W drodze cz. II

Posted by Admin on Sty 27, 2011 in Kategoria główna |

Andyjska przygoda w biało czerwonym cieniu

Zaś świat to przecież kresy naszych marzeń
Rajów utraconych w dzieciństwie rubieże
Jacek Kaczmarski

Lecz Mendoza to nie tylko uciecha dla kubków smakowych. O ile samo miasto wizualnie raczej nie zachwyca, o tyle jego okolice oferują niezwykłe miejsca. Przede wszystkim, niedaleko jest już granica chilijsko- argentyńska, która przebiega szczytami And. Niemal w linii prostej na zachód od Mendozy znajduje się masyw Aconcagua, najwyższego poza Azją szczytu. Olbrzymie góry widoczne są już z miasta. Masywne łańcuchy wieńczą białe, ośnieżone szczyty. Przez granicę, przełęczą wiedzie droga, którą już na początku XIX wieku przeprawił się w stylu Hanibala gen. San Martin, w celu ostatecznego pokonania Hiszpanów. Wielkie zwycięstwo umożliwiło ogłoszenie niepodległości Argentynie, Chile, Boliwii i Peru.

Aconcagua

Aconcagua


Z drogi można obserwować nie tylko Aconcagua, ale też Puente del Inca, czyli naturalny, olbrzymi most zawieszony kilkadziesiąt metrów nad rwącym górskim potokiem oraz sławny, górski pomnik Chrystusa Zbawiciela (który to jednak sławy musi ustąpić temu z Rio de Janeiro).

Puente del Inca

Puente del Inca

Nam ten region And przyszło eksplorować wyłącznie pobieżnie. Powodowani nutką patriotycznego sentymentu wyruszyliśmy na południe prowincji Mendoza, drogą prowadzącą w kierunku San Rafael. Po przybyciu do Tupungato i zrobieniu podstawowych zapasów, oddaliliśmy się na wschód drogą prowadzącą w kierunku potężnej czerwono- pomarańczowej kordyliery wyrastającej z płaskiej monotonni argentyńskiej pampy. Po niecałej godzinie dotarliśmy do nieobecnej na większości map osady o intrygującej nazwie Manzano Historico.

Położone w górskiej dolinie pueblo to dosłownie kilka budynków. Niekiedy spotkanie żywej duszy na jedynej ulicy miasteczka stanowi niemałe wyzwanie. Nazwę osada zawdzięcza spotkaniu San Martina z nieznanym mi z imienia i nazwiska chilijskim libertadorem, które to odbyło się ponoć pod ową ogrzaną blaskiem sławy herosów jabłonką. Inaczej sprawa się ma z przyczyną istnienia manzanowioseczki. Tego  mogę wyłącznie domniemywać. Wydaje się jednak, iż Manzano Historico, podobnie jak wiele tego typu osad leżących przy granicy argentyńsko- chilijskiej zostało założone aby zaakcentować argentyńską obecność na tym obszarze. Chilijczycy bowiem, powszechnie nie lubiani przez swoich sąsiadów, mają brzydką skłonność do wysuwania różnorakich pretensji terytorialnych. Argentyna zatem zakłada takie quasi wioski, które przy odrobinie szczęścia stają się popularnymi celami turystycznymi ( tak stało się chociażby ze słanym wśród wspinaczy el Chalten leżącym u stóp mt. Fitz Roy). W pewnym stopniu, na dość mała skalę, taki los spotkał Manzano Historico, w którym liczba miejsc noclegowych znacznie przekracza liczbę stałych mieszkańców.

Turyści przybywają tam jednak wyłącznie latem. Nam natomiast zdarzyło się zawitać w tamte strony bardzo wczesną wiosną. Zastaliśmy zatem coś w rodzaju wioski- widma, co na marginesie mówiąc, bardzo nam odpowiadało. Nic chyba nie psuje uroku gór tak jak tłumy wszelkiego rozwrzeszczanego bydła (świetnie nam wszystkim znane są najpopularniejsze szlaki Tatr- jak chociażby Orla Perć, szlak na Morskie Oko, czy Giewont zadeptane przez bachory nie pilnowane przez głupawych rodziców wspinających się w sandałach, wszelkiej maści gówniarstwo i nieprzebrane tłumy, które chwilowo Krupówki zamieniły na górskie szlaki celem strzelenia sobie fotki, zdatnej do umieszczenia facebooku). Długi wyszedł ten nawias… cóż. W każdym bądź razie, dzięki temu iż przybyliśmy we wrześniu, wszelkie atrakcje społeczno- socjalne ominęły nas…, na szczęście.

Wawrzyniec Żuławski

Wawrzyniec Żuławski

Piękne góry stały otworem, przyzywały. Tuż przed wyjazdem z Buenos, wpadła nam w ręce świetna książka polskiego taternika i alpinisty Wawrzyńca Żuławskiego. Autor oprócz ogromnej pasji do gór, został obdarzony darem opowiadania i świetnym piórem. Jeżeli w czyimś sercu mieszka choćby odrobina gór, polecamy „Sygnały ze skalnych ścian”, „Tragedie tatrzańskie”, „Wędrówki alpejskie”, „Skalne lato”- wspaniała, rozbudzająca wyobraźnię, inspirująca lektura, po której przeczytaniu chce się wyłącznie zdobywać kolejne szczyty, a wieczory spędzać w gwarnych schroniskach wsłuchując się w niezwykłe historie z kamiennych ścian. Toteż po wjechaniu w górską dolinę nogi w zasadzie same wyrywały się na szlaki.

Zanim jednak mogliśmy to uczynić, potrzebowaliśmy schronienia. I właściwie, to właśnie z jego powodu przybyliśmy do Manzano Historico. W Mendozie, podobnie jak w innych częściach Argentyny, jest dość spora polonia. Tym jednak, co ją wyróżnia na tle reszty kraju, to brak stałej siedziby, przynajmniej w mieście. W latach sześćdziesiątych, w górach królujących nad Manzano, na wysokości około 5000 m n.p.m. zginął dwudziestokilku letni Marek Gaiński. Pomimo poszukiwań, na zawsze pozostał gdzieś wśród wiecznych śniegów. Wydarzenie to mocna zbliżyło i zjednoczyło polonię w Mendozie, która dostrzeżona została obdarowana sporych rozmiarów działką. Tak zrodził się pomysł budowy schroniska górskiego, które jednocześnie pełniłoby funkcję siedziby polonii w prowincji Mendoza. W te sposób stworzono coś wyjątkowego. Murowany budynek zbudowany w stylu znanym z polskich gór stanowi nijako biało- czerwoną enklawę na argentyńskiej ziemi.

Nad wejściem widnieje witający nas Orzeł biały w koronie na czerwonym tle. Po przekroczeniu proguschronisko, wchodzimy do głównego pomieszczenia. Dwa masywne, drewniane ręcznie wykonane stoły pozwalają zgromadzić się wygodnie przy nich ponad trzydziestu osobom.

W tym miejscu, pozwolę sobie na krótką dygresję. Stół w Ameryce południowej pełni zupełnie różną rolę aniżeli ta jaką spełnia w naszej biedne sponiewieranej okrutnie Ojczyźnie. Dopiero na tym kontynencie, zwróciłem uwagę jak silnie umocowany jest w polskiej kulturze ten mebel. Dla nas stół to nie tylko miejsce spożywania posiłku lub trunków. My przy stole spotykamy się, rozmawiamy, jednoczymy, zawieramy przyjaźnie, negocjujemy, wypowiadamy wojny, etc…, słowem- komunikujemy się. To miejsce spotkań, bez którego niejednokrotnie niektóre wydarzenia nigdy nie miałyby miejsca. Wyobraźmy sobie bowiem Święta Bożego Narodzenia na stojąco, z talerzem w ręku, rodzina rozlazła po całym domu, dyskutuje po kątach; lub spotkanie ze znajomymi przy piwe bez stołu, siedząc stołek w stołek jak dzieci w przedszkolu w kółeczku. Jak wyobrażamy sobie biblijną Ostatnią Wieczerzę? Ano rzecz jasna następująco- dwunastu apostołów otacza Chrystusa znajdującego się w centralnym punkcie. Wszyscy zaś znajdują się przy nakrytym stole. Ten stół symbolizowany jest w każdym polskim kościele jako kamienny(zazwyczaj) element ołtarza. W Ameryce południowej okazuje się to niekonieczne. Kościoły bez czegoś w rodzaju stołu w ołtarzu są normą. Podniesienie odbywa się jakby na scenie. Bo dlaczego znowóż Ostatnia Wieczerza miałby wyglądać tak jak przedstawił ją Leonardo- przy stole? Przecież apostołowie mogli równie dobrze stać, albo siedzieć na jakimś murku, czy czymkolwiek co nieco wystaje z podłogi (amerykańska, a szczególnie brazylijska norma). Ano właśnie, dopiero, gdy przybędzie się na ten kontynent, zaczyna zwracać się uwagę na te elementy, które są tak głęboko zakorzenione w naszej kulturze, że przestajemy je w ogóle zauważać, traktując jako coś banlnie zwyczajnego, naturalnego.

Powracając zatem do narracji, ze wspomnianego powyżej względu, te dwa, piękne, wydaje się, że dębowe stoły są tak ważne i tak zwracają uwagę przekraczającego próg turysty. Poza nimi, w pomieszczeniu znajduje się stary piec, na którego fajerkach zagrzać można w chłodne wieczory kwiatwodę na herbatę. W kącie zaś znajduje się absolutnie magiczny kominek, którego komin ozdobiony został mosiężną tarczą, w której wykuto dumnego i agresywnego orła w koronie. W szafce ciągnącej się wzdłuż całej ściany znajduje się pełna zastawa oraz wszelkie potrzebne w kuchni przedmioty. Na jej blacie zaś leży księga gości, w której swój wpis niejednokrotnie uiścił ambasado Rzeczypospolitej w Argentynie., kroniki gór polskich oraz stare numery paryskiej „kultury” z genialnymi wprost tekstami, pośród których znajdują się m. in. Świetne dzienniki Gombrowicza. Autor „Trans- Atlantyku” w latach 1939- 63 mieszkał w Buenos Aires i z tej perspektywy opisywał widziany świat. Na ścianach wiszą rysunki w charakterystycznych dla regionów polskich strojach, duża mapa, na której ramach widnieją podobizny naszych władców, żołnierzy, naukowców, podróżników twórców. Nie mogło również zabraknąć oprawionej fotografii papieża Jana Pawła II zajmującej honorowe miejsce.

Na sporym terenie, który należy do schroniska posadzono znane z polski drzewa. Dęby, topole, brzozy, sosny, świerki, kwitnące i roztaczające niezwykłą woń, w chwili gdy przybyliśmy, jabłonie i wiśnie. Teren ten zdaje się być enklawą polskości wśród argentyńskiej ziemi i oazą zieleni wśród surowego, rdzawego andyjskiego krajobrazu.

*          *          *

W tej części And ciężko mówić o istnieniu szlaków turystycznych. Trzeba zdać się na rady doskonale znającego góry autochtona, który chętnie służy radą. Jako, że nie istnieją dokładne mapy regionu, wiedza tego podejrzanie (przypomina mocno zapuszczonego żula) wyglądającego dżentelmena jest jedynym na co możemy liczyć przy planowaniu wyprawy. Osobnik ów, uraczywszy się piwem, potrafi o otaczających szczytach opowiadać bez końca. Sprawia wrażenie jak gdyby znał każdy kamień, każdą skałę.

gory1

Chodzenie po tutejszych, dzikich zupełnie górach stanowiło niezwykłe doświadczenie. Zmierzając do celu, zdobywając kolejne szczyty, schodząc do źlebów, szukając najwyższego szlaku wiodącego siodłem między skalistymi wierzchołkami, przedzierając się przez najeżone kolcami krzaki porastające tutejsze hale, wpatrując się w położone nisko nisko, poniżej stóp doliny, na których dnie wiją się krystalicznie czyste, rwące potoki i rozciągającą się po horyzont pampę, nawigując z kompasem w dłoni, próbując odnaleźć najlepszą drogę i wspinając się coraz to wyżej, doświadcza się uczucia wolności, w jej czystej postaci. Choć z drugiej strony, nie jest gory2pewny, czy to określenie jest adekwatne w tym miejscu. W tym świecie wolność jest bowiem czymś immanentnym, zawartym w naturze tych gór. Tu nie sposób być zniewolonym, ograniczonym, jak to możliwe jest w ludzkim świecie. Szybujący wysoko ponad szczytami, samotny kondor jest tego najlepszym dowodem.

Wędrówka jest męcząca. Przejmującą ciszę przecina jedynie świst rzadkiego powietrza łapczywie zasysanego przez zgłodniałe tlenu płuca. Dotarcie na szczyt, do celu wędrówki daje poczucie spełnienia. Wreszcie można zdjąć ciążący plecak, usiąść na najwyższej skale, zwilżyć wyschnięte usta wysączając ostatnie krople życiodajnej wody z przytroczonej do paska manierki, nabrać powietrza w płuca, uwolnić umysł dla niemej kontemplacji nieskończonej potęgi natury, wyłączyć racjonalną cześć swej natury, przeżyć coś czysto metafizycznego. A wraz z zachodzącym słońcem powracamy do do schroniska, gdzie dajemy odpocząć obolałym stopom rozwalając się przy kominku, wpatrzeni w hipnotyzujące płomienie.

gory3

Los Torresitas 3325 m n.p.m.

PiK

galeria zdjęć andyjskiej wiosny

galeria zdjęć z Manzano Historico i górskich szlaków

Tagi: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.