Skazani na Lolitę cz. III

Posted by Admin on Lip 28, 2011 in Kategoria główna |

Załoga, w zasadzie, od samego początku, uznała najwyraźniej, że zajmowanie się nami mija się z jakimkolwiek celem. Zaczęliśmy być, więc, typowym boliwijskim stylem, traktowani jak powietrze. Nastręczyło to drobnych problemów. Choćby skrawkowe informacje byłyby bowiem, przydatne. Chociażby ustalenie, jak i gdzie mamy spać. W końcu jednak, zniecierpliwieni, postanowiliśmy zrobić wszystko po swojemu. Rozpiąłem swój hamak w miejscu, które wydało mi się najdogodniejszym. Jako że, Kisiel nie mógł uczynić tego samego, gdyż jego amazońskie łóżko, było się podarło nieco wcześniej, przystąpiliśmy do rozbijania namiotu. Zresztą, później, okazało się to zbawienne również i dla mnie. W każdym bądź razie, upatrzyliśmy sobie wygodne miejsce na dachu, czy jak to woli, na górnym pokładzie, tuż za sterówką i tam, po uzyskaniu milczącej aprobaty, któregoś z członków  załogi, której jeszcze nie rozpoznawaliśmy, zabraliśmy się do rozbijania naszego kopulastego domku.

Gdy już rozłożyliśmy się na dobre, zaczęliśmy oczekiwać wypłynięcia. W zasadzie, powinienem napisać „wyjścia”, bo jak mawiał promotor mojej pracy magisterskiej, zacny generał dywizji Wojska Polskiego, przytaczając słowa swego przyjaciela, oficera marynarki, który zawsze niebywale się zżymał no owo „pływanie” – Pływa to gówno w kiblu, okręt idzie, do k….y nędzy!

No i tak czekaliśmy i czekaliśmy. Minęło południe, mijały kolejne godziny. Gdy w końcu, zapytaliśmy, poinformowano nas, że już, zaraz. Później znów czekaliśmy, a kolejne informacje, które przekazywali nam nagabywani marynarze, brzmiały jak zniekształcone komunikaty radiowe, nadawane przez kogoś, kto wpakował sobie do ust pięć gum do żucia. Więc czekaliśmy i czekaliśmy, aż w końcu, niebo poczęło ciemnieć i stało się jasne, że z dzisiejszej żeglugi nici. Poszliśmy więc spać, spędzając tym samym pierwszą, z wielu przyszłych, jak wkrótce (określenie to należy interpretować z punktu widzenia latynoamerykańskiego) miało się okazać. Następnego dnia wzeszło słońce, a Lolita wciąż uwiązania do drzewa, kołysała się spokojnie na brunatnej tafli rio Mamore.

Wypłynęliśmy…, tfu (!), jakie tam wypłynęliśmy, oczywiście „wyszliśmy”, wyszliśmy z portu dopiero późnym sobotnim rankiem. Na Lolicie urzędujemy już sześć dni i lada moment będziemy… w połowie drogi.

Poziom tej kapryśnej rzeki, w tym roku opadł niezwykle, jak na tę porę roku. W ciągu pierwszych dwóch dni pokonaliśmy zaledwie pięćdziesiąt kilometrów. Obecni idzie nam już nieco lepiej i osiągamy nawet, imponujące siedemdziesiąt kilometrów dziennie. Wciąż to jednak marne pocieszenie, gdyż do Guayamirim pozostało jeszcze dwieście siedemdziesiąt kilometrów (w linii prostej).

Dziwić Cię może, czytelniku, jak określamy tak dokładanie naszą pozycję, skoro załoga jest tak dalece nie skora do informowania nas o czymkolwiek. Otóż, będąc przezornymi, wyposażyliśmy się w porządną mapę. Posiadamy tez kompas mapowy i GPS. Te przyrządy zapewniają nam sporo rozrywki w tych nudnych, jak nietrudno sobie wyobrazić, warunkach. Łączymy się więc, po kilka razy dziennie z satelitami wiernie krążącymi wokół naszej niebieskiej planety i określamy pozycję geograficzną. Tę, następnie nanosimy na naszą mapę i za pomocą podziałki liczymy w kilometrach, ile jeszcze. Określamy też nasze ewentualne nadzieje, co do jakiś portów, do których moglibyśmy wyrwać się choć na chwilę z naszej otwartej, niebieskiej celi o brunatnych kratach rio Mamore.

Mapa, choć o dużej skali, odziera nas jednak, póki co przynajmniej, ze wszelkich złudzeń. Portów nie ma, a wokół tylko las, las i las. Na niebie krążą setki niezliczonych gatunków ptaków. Duże i białe, o długich dziobach i gardłach tak obfitych, jakby mieściły w nich całą spiżarnię; czarne, szybkie, biegające po wodzie, by wzbić się w powietrze, wielkością zbliżone do kaczki; różowe, zdające się być młodszymi braćmi flaminga; znowuż małe, wysmukłe tym razem, kształtem przypominające nieco czaplę, brodzące w płytkich wodach przy łachach piachu utworzonych przez niskie wody; fruwające w poszukiwaniu padliny, czarne sępy o gołych, czerwonych głowach; i setki, dosłownie setki małych i większych ptaków.

Cały czas towarzyszą nam też różowiutkie delfiny słodkowodne. Wyskakują raz za razem z wody, ukazując swe niezwykłe ciała. Na brzegu zaś, co jakiś czas, w bezruchu obserwują nas kapibary, czyli największe gryzonie świata, które rzeczywiście, wyglądają jak gigantyczne, zmutowane świnki morskie.

Na plażach, korzystając z promieni słonecznych, wygrzewają się krokodyle. Gdy ich nie ma, na płaskich łachach piasku, swe gniazda mają żółwie lub ptaki, którym nasza załoga niekiedy kradnie jajka na kolację, czy śniadanie. Nie widzieliśmy za to, jeszcze, żadnej anakondy, a te powinny w tych okolicach występować dość licznie.

Wszystko to piękne i fascynujące lecz tylko na jakiś czas. Później powszednieje i zwierzę, które gdym ujrzał na rodzinnym Ursynowie, zawyłbym z zachwytu, tutaj powoli nabiera rangi wróbla, który własnie, w deszczowy dzień, narobił na balustradę balkonu.

Zatem płyniemy sobie tak, a w zasadzie idziemy, bo, co pływa, to już wiemy i nudzimy się przy tym niemiłosiernie. Mówi się, że człek inteligentny zawsze znajdzie sobie zajęcie. Być może i tak jest. Staramy się, w każdym bądź razie, jak możemy. Po za zabawami w orientację, Ksiel szlifuje hiszpański (przy pomocy książeczki o tytule „hiszpański w 30 dni”, którą złośliwie proponujemy przerobić, szczególnie w przypadku mego przyjaciela,  na „hiszpański w dwa lata”), ja bazgrzę te słowa, czasem coś poczytamy. W naszej plecakowej bibliotece zagościł ostatnio Marquez, Verne, Stoker i Haggard. Niekiedy zagramy partyjkę w szachy. Do nie dawna, wieczorami też łowiliśmy, lecz dwa dni temu, w nocy, silny wiatr wywrócił naszą puszkę z kukurydzą i ryby miały bezkarną wyżerkę.

Łowiło się dużo, łatwo i przyjemnie. Szczególnie często trafiały się kre kre, które swą nazwę zawdzięczają zapewne dźwiękom, które wydają po wyciągnięciu z wody. Ryba ta może osiągać nawet metr długości (a może i więcej, to po prostu największa jaką widzieliśmy) i przypomina wyglądem nieco naszego suma. Ma również charakterystyczne fioletowe, odbijające światło, niczym kocie, oczy.

Cokolwiek złapaliśmy my, czy marynarze, ląduje, od razu w garze. Patroszy się je z wnętrzności, nie odcinając przy tym ani głowy, ani ogona. Kisiel twierdzi, że jest nawet niezła, choć lepsza byłaby smażona.

Do codziennych zabaw należy też nocne określanie kierunków świata za pomocą gwiazd. A te wykwitają na nocnym niebie jak grzyby po deszczu. Nieboskłon po zachodzie słońca jest doprawdy niezwykły, piękny i fascynujący. Środek czerni przecina wstęga rozlanej galaktyki, naszego kosmicznego domu, czyli drogi mlecznej. Widać ją od horyzontu do horyzontu. Skupia się w niej tyle gwiazd, że pomimo, iż nasza podróż upływa pod znakiem nieobecności Księżca, nocą wcale nie jest zupełnie ciemno. Gdzieś w jej połowie długości, każdego wieczora odszukujemy Krzyż Południa. Jako że wędruje on po nocnym niebie, a jego czytania dopiero się uczymy, daje to nieco frajdy i zabija odrobinę czasu. Trzeba przyznać, że gdy człowiek budzi się w nocy, goniony naturalną potrzebą, to nawet nie miłe uczucie związane z wygramoleniem się z ciepłego śpiwora jest rekompensowane przez oszałamiający widok, rozciągający się ponad głową. Ilość obserwowanych spadających gwiazd budzi tylko wątpliwość, czy starczy nam marzeń do wypowiadania.

Mimo to, czasu wciąż jest wiele. Latynosi posiadają tę niezwykłą zdolność zabijania go. Pisał kiedyś W. Cejrowski, że jak gringo i Latynos płyną na statku i stoją obok siebie przy burcie wpatrując się w zieleń lasu to biały widzi a miejscowy patrzy. Oczy Europejczyka bowiem wciąż się się na czymś zatrzymują, analizują konkretne rzeczy. Krajowiec zaś gapi się przed siebie niezależnie od prędkości przemykającego przed oczyma obrazu. Gałki oczu o jasnych tęczówkach, szaleją zaś, poruszając się to w jedną, to w drugą stronę, niczym podczas tenisowego meczu. Latynos potrafi wyłączyć się. Nie myśleć, nic nie robić, przełączyć się w jakiś dziwny stan, zawieszony gdzieś pomiędzy świadomością a pustką.

Pomimo, że spędziliśmy na tym pięknym kontynencie już całkiem sporo czasu i nabraliśmy już odrobinę tej umiejętności, perfekcji, wciąż jeszcze, nie osiągnęliśmy i tygodnia czasu jeszcze zabić nie umiemy. Włącza się w nas niekiedy na tym nieszczęsnym statku, Europejczyk gnający całe swe życie, niejednokrotnie nie mając pojęcia za czym i klniemy wtedy straszliwie, te nasze skazanie na Lolitę. Czasem mi się wydaje, że z tego wszystkiego wyjdziemy zupełnie siwi. Później jednak, to, kim się tu z wolna stajemy, bierze górę i znowu  potrafimy dwie godziny wpatrywać się w nieokreślone nic.

Dzień nasz zaczyna się o szóstej rano, kiedy to jeszcze w ciemnościach nocy, rozlega się terkot silnika, wprawiający blaszany dach, na którym śpimy w wibracje. Niestety noce okazały się zbyt chłodne na wygodny hamak i nosem spuszczonym na kwintę, musiałem przenieść się do namiotu. Później, dosypiamy jeszcze, budząc się wciąż, gdzieś do ósmej, kiedy to wyłazimy z ciepłych śpiworów i schodzimy na dół, do mesy, na śniadanie. To, zazwyczaj składa się głównie z ryb, złowionych poprzedniego wieczoru. Obywam się zatem, wyłącznie miską ryżu i całkiem dobrą, czarna słodką kawą, którą podejrzewam, że załoga kupuje w Brazylii, jako że w Boliwii, dobrej nie spotkaliśmy

Po śniadaniu, włóczymy się chwilę po naszych kilku metrach kwadratowych blaszanego dachu łażąc, nie wybudzeni jeszcze całkiem, wokół namiotu. Czasem przespaceruję się też po cysternach, żeby zmienić nieco kąt patrzenia. Między dziesiątą a jedenastą, w sterówce zazwyczaj urządzana jest sesja radiowa. Łączymy się z portami i innymi statkami. Audycje te nazywamy News of the World, bo z nich właśnie, dowiadujemy się szacowanych czasów przybycia w różne miejsca. Marynarze zaś, zawsze pytają, czy ktoś nie chce kupić benzyny. Popyt jest, tyle, że z pieniędzmi gorzej. To też, niejednokrotnie, z głośnika pada pytanie, czy nie chcieliby sprzedać za charque (czyli suszone mięso) lub pomarańcze, czy jukę. Z tego, co zrozumieliśmy, dzisiejszego wieczora dojdzie do pierwszych geszeftów i w porcie będzie na nas czekała żywa świnia. Zobaczymy. Niemniej, wiele wskazuje na to, że dzisiaj, po raz pierwszy, zejdziemy na suchy ląd.

Po sesji radiowej, zajmujemy się zabijaniem czasu, aż do południa, kiedy to schodzimy na dół i zaczynamy się kręcić wokół mesy. Załoga nie zwykła nas informować o niczym i posiłków nie obowiązuje wyjątek. Musimy więc, nauczeni doświadczeniem pierwszych dni, kiedy to przypadły nam w udziale ochłapy i chyba nawet pies zjadł więcej, czychać na strawę. Pierwszy do stołu zasiada kapitan, a jak wiadomo na kapitańskim stole najobficiej. To też, bez cienia żenady, gdy tylko zauważamy jego sylwetkę zmierzającą w kierunku mesy, ustawiamy się w blokach startowych i tuż z za nim pakujemy się do środka, zasiadając po przeciwnej stronie stolika.

Nasyciwszy się, wracamy do naszej celi i około godziny nie robimy zazwyczaj, nic, urządzając tym samym, sjestę. Później zczytujemy dane z GPS i jeżeli chłopaki z załogi są w nastroju to uda się posłyszeć jeszcze trochę komunikatów płynących z głośników radia umieszczonego w sterówce. Tak, doczekujemy do kolacji, podawanej tuż po lub tuz przed przycumowaniem. Od szóstej zatem, kręcimy się już po dolnym pokładzie, obserwując kapitana, który również wieczorem, zazwyczaj zasiada do wieczerzy pierwszy. Zjadłszy, jeszcze przez jakieś dwie godziny oddajemy się rozrywkom w postaci lektury, a wcześniej także połowom kre kre i idziemy spać. Zaiste fascynujące! Nawet zastanawiamy się już, czy nie poprosić chłopaków o jakąś robotę. Kisiel skonstatował przy tym, że to tak, jak w więzieniu, gdzie osadzeni biją się o pracę, żeby zabić czas. Porównanie celne, gdyż na Lolicie, to trochę tak jakby w więzieniu.

Kim jest Lolita? Jak już zostało wspomniane, nasza kochanka na dobre i na złe to błękitna, płaskodenna barka rzeczna. Ma ze dwadzieścia metrów długości i jakieś cztery szerokości, kształt sześcianu, powiększony o sterczącą z dachu po stronie dziobowej, sterówkę, dwa pokłady i na upartego, trzeci, czyli dach, na którym obecnie dumnie stoi nasz namiot, niczym sławna, szklana piramida u wejścia do Luwru. Ze środka statku w niebo wystrzeliwuje grot – maszt, zaś na rufie, na drewnianym kijku, powiewa boliwijska bandera.

Na dolnym pokładzie, idąc od dziobu, znajdują się dwie kajuty. Śpią w nich bodajże, najniżsi rangą. Dalej, za nimi, mamy mesę, za którą, w lekkim zagłębieniu, znajduje się wielki motor. Na rufie są jeszcze trzy pomieszczenia. Pierwsze to kuchnia, na przeciw niej jest magazynek, sąsiadujący z ubikacją. W tej ostatniej, znajduje się sedes, do którego nie podłączono jednak, rury z wodą, umywalka, również bez wody i nawet bez odpływu, dwa wiadra i duża miednica. Załatwione, zalegające potrzeby, należy więc spłukać z wiadra, naczerpawszy uprzednio wody z za burty.

Żeby się wykąpać, należy nabrać wody do wszystkich trzech zbiorników, wejść do miednicy i nabierając wody kubkiem z wiader, polewać się, namydlać i opłukiwać, w ten sam sposób.

W toalecie nie ma lusterka. W ogóle na całej łodzi nie ma ani jednego lustra. Nie golimy się więc, czyniąc tym samym zadość zwyczajom marynarzy u – bootów z kriegsmarine z czasów II Wojny Światowej. Czynność ta miała przynosić pecha. Nie widzieliśmy swoich fizysów już od dłuższego czasu i trochę boimy się co ujrzymy, gdy wreszcie nadarzy się okazja. Co gorsza, codzienne zakładanie soczewek kontaktowych wygląda odrobinę, jakbym usiłował wydłubać sobie oczy.

Na pokładzie górnym, na dziobie są dwie kajuty, w tym kapitańska, a za nimi urządzono pokój telewizyjny. Załoga nawet zainwestowała w odtwarzacz DVD i ze dwa kartony pirackich filmów. Na Lolicie jednak, główny silnik nie zaopatruje łodzi w energię elektryczną. Ta, w kablach pojawia się dopiero po włączeniu generatora. Kapitan zarządza oglądanie filmu lub słuchanie muzyki, tylko wieczorami. Wtedy też na jakiś czas, mamy elektryczność. Na seanse filmowe jednak zapraszani nie jesteśmy, a włazić im tam na siłę, też jakoś nie mamy ochoty. Zatem multimedia są po za naszym zasięgiem.

galeria zdjęć z podróży po rio Mamore

Za salą telewizyjną, znajdują się jeszcze cztery kajuty załogi. Na górze, jak już wspomniałem, jest sterówka, z jedną kajutą za nią i dalej już tylko blaszany dach, ograniczony z obu stron, ciągnącym się po jego powierzchni łańcuchem. Prowadzi on od koła sterowego do wygiętego u szczytu, metalowego pręta, do którego poniżej linii wody zamontowano skrzydło steru.

Oto Lolita w całej okazałości, a w zasadzie tylko jej martwa część. Czym byłby bowiem statek bez swojej załogi!? Tę zaś stanowi osiem wesołych postaci, którym swoim starym zwyczajem, od razu nadaliśmy ksywy.

Dowódca, z portugalska zwany przez nas Capitao. Nazywa się bodajże Eduardo i przynajmniej z wyglądu stanowi postać niezwykle oryginalną. Ten siwiejący gentelman, pod pięćdziesiątkę, obdarzony obfitym mięśniem piwnym, posiada aparycję człowieka, który pije przeszło od kilku lat. Nie posądzamy go o to, niemniej, jego siwy zarost i potargane, codziennie niemal identycznie, włosy, wciąż budzą w nas lekkie rozbawienie. Pod jego oczyma, niezależnie od pory dnia goszczą zawsze dwa ogromne wory. Pali, a raczej ćmi, niemal bez przerwy, nie przejmując się przy tym zanadto, że robi to tuż nad trzystoma pięćdziesięcioma tysiącami litrów benzyny. Po za tym, nie robi absolutnie nic. Wydającego polecenie, widziałem go może ze dwa razy.

Nawi, skrót od „nawigator”, de facto pełni rolę pierwszego oficera i sternika. Bardzo pocieszna i sympatyczna postać, nie rozstająca się nawet na chwilę ze swoja zmachaną czapeczką z daszkiem. Ksywę swą dostał, gdy pierwszego dnia zacumowaliśmy bez większego powodu. Nie wyszedł z nami na pokładzie Lolity z Varador. W trakcie wspomnianego postoju, chłopaki zwodowali małą łódkę i przywieźli nieznanego jegomościa prosto z lasu. Następnie, ten usiadł za sterami i bardzo ostrożnie przeprowadził Lolitę przez płytkie, niebezpieczne wody. Uznaliśmy zatem, że ów jegomość to mieszkaniec jakiejś małej wioseczki w dżungli, który jak nikt inny, zna okoliczne wody i ich mielizny. Stąd też, nazwaliśmy go nawigatorem, co później się zdrobniło i pozostało jako Nawi. Lolity nie opuścił i najwyraźniej jest stałym członkiem załogi.

Pierwszy – mechanik o imieniu Carmelo. Początkowo wzięliśmy go za pierwszego oficera. Reszta załogi darzy go dość sporym szacunkiem. Później jednak, okazało się, że pełni on rolę kardiologa Lolity doglądając pracy jej serca. Postać to enigmatyczna, małomówna, choć sprawia wrażenie bardzo sympatycznego.

Polityczny– Ciężko było nam stwierdzić, czym ten członek załogi, w zasadzie zajmuje się. Wtedy, przypomnieliśmy sobie film „Polowanie na Czerwony Październik” i w ogóle, organizację radzieckiej floty. Ochrzciliśmy go więc, oficerem politycznym. W rzeczywistości, spełnia on coś w rodzaju funkcji bosman – mata. Można go uznać również za radiooperatora. To głównie on komunikuje się z portami i innymi statkami. Jest wszędobylski i na wszystkim się zna. Po Capitao i Nawi, jako jedyny posiada prawo sterowania Lolitą. Dusza załogi, jajcarz. Mówi jednak, językiem ciężko zrozumiałym dla nas. To też, nie możemy pośmiać się razem. Kisiel, od niedawna, zaczął nazywać go także Pułkownik X.

Starszy – to jeden z dwóch majtków na pokładzie. Ponieważ jest starszy zarówno wiekiem, jak i chyba rangą, dostał ksywę starszy majtek, z której, w końcu zostało tylko starszy. Głośny, zabawny, zaczepny i rozkrzyczany. Je za dwóch i klnie niewyobrażalnie. Przy nim podszkalamy brukowy odcień naszego hiszpańskiego. Fanatyk ryb.  

Majti – stanowi to zdrobnienie od majtek. Najmłodszy, piętnasto, czy szesnastoletni, pogodny chłopak, którego głównym obowiązkiem jest polewanie, raz na jakiś czas, rozgrzanych od słońca cystern zimną wodą. Jego, wieczorami, deleguje się z liną na brzeg, w celu przywiązania Lolity do drzewa. Podobnie jak Starszy, fanatyk rybłówstwa.

Po za tym, płynął z nami Kuchara, czyli jak łatwo się domyślić kucharka, pełniąca, przy okazji funkcję praczki oraz ofiary niewybrednych żartów załogi i Gruba, która zdaje się być jej pomocnicą. Ta, w każdym bądź razie, nie przemęcza się. W ogóle, roboty za wiele załoga nie ma i ich dnie upływają niekiedy równie bezczynnie, co nasze.

Ponad to, towarzyszą nam na pokładzie jeszcze pies i biało- rudy kot, który dzięki pasji obu majtków, ma się świetnie.

I tak płynął nam dni na Lolicie, z wolna staczającej się w dól brunatnej wstęgi rio Mamore. Gdzieś tam w oddali czeka nas Guayaramirim i może wreszcie, trochę pasjonujących przygód.

P.S.

Dopłynęliśmy po dziewięciu dniach rejsu. Wkrótce po napisaniu powyższych słów na pokładzie się zrobił spory ruch. Co prawda, portów żadnych nie odwiedziliśmy, jednak przybyło wielu nowych pasażerów, którzy dosłownie przychodzili z lasu. Opłacali się oni świniami, których mieliśmy dwie na pokładzie, żółwiami, które konsumowaliśmy do końca naszej wycieczki, bananami, suszonym mięsem, kurami, kaczkami (żywymi rzecz jasna). Gruba okazała się pasażerką, która wyokrętowała się gdzieś po drodze, schodząc na brzeg i wędrując w głąb dżungli.

Po dotarciu do Guyaramirim, przygód faktycznie nie zbrakło. Niestety dość przykrych, męczących i frustrujących. Ponad tydzień zajęło nam wydostawanie się z matni, w której się znaleźliśmy. Wszystko jednak skończyło się szczęśliwe, aczkolwiek, nie bez nerwów. Niemniej jednak, tę historię opiszemy przy innej okazji.

PiK

Tagi: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.