśmy z Puerto Maldonado. Zjedzenie w knajpie, w Cusco, w ogóle nie wchodzi w grę. Po drugie, miejscowi stali się natarczywi. Na każdym kroku atakowani jesteśmy przeróżnymi ofertami, które są nam wciskane na siłę do ręki. Najpopularniejsza dotyczy masaży. Codziennie słyszy się tego typu propozycję dziesiątki razy i pomimo usilnych prób i powtarzania pytań, nigdy nie udało nam się dociec, co w zasadzie chcą nam wymasować. Po trzecie, co stanowi zasadę uniwersalną, każde miejsce zalane przez białych przybyszów bezpowrotnie traci swą atmosferę. Nie ma znaczenia, czy podziwiamy przyrodę jak w argentyńskim El Calafate, czy u stóp wodospadów Iguacu, architekturę białego Sucre, czy  cokolwiek innego, zawsze język angielski, niemiecki, francuski i kaleczony niemiłosiernie hiszpański zatruwa magię miejsca. Wszystko, co ze sobą niosą rzucający się w oczy i głośni turyści rujnuje doznania. Nie chodzi tu o personalną awersję. Istnieją czynniki obiektywne, na poparcie tej tezy. Przede wszystkim, tam gdzie pojawiają się goście z zachodniej Europy, wszystko nagle staje się łatwe. W parku narodowym, w którym znajduje się lodowiec Perrito Moreno zbudowano szlaki turystyczne prowadzące przez balkony, do których dowozi autokar. Normalnie dotarcie do stóp czoła lodowca zajęłoby nam od trzech do czterech dni. W takim wypadku doświadczenie związane ze spotkaniem z tym gigantem byłoby niepoliczalnie bogatsze aniżeli oglądanie go w tłumie przybywającym wprost z Wieży Babel.

Tak samo sprawa ma się z Cusco. Świątynie, które normalnie charakteryzują się tą charakterystyczną atmosferą ciszy, skupienia, medytacji, którą jeszcze wzmacnia woń starych murów, wosku świec, dźwięk szeptu modlitwy, rozświetlają się co chwilę światłem lamp błyskowych, zewsząd dobiegają konwersacje na temat dupy Maryni w znanych ze starego kontynentu językach i tłumy pstrokatych, odzianych w krótkie spodenki i spódniczki przechodniów łazi w tę i z powrotem nie pozwalając nawet na sekundę się skupić, puścić wodze fantazji i pozwolić sobie ujrzeć przechadzającego się pod ołtarzem pierwszego biskupa Cusco, przybyłego wraz z konkwistadorami dominikanina Vincente de Valverde.

Inkaskie ruiny położone dookoła miasta nie wymagają od przybysza poświęcenia się, zarzucenia na plecy ciężkiego plecaka z maszynka gazową. Kilku dni wyrzeczeń i wysiłku fizycznego owocującego dotarciem do miejsc, które do tej pory można było sobie wyłącznie wyobrażać. Wystarczy zabulić astronomiczna kwotę i kupuje się cały pakiet. Autobus obwozi od miejsca do miejsca i dzięki niewolniczej dyscyplinie i gonieniu w zabójczym tempie, można w ciągu jednego dnia „odhaczyć” wszystko co obowiązkowe. Później mamy juz czas na przesiadywanie hostelu z komputerem na kolanach. Przez kolejne cztery dni możemy w zasadzie nie wychodzić. Hostel bowiem zapewni nam jedzenie, picie, zabawę, spanie i dostęp do Internetu, a w zasadzie do Facebooka, bo do tego się ogranicza aktywność w sieci braci turystycznej. Czego zatem więcej chcieć? Później zaś, gdy ktoś pyta o doświadczenia z Cusco, standardowa odpowiedź brzmi – „Świetna impreza”, czy „poznałam genialnego chłopaka z Canterbury”.

Poza tym Niemiaszek, Francuz czy Brytyjczyk niesie ze sobą globalizację w wydaniu, które, akurat miejsca takie jak stolica imperium inkaskiego, mogłaby ominąć. Wymienieni tutaj, wyłącznie w charakterze przykładów, nie tęsknią bowiem za swoim bratwurstem, żabą czy ryba z frytkami, w ogóle nie tęsknią, gdyż tęsknić nie muszą. Ich potrzeby kulinarne sprowadzają się do miejsc takich jak Mcdonald, czy KFC. Tęsknić nie muszą, gdyż w Cusco na placu głównym, po którym niegdyś uliczkami prowadzącymi pośród pałaców ojców, przechadzał się Huayna Capac owe „restauracje” znajdują się i obsługują białą swołocz.

Taka właśnie jest dawna stolica inkaskiego imperium. Stało się ono tyglem, jak Berlin, czy Nowy Jork. O ile jednak Berlin, czy Nowy Jork mamy głęboko w dupie, a nawet gdybyśmy nie mieli, to podróżując do owych, spodziewalibyśmy się takiej sytuacji, o tyle miejsca, które miały tchnąć atmosferą dawnej, nieznanej i tak enigmatycznej dla nas Europejczyków cywilizacji, tchną ściekiem Paryża, urodą Angielki i melodyjnością niemieckiego języka.

Cusco jednak zlekceważyć nie mogliśmy. Stąd musieliśmy bowiem zorganizować wyprawę do Machu Picchu, powszechnie uznawanego za jedno z najważniejszych miejsc na globalnej, turystycznej mapie. Rzecz jednak w tym, że dzięki swej renomie i nieograniczonemu popytowi impreza stała się dość droga. Najprostsza wycieczka kosztuje co najmniej pięćset amerykański kich dolarów na głowę. Nawet gdyby była tańsza, nie mieliśmy na nią ochoty, chcieliśmy do Machu Picchu dojść. Niestety, nawet spacery zostały już skomercjalizowane. Najpopularniejszy Inca Trail nie jest dostępny dla każdego, kto akurat ma ochotę się nim przejść. Należy wynająć agencję turystyczną, która zapewni nam przewodnika i noclegi w hostelach w trakcie trzy lub cztero dniowego marszu. Taka impreza to juz co najmniej osiemset dolarów na łebka, ponad to szlak jest tak obłożony, że wszystko trzeba rezerwować z wyprzedzeniem kilku miesięcznym. Machu Picchu (Peru)My przesiąkłszy już kulturą i zwyczajami Południowej Ameryki, nie zwykliśmy się przejmować sprawami, które wybiegają dalej w przyszłość niż kilka godzin. Poza tym nawet jeżeli byłoby w nas jeszcze coś z europejskiego ordnungu, nie dysponujemy takimi kwotami, a nawet jeżeli byśmy dysponowali, to byśmy w taką zabawę nigdy nie weszli, uznając ją za najzwyklejsze w świecie złodziejstwo.

Rozwiązania wyglądały zatem na dość ograniczone. Niemniej nie chcieliśmy Machu Picchu porzucać, gdyż biednemu byłoby przykro i na pewno byłoby niezwykle zawiedzione, gdybyśmy się nie zjawili. Zatem ze zwykłej, ludzkiej empatii postanowiliśmy sprawić mu przyjemność i w jego kierunku jakoś wyruszyć. W tym miejscu w sukurs przyszedł nam Matthias. Wdał się z nami któregoś razu w rozmowę i zaczął opowiadać na temat dość enigmatycznie brzmiącego treku, który miał nas doprowadzić tylnymi drzwiami do Machu Picchu. Ponieważ miał on zamiar wynająć przewodnika i muły, potrzebne do transportu bagażu, chciał abyśmy się przyłączyli, dzięki czemu koszta rozłożyłyby się na więcej osób. Początkowo nie byliśmy zapaleni, niemniej z czasem zaczęliśmy się przekonywać. Trek był długi i nie zapowiadał się na łatwy, niemniej wszystko wskazywało na to, że jest niezwykle ciekawy. Miejscowi przewodnicy nie mogli się go nachwalić, a po internetowym rekonesansie okazało się, że figuruje on wśród dziesięciu najlepszych zdaniem National Geographic, treków na świecie. Co więcej, jego skala trudności pozwalała przypuszczać, że nie spotkamy na trasie więcej niedzielnych wycieczkowiczów.

Matthiasowi postawiliśmy jednak warunki. Stwierdziliśmy, że pójdziemy pod warunkiem, że nie bierzemy żadnych mułów, ani przewodnika. Wszystko chcieliśmy zrobić na własną rękę. Raz, z powodu oszczędności, dwa, gdyż zawsze samodzielne uporanie się z długimi trasami, problemami nawigacyjnymi, kuchnią i podobnymi sprawami sprawia, że satysfakcja jest znacznie większa. Gdy wyjaśniliśmy naszemu przyszłemu kompanowi, że dysponujemy GPSem i kompasem, że brakuje nam wyłącznie dobrej, topograficznej mapy i opowiedzieliśmy kilka historii, z tą dotycząca dotarcia do Salto Angel na czele, po krótkim wahaniu, zgodził się. Następnego dnia, wykazał się swoją cechą narodową, czyli zorganizowaniem i zanim my wyleźliśmy ze śpiworów, juz nad nami stał, ściskając dumnie w dłoni nowiutka mapę szlaków turystycznych okolic Cusco, której my, wcześniej poszukiwaliśmy bezskutecznie przez trzy dni.

Południki i równoleżniki na rzeczonej mapie były oznaczone jakoś inaczej, aniżeli na znanych nam dotychczas i pomimo wszelkich wysiłków, nie udało nam się dostroić do niej GPSu. Postanowiliśmy nie informować o zaistniałym fakcie Matthiasa, gdyż nie chcieliśmy go nie potrzebnie denerwować. Uznaliśmy bowiem, że szlak wygląda na dość oczywisty, nie powinno być problemów nawigacyjnych i kompas w tych okolicznościach, w zupełności wystarczy. Później, gdy juz wróciliśmy, nagabywany przez jakiegoś turystę, co do szczegółów naszej wyprawy, Matthias zaczął opowiadać o tym jak to nawigowaliśmy przy pomocy kompasu i GPSu. Gdy, któryś z nas stwierdził, że GPS nie działał, bardzo się zdziwił, popatrzył na nas wymownie i począł nas zasypywać stwierdzeniami, że on nic o tym nie wiedział i że mu nic nie powiedzieliśmy.

choquequirao1

W każdym bądź razie, jak tylko poczyniliśmy wszelkie przygotowania, wyruszyliśmy w kierunku małej wioseczki położonej w górskiej dolinie o nic nam nie mówiącej nazwie Cachora. Tam zaopatrzywszy się w ostatnie potrzebne elementy wyposażenia, zarzuciliśmy plecaki i podjęliśmy marsz w kierunku majestatycznie wyrastających przed nami, ośnieżonych szczytów peruwiańskich And.

Trekking, w rzeczy samej, okazał się niezwykle malowniczy. Poza pięknymi górami towarzyszyła nam niedotknięta ręką człowieka przyroda, głębokie doliny i płynące przez nie rwące rzeki. Pierwszy dzień okazał się być zaledwie spacerem. Po kilku godzinach, niemęczącego marszu, dotarliśmy do pierwszego kampingu, gdzie rozbiliśmy nasz namiot i przy pięknym widoku zachodzącego nad doliną Vilcabamby słońca, rozpaliliśmy ognisko i przystąpiliśmy do przygotowywania naszego nieśmiertelnego makaronu z sosem pomidorowym,  odrobiną soli i kubitosem, jak przywykliśmy nazywać kostkę rosołową.

Po świetnie przespanej nocy, nie śpiesząc się zanadto, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Początkowo schodziła ona kilkaset metrów w głąb doliny Vicabamby, aż do rzeki, nad którą przerzucono elegancki wiszący most, w miejscu, gidze niegdyś znajdował się inny, inkaski. Tam zakosztowaliśmy prowizorycznej kąpieli w zimnej i dość rwącej wodzie i rozpoczęliśmy pierwsze spośród trzech, czekających nas w trakcie treku podejść, których różnica poziomów przekraczała tysiąc choquequirao2metrów i które wspinały się na ponad cztery tysiące metrów ponad poziom morza. Już po pierwszej godzinie marszu, kiedy nasz grupa rozbiła się i wszyscy zaczęliśmy iść osobno, w swoim tempie, mą głowę nawiedziły charakterystyczne pytania dotyczące zasadności przemęczania się.

Ludzka psychika, o której już wspominałem przy okazji tekstu na temat Huayna Potosi wciąż mnie zadziwia. Z natury jest leniwa, zatem już pierwszy większy wysiłek, na który natrafiła wraz z mymi nogami i płucami zawiódł ją w okolice wygodnej kanapy, odtwarzacza DVD i błogiego nic nie robienia. Jednym słowem na horyzoncie wspomnień pojawiły się obrazki z sześciu tysięcy metrów i niezwykłej katorgi, która była tam naszym udziałem. Słowo dezercja przestało brzmieć odstręczająco, a etyka piechura została zastąpiona oportunizmem domowego kocura. Fenomen polega na tym, że to właśnie z tych chwil później jesteśmy najbardziej dumni. To te momenty wspominamy z rozrzewnieniem gdy zasiadamy przy stole z przyjaciółmi i snujemy długie opowieści.

Niemniej o rejteradzie mowy być mowy. Wspinaliśmy się po stokach przepięknej, głębokiej doliny Vilcabamba owianej famą pochodzącą z inkaskich mitów i wprost tęchnącej metafizyką minionych wieków. Wspinaliśmy się by zasnąć u wrót znaczniej mniej znanej niż Machu Picchu osady zwanej Choquequirao. Gdzie niegdzie słyszeliśmy, że piękno i wyjątkowość tego miejsca można równać do sławniejszego sąsiada. Warto na marginesie zaznaczyć, że miejscowe ludy, zwą Choquequirao Hermana sagrada de Machu Picchu co wykłada się na nasz nazbyt skomplikowany język jako święta siostra Machu Picchu. I chociaż opinie porównujące oba miejsca są znacznie przesadzone, to o tej zagubionej wśród gęstej dżungli porastającej peruwiańskie Andy, inkaskiej osadzie warto wspomnieć. A jeżeli ktoś kiedyś zawędruje w te okolice, nie wątpliwie powinien przejść się uliczkami, gdzie przed wiekami spacerowali ludzie od nas tak odlegli, których cywilizacji po dziś dzień nie potrafimy dokładnie opisać.

Urok Choquequirao polega przede wszystkim na tym, że wśród kamiennych domów położonych gdzieś tysiąc metrów nad widoczną w dole, szarą wstęgą rzeki Apurimac jesteśmy sami. Może spotkamy gdzieś w którymś z domów archeologa, który pochylony nad jakąś miską, z pędzelkiem w dłoni nawet nie zwróci na nas uwagi. Zresztą jego obecność nie jest w stanie zakłócić pracy naszej wyobraźni zaludniającej osadę pochodzącymi prosto z XV wieku, pstrokato odzianymi mieszkańcami, mężczyznami  o gigantycznych orlich nosach i pięknymi indiankami, których urokowi nie byli wstanie nie ulec najwięksi konkwistadorzy, którzy przybyli do nowo odkrytego imperium.

choquequirao3

Poniżej znajdują się linki prowadzące do galerii zdjęć z Choquequirao a także do innej strony, gdzie zainteresowany czytelnik znajdzie nieco więcej informacji, o charakterze raczej encyklopedycznym na temat tego skrytego wśród gór inkaskiego miasta.

Galeria

Artykuł

Po pokonaniu przełęczy i wyjaśnieniu pewnej nieistotnej zagwozdki natury nawigacyjnej, rozpoczęliśmy długi i niezwykle zakurzony marsz w dół doliny, która dopiero co była otworzyła się przed naszymi oczyma. Na jej przeciwległym stoku zaś, dojrzeliśmy wąską niteczkę ścieżki, która zaprowadzić nas miała do obozowiska, obranego wcześniej na nocleg.

Sprawa nie przedstawiała się kolorowo. W linii prostej, ze szczytu przełęczy do obozowiska nie było więcej niż trzy kilometry i znajdowało się ono nieco powyżej naszej pozycji, nie więcej jednak niż jakieś pięćset metrów różnicy poziomów. Problem polegał jednak na tym, że nikt nad ową doliną mostu nie przerzucił, a umiejętności latania także nie posiedliśmy. Nie pozostawało zatem nic innego, jak schodzić. Co najmniej dwa kilometry różnicy poziomów w dół, a następnie wspiąć się około trzy tysiące metrów. Cała zaś droga, co wyliczyliśmy bardzo dokładnie z mapy, nie mogąc uwierzyć w uzyskiwaną odległość, składała się z osiemnastu grrrrubiutkich kilometrów. Wszystko to, nie mieściło się w głowie, gdyż, jak już wyżej wspomniałem, cel wędrówki znajdował się w zasięgu wzroku. Co więcej, wydawał się na prawdę nie odległy i zdawał się być jakby “na wyciągnięcie ręki”.

Schodziliśmy różnym tempem, rozdzieliliśmy się i pokonywaliśmy na przemian, zakurzone i zalane ścieżki, tnące nie nazbyt stromymi trawersami stok góry, na którą dnia poprzedniego wspinaliśmy się pełni wątpliwości, co do celowości wysiłku. Zejście okazało się czasochłonne i może nie męczące w sensie fizycznym, ale z pewnością nużące mięśnie nóg. Także do rwącej rzeki, która swój dopiero co narodzony żywot, kończy z hukiem w większym rio Apurimac, dotarliśmy umorusani wszechobecnym pyłem, nieco głodni, ale zasadniczo gotowi do dalszego marszu. Skalibrowaliśmy GPSa i podjęliśmy forsująca wspinaczkę. Początkowo szło się nie najgorzej. Robiliśmy “przepisowe” przerwy co dwa tysiące kroków. W trakcie tych interwałów pokonywaliśmy zadowalającą różnicę poziomów. Z czasem jednak, przemierzane odległości zaczęły sięchoquequirao4 kurczyć, czas rozciągać a mięśnie słabnąc. Ponadto brakowało energii, a o szybkim nawet, posiłku mowy być nie mogło. W końcu, wszyscy szliśmy oddzielnie. Matthias oddalił się gdzieś z przodu, ja maszerowałem w środku, a mój przyjaciel za mną. Straciliśmy ze sobą kontakt i pozostaliśmy sam na sam z naszymi słabościami.

Ciężko opisać te wędrówkę. Podstawowym błędem, który zadecydował o fatalnym stanie naszych organizmów było dostarczenie im zbyt małej ilości kalorii. Pamiętam, zmierzchało już, siadałem po raz setny, po przejściu, a raczej przewleczeniu po ziemi dziesięciu kroków, fanatyczne, obsesyjne i graniczące z szaleństwem myśli na temat jedzenia przewalały się po tracącym kontakt z rzeczywistością umyśle. Przed oczyma wyobraźni wirował obraz wielkanocnego, suto zastawionego stołu, pełnego mocy wędlin, kiełbas i pieczywa. Myślałem, ze oszaleje, rozglądałem się wokół siebie, macałem runo leśne w poszukiwaniu jakiś jagód, czy czegoś innego. Na nic to wszystko zdawało się. Przed oczy powracały, świeże, dopiero co zdjęte z patelni racuchy drożdżowe nadziane jabłkiem i ociekające lukrem. Wyciągałem menażkę, wypijałem kilka kropel oszukującej żołądek wody. Wstawałem z niemal nieprzezwyciężalnym trudem, zarzucałem na plecy plecak, który z każda chwila zdawał się ważyć więcej i robiłem kolejne dziesięć kroków. I znowu siadałem i powracał ten sam szaleńczy koszmar i bałem się niezwykle, ze juz nie powrócę do świata trzeźwych umysłowo, że w tej inkaskiej dżungli opuszcza mnie zmysły, że zerwę z siebie ubranie i z obłąkańczym chichotem rzucę się w las, zacznę jeść korę drzew, a przysmakiem stanie się zdechła wiewiórka.

Inna sprawa, ze wraz z zapadnięciem mroku (czego, rzecz jasna nie planowaliśmy) zagrożenia czyhały nie tylko na nasze umysły, ale tez na ciała. Przechodzące w tych niezwykle stromych górach deszcze powodują lawiny błotne. Te zaś, niejednokrotnie, przecinają szlaki tworząc w nich wyrwy i spadki o kilometrowych głębokościach. O ile w dzień, gdy człowiek widzi dobrze, a jego zmysły go nie zawodzą, ominiecie takich przeszkód nie nastręcza większych problemów, o tyle w nocy, idąc zmęczonym zarówno fizycznie, jak i mentalnie, sprawa komplikuje się.

choquequirao6

Najpierw zjeżdża noga, podtrzymujemy się jednak instynktownie i tylko nasłuchujemy przez dłużącą się chwilę oddalającego się jazgotu spadających głazów. Ucicha on po czasie, który napawa nas respektem przed czarną otchłanią. Wyszukujemy wiec po omacku, jakiś stałych punktów na błotnej zjeżdżalni i poczynamy powoli przemieszczać się. W normalnych okolicznościach patrzymy przed siebie, koncentrując się na tym, aby każdy kolejny krok stawiać pewnie, krocząc, pełni pewności siebie, ku drugiemu skrajowi przeszkody. Gdy jesteśmy sami, w otaczającym, odrealniającym rzeczywistość mroku, gdy skołatane nerwy i wycieńczone umysły, żywiące się już tylko wodą podsuwają nam zupełnie niecodzienne myśli, gdy świat zaczyna przypominać nieco twory z obrazów i rzeźb Botero, dzieją się rzeczy dziwne. Przekraczając błotną pułapkę, przepaść, zatrzymujemy się bezwiednie, na jakimś małym niestabilnym kamieniu i balansując nad otchłanią, powoli zwracamy głowę ku dołowi. Nie boimy się, dzieje się coś znacznie gorszego. Strach w takich sytuacjach jest dobry, mobilizuje do działania, daje zastrzyk adrenaliny, która powoduje, ze funkcjonujemy z siłą i precyzja maszyn. Tu dzieje się coś innego. Spoglądamy w dół, powoli zaczynamy, z hipnotycznym spokojem psychopaty, wpatrywać się w niewidzialne, czarne dno. I w tej przestrzeni, w tej pustce pojawia się coś szatańsko przyciągającego, coś niemal pięknego, coś jakby magnetycznego, nawołującego do skoku. Czarna dziura rozciągająca się poniżej naszych stóp staje się nieznośnie zapraszająca, niczym dźwięk głosu syreny, nieignorowana. Tyle, że jesteśmy sami i brak wśród nas marynarzy, którzy przywiążą Odysa do masztu, a sami zatkają sobie uszy pożywieniem i brakiem zmęczenia. Nie wiem co wyrywa z tego stanu, ale jestem tu, aby opowiedzieć tę historię.  Jakaś zatem, cząstka umysłu wciąż obdarzona instynktem samozachowawczym, nie gnie i wyciąga otumanionego człowieka rzucanego brutalnymi wiatrami, ze sztormu szalejącego na wodach obłędu, na bezpieczny brzeg.

Dotarliśmy do celu. Udało mi się to jakieś trzy godziny po planowanym czasie osiągnięcia celu. Matthias był przede mną. Niewiele jednak wcześniej. On miał problemy nawigacyjne. Zmylił wcześniej dwukrotnie drogę i nadrobił co najmniej półtora kilometra. Dzięki niemu, nam udało się uniknąć błędów, gdyż pozostawił na szlaku strzałki z gałęzi.

Wlecząc się, w pewnym momencie dotarł do mnie wyraźny, ludzki glos. Dochodził gdzieś z nad mojej głowy, nie był jednak, bardzo odległy. Nie słyszałem, o co pytał, wykrzyczałem tyko, że wszystko  porządku i że już idę. Wtedy usłyszałem pytanie o kolegę i sam zacząłem się drzeć pytająco. I po wielu takich próbach, gdzieś z dołu, z daleka, z bardzo daleka dobiegł do mnie dźwięk głosu przyjaciela. Po dłuższej chwili, w lesie, poniżej moich stóp, mignęło światełko. Najpierw, nie przywiązywałem do tego większej wagi, gdyż mógł być to świetlik, który w okolicznych dżunglach jest niezwykle powszechny. Po chwili jednak, stało się jasne, że to światło latarki przemieszczającego się niezwykle wolno człowieka. Postanowiłem nie czekać i iść. Byliśmy bezpieczni. Po pół godzinnym marszu dotarłem i jak stałem tak padłem. Nic nawet nie zjadłem, byłem zbyt zmęczony aby otworzyć usta.

choquequirao5

Nad ranem nie zrywaliśmy się, wyspaliśmy się dowoli, a następnie, gdy wynurzyliśmy się juz naszych namiotów oddaliśmy się przygotowywaniu zasłużonego śniadania. Nasze obozowisko było w zasadzie zagrodą rolnika, który wraz ze swoją żona, z zupełnie niezrozumiałych dla nas powodów, postanowił zamieszkać właśnie tutaj, na malej platformie na stromym stoku góry. Część swojego poletka ograniczył płotem, który po naszym przybyciu zamknął, co by nas jego kury i świnie nie molestowały i odnajmuje pod namioty, kiedy raz na jakiś czas, zawitają w te strony biali ludzie, którzy dla niewytłumaczalnych z punktu widzenia jego percepcji świata motywów, podejmują się wędrówki.

Z rzeczonego poletka rozciągał się absolutnie fenomenalny, zapierający dech w piersiach widok na dolinę Vilcabamby i otaczające ja majestatyczne góry. Czyste, przejrzyste powietrze pozwalało nam na prześledzenie niemal całej drogi naszej dotychczasowej marszruty. Pomimo zmęczenia i koncentracji na tym, co nasz wybitny i umiłowany przywódca określił mianem „tu i teraz” poczęło docierać do głów piękno owego miejsca a raczej metafizycznej, tak nierealnej, otaczającej nas przestrzeni. Przypomnieliśmy sobie, ze według „National geographic” nasz trek należy do dziesiątki najlepszych na naszym niebieskim globie.

W rzeczy samej, widok rozciągający się z naszej platformy zapierał dech w piersi. Gdzieś w tle, jeszcze za widocznymi na pierwszym planie łańcuchami rozciągały się sięgające chmur, ośnieżone szczyty And. Przed nimi, znajdowały się zielone góry poorane źlebami małych strumyczków spadających wprost do zdających się bezdennymi, głębokich dolin, na dnie których srebrzyły się wstęgi niesłyszalnych na tej wysokości rwących górskich strumieni.

Ten dzień był już tylko spacerem, w porównaniu z tym co przyszło nam przeżyć dnia poprzedniego. Raptem kilkaset metrów w górę, odrobina potu i było po krzyku. Później juz tylko w dół. Kolejna piękna dolina, której środkiem spływał strumień niosący życiodajną, krystaliczna wodę.

cdn…

PiK

Tagi: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.