Skazani na Lolitę cz. II

Posted by Admin on Lip 26, 2011 in Kategoria główna |

Po tym, jak przenieśliśmy się w czasie wraz z pozostałościami po kulturze Piatiti, dalszy pobyt  w Trynidadzie stracił sens. Teraz, należało zaokrętować się i wyruszyć w długą drogę, w dół wielkiej Mamore, która zebrawszy kilka mniejszych rzek, łączy się z rio Beni i nazywając się się już Madera, a po przekroczeniu granicy z Brazylią Madeira, w końcu zasila Amazonkę (wedle geografii brazylijskiej Solimoes) jako jeden z jej największych dopływów.

Teoretycznie, sprawa od strony organizacyjnej przedstawiała się w sposób niezbyt skomplikowany. Według przewodnika, należało udać się do leżącego jakieś dziesięć kilometrów od Trynidadu Puerto Almacen, gdzie znajdował się kapitanat portu i tam kupić bilet na jeden ze statków płynących w dół rzeki. Rejs miał trwać pięć dni i według naszego almanachu z pod znaku Lonely Planet, jakość usług oferowanych na boliwijskich statkach miała dalece przewyższać standardy brazylijskie. Łodzie z Amazonki, nazywano tam wprost „bydłowozami”. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, ale mając już doświadczenia z królowej rzek, gdzie warunki były dość oryginalne, lecz na pewno nie niekomfortowe, wyobrażałem sobie, co najmniej wygodny wycieczkowiec.

Tyle jednak w teorii. Już pierwszy rekonesans w Puerto Almacen, sprowadził nas na ziemię. Sytuacja okazało się standardowo boliwijska, a baśnie z Lonely Planet zakwalifikować można jako jedną z opowieści Tysiąca i jednej nocy.

Puerto Almacen okazał się zapadłą, zakurzoną dziurą, w której zasadniczo nic się nie dzieje. Nawet porządnej rzeki już nie ma. Mamore jest dość kapryśna i lubi zmieniać swoje koryto. To z Almacen opuściła dziesięć lat temu. Pozostał jednak kapitanat, w którym, o dziwo, znajdowali się oficerowie marynarki wojennej na służbie. Ponieważ jednak, nie ma już rzeki, zajmują się oni głównie opowiadaniem dowcipów. Dość grubych dowcipów.

<< Sytuacja ma miejsce na wielkiej hacjendzie (latynoamerykańskie określenie na wielkoobszarową farmę, tudzież estancja – przyp. PiK). Posiadacz ziemski Don Pedro przebiera coś w palcach, formuje kulkę, potem znów rozgniata. Zdaje się być bardzo zaabsorbowany tą czynnością. W końcu, niezwykle zaintrygowany woła służącego:

– Jorge! – wzywa i gdy ten się pojawia, wręcza mu kulkę i pyta: – Jorge, co to jest: gówno, czy plastelina?

Służący pokornie bierze się do analizy tajemniczego materiału. Zgniata, znów formuje, wącha, liże i stwierdza: – Don Pedro, otóż to jest gówno.

Na to, zacny Don zadumał sie na chwilę i odrzekł: – No tak…, bo skąd w mojej dupie, wzięłaby się plastelina. >>

Niestety, marynarze o statkach wypływających do Guayaramirim nic nie wiedzieli. Skierowali nas do Puerto Varador, teraz tam miał znajdować się port.

W tym miejscu, pozwolę sobie na krótką dygresję. Boliwia nie posiada dostępu do morza. Utraciła je w wyniku Wojny o Pacyfik, na rzecz Chile. Dziwić może zatem, że mają marynarkę wojenną, duże szkoły kadetów (jedną nawiasem mówiąc, pod Trynidadem, w starej posiadłości magnata kauczukowego), gdzie, jak głoszą wielkie graffiti namalowane na na ich murach, szkoli się bohaterów mórz. Nie precyzuje się przy tym, o które morza chodzi. Łatwo się jednak domyślić.

Puerto-Almacen

Utrata wybrzeża i portu w Antofagaście, na dzień dzisiejszy, stanowi kamień węgielny, konstytuujący boliwijski patriotyzm. Obchodzi się dzień odzyskania morza, w La Paz jest muzeum morza boliwijskiego, w którym przewodnik, nie bawiąc się w poprawność polityczną, dzieciakom z podstawówki opowiada o złych, podstępnych, okrutnych i brutalnych Chilijczykach, którzy zdradziecko napadli na Boliwię i odebrali jej życiodajny kawałek wybrzeża. Do dzisiaj, nie istnieją stosunki dyplomatyczne, na poziomie ambasad między oboma państwami. Rząd boliwijski próbuje natomiast, bocznymi drzwiami, negocjować z władzami lokalnymi w Antofagaście. Co i jak? Dokładnie nie wiem, niemniej jednak, sprawa wciąż obecna jest we wszelkich mediach, zarówno prywatnych, jak i państwowych.

O ile w Chile, sprawa nie istnieje, o tyle w Boliwii jest pod tym względem na prawdę bojowo. Ostatnio nawet, prezydent o ksywie „Evo”, zaprosił pięciu byłych prezydentów, których wcześniej nazywał łajdakami, przestępcami i kryminalistami, do pałacu prezydenckiego, aby naradzić się, jak to nieszczęsne morze odzyskać. Łajdacy, przestępcy i kryminaliści zaproszenie przyjęli, autoryzując tym samym obelgi i coś tam uradzili. Generalnie, sprawa wygląda tak poważnie, że aż groteskowo. Równie absurdalnie prezentuje się przy tym szkolenie marynarzy. Mobilizuje się najwyraźniej cały kraj, bo kadeci ćwiczą się zarówno w dżungli amazońskiej, jak i w wielkich andyjskich górach. Tymczasem, póki jeszcze wybrzeża politycy nie odzyskali, pozostaje im pływać po rzekach, na jednostkach nie większych, niż ta, na której podróżował w głąb dżungli bohater Czasu Apokalipsy Coppoli. Reszta zaś siedzi w biurach i kapitanatach nieistniejących portów i opowiada grube dowcipy. Wymarzona praca!!!

Skończmy jednak już ten długawy nawias i powróćmy w okolice Trynidadu w poszukiwaniu rzeki i statku.

Jako że, Puerto Almacen wyobrażaliśmy sobie jako miejscowość nieco większą, aniżeli się okazała, nie sądząc, że możemy mieć problemy z wydostaniem się z tego miejsca, motory, służące w Trynidadzie za taksówki, odprawiliśmy. Tym samym, pozostaliśmy z przysłowiowym fiutem w garści. Musieliśmy przedstawiać obraz nadzwyczaj komiczny: dwóch białasków, znanych w tych stronach nie inaczej, aniżeli gringos, w szortach, flip- flopach i kolorowych koszulkach stoi na środku zakurzonej niemiłosiernie ścieżynki, stanowiącej główną aleję wiochy. Otaczają nas z cztery palafitos, czyli drewniane chaty, kryte strzechą, postawione na na wysokich palach. Ich nieliczni mieszkańcy wyglądają przez okna, bardziej niż z ciekawością, chyba ze zdziwieniem. Zapytują przy tym, retorycznie, co oni, w zasadzie, tu robią. Nasze miny musiały jednak zdradzać, że owe pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Nie pasowaliśmy do tej bajki, tak dalece, że nawet dzieciarnia gnająca dotąd  kury i świnie z pasją, którą, gdyby nie ich wiek, wzięlibyśmy za fanatyzm lub szaleńczą, ostatnią próbę przetrwania, przerwała te gonitwy i teraz wpatrywała się w nas małymi, czarnymi, nieznającymi poczucia żenady oczyma. Zupełnie jak gdyby, chciała krzyknąć: król jest nagi.

Ruszyliśmy więc przed siebie. Nasze stopy, w kilka minut nabrały odcienia skóry rodowitego Amazończyka. Wdrapaliśmy się na kilkumetrowy wał, spełniający zarówno funkcję nasypu dla szosy i blokady wysokiej wody, rozejrzeliśmy się i postanowiliśmy dotrzeć na piechotę do Purto Varador.

Gdy tak sobie maszerowaliśmy, minął nas samochód, na który machnęliśmy, bardziej chyba z nawyku, aniżeli z nadzieją na transport. Ten jednak, ku naszemu zdziwieniu, zatrzymał się. Podróżowała nim czwórka sympatycznych Boliwijczyków, o nieznanych nam zamiarach. W każdym bądź razie, od tej chwili, poświęcili cały swój czas na pomoc na, porzuciwszy najwyraźniej, wcześniejsze swe plany. Przebąkiwali tylko coś o kupnie świni. Dziwiło nas to niezmiernie, gdyż samochód sprawiał wrażenie nowego i był tak czysty, że aż wstyd było nam, ładować się do niego z naszymi, niebywale umorusanymi stopami, które zdążyły już upodobnić się bardziej, aniżeli do ludzkich, do hobbicich z powieści Tolkiena. Niemniej jednak, jak to się powiada w kraju nad Wisłą: nie mój cyrk, nie moje małpy, czy świnie, jak w tym wypadku.

Pomknęliśmy do Puerto Varador. Okazał się on dalej położony, niż nam się uprzednio wydawało i gdybyśmy mieli tam iść na piechotę, zajęłoby to, w najlepszym wypadku, pewno z pół dnia. Asfaltowa droga wkrótce się skończyła i do kolejnego portu wjechaliśmy otoczeni tumanami wzbijanego przez koła, kurzu.

Miejscowość, w sensie jakościowym, niewiele różni się od Almacen. Jedynie jej liczebność jest nieco większa niż w poprzednim pueblito (choć i_DSC0387 to chyba za duża nazwa) położonym nad dawnym korytem Mamore, przez które płynie obecnie raczej strumyk, niż rzeka (wziąwszy pod uwagę warunki amazońskie), zwany Ibarre.

Problem w Puerto Varador jednak nie został rozwiązany. Na zielonej trawie, znajdowały się co prawda pewne elementy związane z aktywnością jaką jest żegluga śródlądowa. Stała tam barka rzeczna, służąca do transportu samochodów z brzegu na brzeg, stara dwupokładowa krypa i kilka mniejszych, rybackich łódeczek. Sedno tkwiło jednak w tym, że, jak już wcześniej wspomniałem, stały one na lądzie, nie były zwodowane. Wszystko było bowiem w najlepszym porządku: było koryto rzeki, było most nad nim przerzucony, na drodze (kolejne duże słowo…) łączącej Trynidad z San Ignacio de los Moxos i dalej z turystycznym Rurrenabaque. Brakowało tylko wody.

– To jest Mamore!? – Ni to spytałem, ni to to się oburzyłem.

– Si! – odpowiedział mi napotkany rozmówca, nie odrywając swej uwagi od pochłaniającego go zajęcia wpatrywania się w horyzont.

– Stąd pływają statki do Guayaramirim? – Zapytałem z beznadzieją w głosie, spoglądając, przy tym gdzieś na dno głębokiego koryta, wielkiej onegdaj rzeki, gdzie w kilku płytkich kałużach, ludzie o bardzo miejscowej aparycji, moczą kije do których przywiązali grube żyłki. Zdaje się się jednak, że robią to bardziej ze śmiertelnej nudy, która, czego jeszcze nie wiedzieliśmy, czekała na nas, tuż za rogiem tej przygody, aniżeli z prawdziwej chęci złowienia ryby.

Nie zdziwiłbym się nawet, jeżeli sabotują zakładanie przynęty, co by szybciej spadła. Później mogą ze spokojnym sumieniem, oszukiwać się, że na pewno tam wciąż tkwi, tylko, po prostu, brań brak. Wszak nie nudzą się już lecz wędkują.

Mój rozmówca, słysząc pytanie, przeniósł swój wzrok utkwiony dotąd w linię oddzielającą zieleń bezkresu amazońskiej równiny od niezmąconego najmniejszą chmurką, błękitu nieboskłonu, zmierzył mnie od stóp do głowy, spojrzał mi w oczy, tak jak się patrzy na debila i stwierdził tylko:<< no >>. Po czym powrócił do swego uprzedniego zajęcia.

Nie ukrywam, że będąc nieco zbitym z tropu, miałem ochotę wycofać się. Niemniej, najdelikatniej, jak to możliwe, zadałem kolejne pytanie:

– A skąd pływają?

– Z Puente – wymamrotał pod nosem.

– A gdzie jest puente, senor? – nabierałem nieco werwy, prowadząc ten groteskowy wywiad.

– Dalej – padła odpowiedź.

Rozejrzałem się dookoła. – Dalej!?  – pomyślałem – ale gdzie dalej? – analizując całe trzysta sześćdziesiąt stopni otaczającego świata. Widząc jednak, że ów osobnik, który został moim rozmówcą bynajmniej nie z ochotą, nie przejawia najmniejszych oznak chęci pomocy, podziękowałem i oddaliłem się z powrotem, w kierunku samochodu.

– To, skąd pływają te statki, amigo? – Zagadną kierowca.

_DSC0562

– Z Puente – odparsknąłem bardziej, aniżeli odpowiedziałem, używając słów mego uprzedniego interlokutora, złośliwie chyba trochę, chcąc się się zrewanżować na innym Boliwijczyku, za sposób, w jaki ze mną przed chwilą pogrywano.

– A gdzie jest Puente? – zapytał.

– Dalej – kontynuowałem złośliwą zabawę, przywdziewając gębę dziada, wpatrującego się w oddal.

Tu jednak, nastąpiło coś zaskakującego. Kierowca odparł tylko: << aha >>, przekręcił kluczyk w stacyjce i pojechał. On, najwyraźniej określenie „dalej”, w sensie geograficznym, zrozumiał doskonale.

Wszystko wskazuje na to, że Boliwijczycy posługują się nie tyle innym językiem, co innymi pojęciami, lub też zakres pojęciowy znanych nam terminów może być znacznie szerszy lub węższy, aniżeli ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

Dotarliśmy zatem szutrową, dziurawą, niczym szwajcarski ser, drogą, zamykając co chwile okna, broniąc tumanom kurzu wzniecanym przez mijające nas cysterny, dostępu do wnętrza samochodu, do Puente del Puerto Varador. Rzeka bowiem, jak później okazało się, w swej kapryśności, cztery lata temu, ponownie zmieniła swe koryto i teraz płynęła tędy.

Wymieniliśmy kilka uwag, że niemożliwe jest przez te kaprysy, zbudowanie porządnego portu, gdyż bez przerwy trzeba przenosić całą infrastrukturę. I faktycznie… w Puente del Puerto Varador portu, jako takiego, nie ma. W stromym urwisku, prowadzącym do rzeki, wykopano kilka nieco łagodniejszych zjazdów i w ten sposób załatwiono sprawę. Z lewej strony patrząc od strony brzegu, stoją barki wożące samochody i ciężarówki na druga stronę (mostu brak), jeden okręt marynarki, na którym wiadomo, czym marynarze się zajmują i kilka łodzi, które chwilowo nigdzie się nie wybierają. Po prawej zaś, w rzędzie, przycumowane do drzew stoją tzw. Cysterny. Śpiesząc z wyjaśnieniem, cysterna na rio Mamore to po prostu dwupokładowa, płaskodenna, drewniana krypa, ze sterówką na dachu. Do niej zaś, linami przywiązuje się jedną, bądź dwie płaskodenne platformy o wysokości nie przekraczającej metra i pojemności stu do stu pięćdziesięciu tysięcy litrów. Operacja załadunku nosi znamiona samobójstwa, niemniej przebiega sprawnie a obsługa pozostaje w doskonałych nastrojach.

A wygląda to tak: z Santa Cruz dociera tu cysterna na kołach i tyłem podjeżdża do osuwającego się wciąż urwiska. Na dole, czeka na nią łódź ze swymi zbiornikami (przypominamy, że jest ona przywiązana do drzewa). Kierowca tira zrzuca na dół gruby szlauch, podłączony do pompy, a chłopaki z załogi łodzi, otwierają jedną z dziur zbiornika i bez użycia żadnego zaworu, czy nawet najprostszego mocowania, wsadzają luzem jego koniec do otworu i wystawiają w powietrze uniesiony kciuk. Na to, kierowca odpala silnik pompy. Benzyna sobie przepływa, a po szlauchu łażą ludzie, świnie, psy, kury i kaczki. Wszyscy, przy tym, zachowują wprost iddyliczne samopoczucie. Gdy operacja jest skończona, uwiązuje się dokładnie zbiorniki do ładzi służącej w tym wypadku, za holownik i wszystko jest gotowe do spłynięcia w dół nurtu.

Celem jest leżące na północy, na granicy z Brazylią Guayaramirim. Tam nie prowadzi najwyraźniej, żaden boliwijski ropociąg. Kupno benzyny z Brazylii jest zaś, nie opłacalne, bo, jeżeli na boliwijskiej stacji benzynowej, za litr trzeba zapłacić, w przeliczeniu na złote, jakieś 1,60, to po stronie brazylijskiej (przynajmniej w Rio), cena ta sięga już około 3,80 – 4 zł. Nawet jeżeli , na prowincji jest znacznie tańsza, to wciąż, bardziej opłaca się ją przywieźć z Varador.

Dlatego też, z dość dużą częstotliwością (raz na dzień lub dwa), z portu wychodzą tego typu barki, holujące rzeczne cysterny. Niestety dla nas, odbywa się to bez żadnego grafiku. Decyzja o wyjściu zależy od kapitana łodzi.

Łażąc z pokładu na pokład, znaleźliśmy Lolitę. Naszą niebieską łódkę, na następne, Bóg wie ile czasu. Uzgodniliśmy warunki, na jakich _DSC0577mieliśmy znaleźć się na pokładzie i poinformowano nas, że ruszamy następnego dnia w południe. U celu naszej podróży, w Guayamirim, znaleźć mieliśmy się w przeciągu pięciu dni. Obiecaliśmy, że stawimy się nazajutrz, najpóźniej o dziesiątej. Piątkowym rankiem, wstaliśmy więc wcześnie i poczyniliśmy jeszcze pewne przygotowania. Kupiliśmy trochę pomidorów, które w tych stronach, wyjątkowo nam smakują, kilka pomarańczy, jabłek, mandarynek i limonek. Ponad to, zaopatrzyliśmy się w puszkę kukurydzy, która miała spełniać rolę przynęty na ryby. Te bowiem, występują w tutejszych wodach w niewyobrażalnych ilościach. Obiecywaliśmy sobie zatem, spore połowy i o ile, dla mnie to tylko sposób na zabicie czasu, bo za konsumowaniem ryb nie przepadam, o tyle Kisiel szykował się także na świeże, lokalne doznania kulinarne. Mój przyjaciel wyposażył także swój chlebak w butelczynę kubańskiego rumu, ja zaś, nie przepadając za tym trunkiem, trochę z nostalgii, a trochę kierując się gustem, wybrałem ziołowe, argentyńskie Fernet. Dorzuciliśmy do tego jeszcze wodę i dwie butelki coli.

O dziesiątej karnie stawiliśmy się w Puente del Varador i pokonawszy z niemałym trudem urwisko, zaokrętowaliśmy się wraz z naszym piekielnie ciężkim dobytkiem na pokładzie Lolity.

Cdn…

PiK

Tagi: , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.