Świadoma niewola w imię idei, czyli fetyszyzacja Indianina przez człowieka politycznie poprawnego.

Posted by Admin on Lut 12, 2013 in Kategoria główna |

Dzisiaj zamieszczam wpis z nieco innej beczki. Ostatnio miałem do czynienia z filmem pt. „Yawar Mallku”, co w języku białego człowieka oznacza Krew Kondora. Jest to produkcja boliwijska, pochodząca z lat sześćdziesiątych, autorstwa J. Sanjinesa. Film w swoim czasie wywołał w Boliwii ogromne kontrowersje i zamieszki na ulicach. Cała awantura zakończyła się wygnaniem amerykańskiego korpusu pokoju. Pomimo, iż film jest fikcyjny, wiele osób upiera się, że powstał na kanwie autentycznych wydarzeń.

Tekst, który tutaj zamieszczam został zainspirowany tym filmem, natomiast dotyka on problematyki znacznie szerszej, aktualnej w XXI wieku jak chyba nigdy dotąd. Poniżej zamieszczam czternastominutowy filmik, w którym znajdują się fragmenty filmu. Niestety, albo i stety, bo film jest dość ciężki do przetrwania, pełnej wersji w internecie nie znalzałem. Natomiast szczególnie warte polecenia są fragmenty, w których amerykanin mówi po hiszpańsku. Tutaj warto pozwolić sobie na małą dygresję. Osoby wychowane w języku angielskim zdają się być genetycznie niezdolne do wyeliminowania akcentu w mowie hiszpańskiej. Amerykanin czy Anglik mówiący po hiszpańsku to doskonały kabaret. Szczególnie, gdy widzimy to na żywo i śmiać się nie wypada jest to wyjątkowo zabawne. Poniższy film zawiera kilka fragmentów hiszpańskiego w wykonaniu Amerykanina. Niemniej poniższy tekst odnosi się do zupełnie innej problematyki.

Zapraszam zatem do oglądania i lektury.

Film Sanjinesa ma w sobie niezwykły potencjał emocjonalny. Porusza temat kontrowersyjny i budzący skrajne emocje od czasów konkwisty. Relacje białego człowieka z rdzenną ludnością andyjską nigdy do modelowych nie należały. Na szczęście białe społeczeństwa zachodu XXI wieku są już na tyle „dojrzałe”, że doskonale odróżniają zło od dobra i z chęcią szanują i propagują inne kultury. Jest to podejście niezwykle nacechowane hipokryzją, zresztą nie może być inaczej. Skazane jest na to z prostego względu – każda cywilizacja wywodzi się z określonego kontekstu moralno- etycznego i choćby niewiadomo jak nowoczesna była i jak dalece nie odżegnywałaby się od własnych korzeni, pewnymi szablonami interpretacyjnymi zawsze posługuje się.

Tymczasem biały człowiek politycznie poprawny nabrał przekonania, że historia się kończy, a jego liberalna cywilizacja hedonistyczno- konsumpcyjno- swawolna jest zwięczeniem wielowiekowego dążenia ludzkości do samodoskonalenia. Mędrcy poprawności politycznej przodują w ganieniu i edukowaniu swych białych braci, którzy nie wspięli się jeszcze na wyżyny ich mądrości i o ile jest to wysoce irytujące, o tyle jeszcze nie naganne. Odbywa się to bowiem wewnątrz własnego kręgu kulturowego. Problem zaczyna się, gdy owe gwiazdy cywilizacji dochodzą do schizofrenicznego wniosku, iż inne cywilizacje także błądzą i je także trzeba edukować, często przy pomocy prochu i miedzianych kul karabinowych.

Niepokojąca diagnoza

Na czym polega owa schizofreniczność? Ma ona dwa wymiary. Z jednej strony biała poprawność polityczna nakazuje bezwzględną tolerancję dla innych kultur, a już ich religii, zwyczajów, obrzędów szczególnie. Z drugiej, zgodnie z maksymą Stalina „ufaj ale kontroluj” przygląda się im się z pietyzmem i piętnuje wszelkie przejawy błądzenia społecznego niezgodnego z tzw. kodeksem praw człowieka, który jest w całości owocem wyłącznie cywilizacji zachodniej. Gdy któraś z kultur, pomimo użycia środków terroru politycznego, nadal pogrąża się w ciemnocie i nie chce zaadaptować jedynie słusznych idei w ramach tolerancji międzykulturowej, biały człowiek poprawny politycznie nie waha się zaprezentować owej błądzącej kulturze innych osiągnięć swojej cywilizacji. W ramach wojen nazwanych w nowomowie człowieka cywilizowanego „pomocą humanitarną”, czy operacją „utzymywania pokoju” prezentuje się błądzącym kulturom takie wynalazki białej istoty jak czołgi, samoloty bojowe i karabiny. Aczkolwiek tylko tam gdzie mu się opłaca, bądź nie grozi mu porażka i wycofywanie się z podkulonym ogonem. I to jest właśnie owy drugi wymiar schizofreni.

Możemy się doszukać jeszcze jednego oblicza tej przykrej choroby, na którą chyba niestety cierpiał wielki mistrz kina boliwijskiego J. Sanjines w trakcie tworzenia „Yawar Mallku”. Niekiedy osobnik cywilizowanie poprawny politycznie zdaje się wiedzieć lepiej od danej kultury jak powinna ona żyć.

Szcególnym poligonem wszelkich niegodziwości i nadgorliwości białego człowieka były społeczności indiańskie. Ze względu na własną wiedzę, jak i tematykę filmu Yawar Mallku, ograniczmy ten wywód do Indian andyjskich, a co za tym idzie przede wszystkim dwóch grup Qechua i Aymara. Już od czasów konkwisty na terenie Peru i Boliwii, które naówczas, w dużej części, wchodziło w skałd imperium inkaskiego działy się rzeczy, z których z pewnością biały człowiek dmunym być nie może. W „Brevisima relacion de la dectruccion de las Indias” Fray Bartolome de las Casas pisał o niegodziwościach jakie przybysze ze starego „cwilizowanego” przecież kontynentu dopuszczali się na miejscowiej ludności. Kolejne stulecia według oficjalnej historiografii poprawnej politycznie to w zasadzie niekończące się wynaturzenia, sadyzm ze strony chciwych i niegodziwych białych wobec sterroryzowanych, okradzionych z nadzieji śniadych. Na szczęście historia dobrnęła do szczęśliwego końca, kiedy to owi biali, a w zasadzie tylko jego oświecona częśc opamiętała się i już wie, że wszystko co dotąd czyniono było złe. Niemniej jednak, teraz będzie już dobrze, gdyż pośąwszy wszechwiedzę już wiadomo, że nie tylko nie wolno czynić krzywdy bliźniemu, ale nalezy go też umieścić w skansenie i za wszelką cenę skazać go na życie do jakiego jest przystosowany. Przedstawicielem tej kasty jest twórca filmu „Yawar Mallku” J. Sanjines.

Reżyser swej kasty

„Kino o ludziach i dla ludzi” to dewiza artystyczna Sanjinesa. Pięknie brzmiące zdanie kryje jednak w sobie pewne pułapki. Jego dekonstrukcję zacznijmy zatem od drugiej części – „dla ludzi”. Dla jakich ludzi? Sanjines twierdzi, że dla wszystkich i dla białych i dla śniadych. Jeździł nawet z namiocikiem i kinem obwoźnym, aby dotrzeć do swych, wynoszonych na piedestał Indian. Dojeżdżał do zapomnianych przez Boga dziur i mówił za pomocą swojego obrazu: „Nie jesteście sami, ja was rozumiem i będę dla was walczył! Ja współczesny Bolivar Andów”. A Indianie wychodzili i tylko machali rękoma w rezygnacji, albo i w czym innym.

Sanjines później powiedział, że to dlatego, iż umieścił w filmie retrospekcje, a linearnie myślący umysł Indianina (czym nota bene według swych poprawnościowych standardów w zasadzie ich obraził) nie był w stanie tego zrozumiec. I całe stado potakiwaczy, przedstawionych przez Orwella w „Folwarku Zwięrzęcym” jako owce, przyjęło bezkrytycznie takie wyjaśnienie. Czy jest ono satysfakcjonujące? Nie wiem tego, bo nie jestem Indianinem, ale bałbym się na miejscu Sanjinesa ferować tak kategorycznych opinii. Równie dobrze i z podobnym prawdopodobieństwem można uznać, iż Sanjines nakręcił film wcale nie o Indianach, ale o ludziach, którzy w jego prywatnej, zideologizowanej, agresywnej wizji świata są Indianami.

Natomiast masywną klakę po dziś dzień robią mu środowiska poliitpoprawne, wyjątkowo białe, choć dotknięte bakcylem rasowego daltonizmu, które kolorów wolałby już nie dostrzegać. Zatem rozwijając złotą myśl „geniusza” kina boliwijskiego „kino o ludziach i dla ludzi” można stwierdzić „kino o fikcji służącej fetyszyzowanej ideologi, dla swoich i jako bat na nieuświadomioną ciemnotę”.

Fakty i mity

Nie zapędzając się jednak w meandry motywacji „wybitnego” reżysera, przyjżyjmy się zawartości jego obrazu pt. „Yawar Mallku”. Wzór do naśladowania to Indianin żyjący wysoko w górach, w lepiankach, w klanowych grupach. Nie zna przekleństwa konsumpcjonizmu, nie dotarł do niego też biały Bóg. Wciąż najwyższym bóstwem jest słońce, a rozrzucone liście koki, mogą oznaczać wyrok śmierci. Tak właśnie żyje i powinien (piszę to z premedytacją, gdyż w ostatniej scenie jeden z Indian wraca do takiego życia, po horrorze jaki był jego udziałem w „białym” mieście) żyć prawdziwy Indianin.

Sięgnijmy po książki opisujące życie Indian u progu konkwisty i pojawienia się w imperium Inków Francisco Pizarro. Jak żył ówczesny Indianin. Pominimy członków arystokracji i tych zebranych w wielkich ośrodkach miejskich, gdyż Sanjinesowi mogłoby zobić się niezwykle przykro. Skupmy się na takich samych Indianach, jakich on pokazuje, czyli żyjących w górach, pozbawionych ambicji związanych z władzą, czy posiadaniem. Otóż żyją oni dokładnie tak samo, jak w obrazie Sanjinesa. W biedzie, w brudzie, w ciemnocie. Nie szanuje ich nawet większość własnych ziomków, traktując niemal jak kastę niedotykalnych w Indiach. Ale nieważne to, ważne, że część faktycznie tak żyła i był to obraz, bazując chociażby na „The Conquest of Incas” wybitnego badacza tematu J. Hemminga, niezwykle podobny do tego, którego niemal pięćset  lat później uwiecznił na kliszy filmowej Sanjines.

Wniosek jest paradoksalny, Sanjines będąc postępowcem ideologicznym, jednocześnie wypowiada się przeciwko postępowi. Chce aby Indianie żyli tak jak u progu XVI wieku. Nie wiem, jak Indianom podoba się taka idea, ale wyobraźmy sobie scenkę rodzajową, w której bierzemy udział. Wytężmy wyobraźnię i namalujmy przed zamkniętymi oczyma następujący obraz: koniec średniowiecza, Warszawa – mała rybacka osada, żyjemy brudni, odrapani w ziemiankach, tylko niektórzy pozwalają sobie na drewnianą chatę krytą strzechą. Dzień w dzień jemy to samo, żujemy pozbawioną smaku papke bezzębnymi szczękami, wszak dentystów nie ma. O wielkim mieście, jak Kraków tylko słyszeliśmy, a jeden z wieśniaków powiada, iż miastowi to wysłannicy diabła, okrycia ich przedziwne i opowiadają jakieś niestworzone rzeczy.

Nie wyłączajmy wciąż wyobraźni i idźmy za ciosem. Powiedzmy, że mamy szansę przenieść się do tego Krakowa. Pewno na początku nie będzie łatwo, bo budowle wielkie, ekonomi nie rozumiemy, a w zamku siedzi jakiś wszechwładny kacyk. Ale nasze dzieci pewno ogarną już ten dziwny świat i będą radzić sobie nie gorzej niż inni szesnastowieczni, krakowscy mieszczanie, a może i nawet lepiej, może nawet tak jak ci dwudziestowieczni. Ale nie! Bo o to pojawia się nijaki Jerzy Sanchinowski, który wymachując taśmą filmową krzyczy: nie martwcie się! Wracającie do swoich ziemianek! Żujcie dalej tę wstrętną papę! Ja nie pozwolę żebyście mieli prąd, koło, paliwa, literaturę i inne głupie wynalazki tych białych mieszczan! Ja was ochronię, kolejne pięćset lat będziecie siedzieć w tych lepiankach w harmoni z przyrodą!

Jak na to odpowiemy? Wyjdziemy z przywiezionego namiociku i machniemy ręką. A retrospekcje? No były i co z tego.

Oto mit założycielski Yawar Mallku. Ale nie jedyny.

Albus Paskudeus

Biały człowiek jako wcielenie zła to kolejny ze streotypów człowieka poprawnego politycznie. Pomijam już fakt ewidentnego masochizmu i uwielbienia dla samobiczowania się, gdyż owy politpoprawny jest zawsze biały. Inne barwy politpoprawne raczej nie bywają, a jeżeli wywieszają te same sztandary, to dlatego, że wiedzą gdzie leżą polityczne frukta i traktują politycznie poprawnych podobnie jak Lenin „użytecznych idiotów”. Indian zaś, przynajmniej bazując na własnych doświadczeniach wyniesionych z podróży, poprawność nie bardzo interesuje. Jeżeli zaś chodzi o białego człowieka, to traktują go jako skarbonkę do rozbicia, szczególnie w dużych ośrodkach jak chociazby peruwiańskie Cuzco. Biały to frajer, który jest skłonny płacić gigantyczne pieniądze za oferowaną pod płaszczykiem „kultury” nachalną tandetę.

Z kolei Indianin Sanjinesa, ten żyjący w górach, faktycznie nieskażony chciwością, do człowieka białego ma niezwykle neutralny, czy nawet pogodny stosunek. Wędrowałem z dwoma dużymi białymi facetami (niekoniecznie wyglądającymi przyjaźnie) po głębokich dolinach andyjskich gór. Pokonywaliśmy potężne przełęcze i schodziliśmy do płynących głęboko strumieni górskich kończących swój żywot w mitycznym, inkaskim Apurimacu. Niemal codziennie spotykaliśmy malutkie osady indiańskie zatrzymane w czasie, które wciąż wyglądają tak, jak w dniu kiedy Pizarro w Cajamarce uwięził Atahualpę.

Wcale nie symbolizowaliśmy zła absolutnego. Nasz przyjaciel zza Odry, skądinnąd członek narodu, który nie wsławił się poprawnymi relacjami z innymi kulturami, w zasadzie każdy wieczór spędzał tarzając się po zielonych halach z gromadami roześmianych dzieci. Ich rodzice, których obserwowaliśmy z niemałym niepokojem, nie wykazywali żadnego zaniepokojenia. Pomimo, iż Sanjines nakręcił swój film i zrobił wszystko by ich uświadomić, nie wydawali się przejęci ryzykiem podwiązania przez nas jajowodów ich córkom, czy wycięciem nerek synom. Wprost przeciwnie, pomimo iż żaden z nas językiem Qechua nie włada, nasze relacjie układały się bardzo dobrze.

Zatem jeżeli Indianie wcale w ten sposób ludzi białych nie postrzegają, to wracamy do wcześniejszej konkluzji. To w jaźni Sanjinesa biali są tacy, jak w jego filmie. I to w jaźni Sanjinesa Indianie powinni się ich bać.

I nawet jeżeli tacy biali, jak w filmie Sanjinesa faktycznie istnieli i robili takie rzeczy, to nie wiemy, czy było to zjawisko masowe, czy wyłącznie odosobniony incydend. Wiadomo natomiast, że istnieją całe zastępy ludzi dobrej woli. Zgłaszają się na wolontariaty i jeżdżą do Indii, Afrykii i Ameryki Południowej i wypruwają z siebie żyły w imię idei i polepszania bytowania miejscowych. Tworzą legiony często naiwne, działające w sposób kretyński i przeciwskuteczny, jak chciażby budując drewniane domy indianom amazońskim, które ci, potem, przez kilka kolejnych lat, traktują je jako opał, po który nie trzeba chodzić do lasu. Jednak starają się i co więcej też są biali, a w filmie Sanjinesa nie ma dobrych białych. Wszystko co z nimi się kojarzy – budynki, ulice, maszyny, nawet muzyka, słowem wszystko co reprezentuje biały w „Yawar Mallaku” jest brzydkie, złe pozbawione etyki, wręcz odstręczające i rażące.

Dzieci Sanjinesa

Takich mitów można wymienić by jeszcze co najmniej jeszcze kilka. Nie ma to jednak większego sensu, gdyż konkluzja zawsze będzie podobna. Sanjines nakręcił film tendencyjny, służący ideologi, nie zaś prawdzie. Epatuje kłamstwem w imię swych wyobrażeń o tym jak powinien być skonstruowany świat. Czy takie kino ma sens? Idąc za sparafrazowaną dewizą reżysera „kino dla swoich o własnych mirażach”, to jak najbardziej. Podobnych jemu jest wielu. Są też tacy, którzy w imię podobnych wizji idą dalej. Reżyser Soderbergh potrafi nakręcić dwuczęściowy, kompletny gniot z punktu widzenia artystycznego, o mordercy Ernesto Guevarze wynoszący go na piedestał.

Zatem będąc członkiem grona wzajemnej adoracji, które łączą idee albo pseudoidee można takim tropem iść. Nie wiem na ile Sanjines był wyrachowany i cyniczny. Może nie był i powodowała nim autentyczna chęć czynienia dobra. Jeżeli jednak tak było to był marnym socjologiem i niezwykle leniwie albo ślepo podszedł do badanego przez siebie zjawiska.

Wydaje się jednak, że zarówno on, jak i jemu podobni chcąc dobrze stają się niewolnikami idei, zbiorowej iluzji. W tym wypadku to fetyszyzowanie Indianina jako bytu doskonale żyjącego w harmonii ze światem, któremu zagraża jedynie biała cywilizacja.

Tagi: , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.