Skazani na Lolitę cz. I

Posted by Admin on Lip 25, 2011 in Kategoria główna |

Drugi dzień na pokładzie Lolity. W zasadzie, trzeci. Mieliśmy wypłynąć w piątek, w południe. Mieliśmy… Ta skomplikowana sztuka udała się dopiero późnym sobotnim rankiem. Dlaczego? Nie wiadomo. Jedynym wytłumaczeniem tego frapującego problemu, a ściślej rzecz ujmując, jedynym słowem- kluczem, tłumaczącym całą masę zjawisk, które dla przybysza z za oceanu pozostają frustrującymi znakami zapytania, jest “Boliwia”. Nie tylko, nie wypłynęliśmy w piątek. Boliwijczycy mają też, tę wspaniałą cechę, która powoduje, iż komunikacja z nimi przebiega w rio_mamore_026sposób dość oryginalny. Może ona przybierać różne formy. Zawsze ma jednak, jedną wspólną cechę – nie sposób uzyskać żadnej, wiarygodnej informacji. To zjawisko jest tak fascynujące, iż wypada żałować jedynie, że nie wybraliśmy studiów antropologicznych. Stanowi ono bowiem, doskonały temat dla odkrywczej pracy doktorskiej. Jej tytuł mógłby brzmieć np. “Dzieci we mgle”.

Chcę, przy tym, podkreślić z całą mocą, że nie mamy tu do czynienia z barierą językową, czy nieumiejętnością zadawania w odpowiedni sposób pytań. Otóż nie, w innych państwach latynoamerykańskich problem ten występuje w znacznie mniejszym natężeniu. Boliwijczycy po prostu, co wynika z dłuższych już obserwacji, są narodem, eufemistycznie to określając, “informującym inaczej”. W ich wypadku, najlepsi śledczy, w trakcie krzyżowego przesłuchania, nawet z użyciem tortur, nie dowiedzieliby się, gdzie w domu przesłuchiwanego jest ubikacja. Udzieliłby on tylu sprzecznych informacji, że najlepsze komputery pogubiłyby się, nie mogąc przetworzyć takiej ilości nielogicznych danych.

Zatem, piątek spędziliśmy na pokładzie Lolity, zachodząc w głowę, na co, w zasadzie, czekamy i bojąc się zejść na ląd, jako że marynarze twierdzili, że tak, że już, że zaraz wypływamy. Niemniej, zacznijmy całą tę opowieść od początku.

Kilka dni wcześniej, udało się opuścić koszmarne miasto, jakim jest La Paz. Rzecz jasna, nie było to wcale takie proste. Na przeszkodzie stanął cały szereg ukrytych i całkiem jawnych boliwijskich niespodzianek. Pierwszym problemem jest złapanie autobusu. W firmie przewozowej potrafimy być każdego dnia informowani, czy może lepiej powiedzieć dezinformowani, że autokar do interesującego na miasta (w naszym wypadku było to Santa Cruz) wyjeżdża o zupełnie innej godzinie. Co gorsza, w Santa Cruz, musieliśmy się przesiąść do kolejnego, który miał nas zawieźć do celu tej katorgi, czyli miasta Świętej Trójcy – Trynidad, stolicy amazońskiego stanu Beni. Jako, że w Santa Cruz nie mieliśmy ochoty zostawać ani minuty dłużej, aniżeli byłoby to konieczne, chcieliśmy złapać jak najdogodniejsze połączenie. Niestety, sprzedawców biletów na terminalu w La Paz, zadanie owo, najwyraźniej przerastało.

Przy tym, warto w tym wypadku, zwrócić uwagę na ich charakterystyczne zachowania.  Niekiedy są one tak komiczne, że najlepsze teatry absurdu nie stworzyłyby scenariuszy skeczy, dorównującej scence zakupu biletu. Niektóre sprzedawczynie, gdy określa się swoje zapotrzebowanie, nabierają na twarzy różnych grymasów. Może to być np. zakłopotanie, czy zdziwienie. Inne, udają, że nie dosłyszały i zadają przeróżne pytania, pozbawione najmniejszego sensu. Wszystko to, żeby na końcu oświadczyć, że myślały, że chodzi nam o miasto Cochabamba, a nie o Santa Cruz. Najwyraźniej, liczą przy tym, że jesteśmy już tak zmęczeni, że sobie odpuścimy. Niektóre, zapytają, czy chodzi nam o ten Trynidad w Beni (na mapie Boliwii, nie znaleźliśmy innego), gdy usłyszą twierdzącą odpowiedź, stwierdzą tylko << aha >>, po czym zamilknął i będą się w nas wpatrywać z tym charakterystycznym, niewzruszonym spokojem, który sprawia, że niekiedy, mam ochotę mordować.

Terminal autobusowy w La Paz

Terminal autobusowy w La Paz

Najgorsze są zaś te, które na prawdę chcą pomóc. Te bowiem, po tym gdy, przedstawimy naszą potrzebę, wezmą się energicznie do pracy. Postukają trochę w klawiaturę, przejrzą trzy zeszyty, skonsultują się z koleżanką, zadadzą całą serię pytań, sprowadzających się do powtórzenia dokładnie tego samego, co powiedzieliśmy na początku i później nastąpi gwóźdź programu. W tej chwili, kobiecina nabiera z wolna, wyrazu twarzy. Który sprawia wrażenie jakby ciężko, nad czymś myślała. Później, czerwienieje nieco. Następnie, po krótkiej chwili pełnej napięcia, kiedy przyglądamy się jej, nie bardzo wiedząc, co w zasadzie się dzieje, czynność ta, najwyraźniej, zaczyna sprawiać jej ból. Wykrzywia się w grymasie cierpienia. W tej sytuacji, sadysta zaczekałby, aż z jej uszu zacznie wydobywać się czarny dym. My jednak, staramy się Boliwijczyków traktować humanitarnie, szczególnie nie chcemy zmuszać ich do zadań nienaturalnych dla ich kultury. Dlatego też, widząc tę cierpiącą biedaczkę, szybko przerywamy jej, dziękujemy za pomoc i mówimy, że przyjdziemy później (choć Bogiem a prawdą, i tego nie powinniśmy robić. Sama myśl naszego powrotu, może wisieć nad nią, niczym straszny miecz Damoklesa).

Boliwijczycy, za granicą, oficjalnie niezwykle są dumni ze swojego prezydenta. Pochodzi on z ludu, jest jednym z nich. Tu, u siebie w kraju, tego entuzjazmu nie wyrażają. Wprost przeciwnie. Boliwia, przez cały nasz pobyt w tym państwie, tonie w protestach. Jedną z form wyrażania swego niezadowolenia jest blokowanie dróg. Na czym zabawa polega, nie trzeba tłumaczyć. Całą procedurę znamy całkiem nieźle. Zaznajomił nas z nią, kilka lat temu, pan vice- premier Lepper. Różnica jest taka, że w Boliwii niejednokrotnie blokady mają charakter ogólnopaństwowy I potrafią trwać kilka dni. Policja, z jakiegoś powodu, nie robi z tym nic. Tym samym, cały transport zostaje sparaliżowany.

Boliwijska rozrywką numer jeden, po za piciem (to w dużych miastach położonych na wyżynach) lub jazdą na motorze wokół placu głównegogranpoder (to akurat jest charakterystyczne dla mniejszych, nizinnych miejscowości) jest świętowanie. Świętuje się często (w czerwcu – nawet bardzo często) i z pompą. W dniu takim jak Gran Poder, 19 czerwca, kiedy to również, usiłowaliśmy opuścić La Paz, świętuje się na całego. Zamykane są główne arterie miasta, na całych swych długościach i od bladego świtu, do późnego wieczora, przyodziani w ludowe stroje mieszkańcy maszerują i tańczą w takt orkiestry dętej, wygrywającej charakterystyczną melodię. Przypomina ona nieco tę, z orszaków wijących się ulicami miast w trakcie świąt Wielkiejnocy i świąt maryjnych we Włoszech, Hiszpanii i właśnie w Boliwii.

Zwyczaj to, z pewnością, ładny, kolorowy i godnie oddający hołd tradycji. Także, z punktu widzenia estetyki, warty uwagi. Szaro – bure, ceglano – gliniane miasto nabiera w dniu Gran Poder wielu żywych kolorów, a jakoś nie widoczne na co dzień na ulicach La Paz, ładne dziewczęta, w trakcie defilady maszerują w króciutkich spódniczkach, z pięknymi uśmiechami na ustach.

Tyle tylko, że my musieliśmy wyjechać, a splot tych wszystkich okoliczności bynajmniej, zadania nam nie ułatwiał. Niemniej jednak, udało się La Paz opuścić. Podróż do Trynidadu przez Santa Cruz, w sensie kilometrażowym, jest de facto, dwa razy dłuższa, aniżeli bezpośrednie połączenie z tym miastem. Niestety, jakość boliwijskich szos w bardzo wielu miejscach kraju, może z powodzeniem konkurować z „autostradami” w naszej biednej Ojczyźnie. Z tego powodu, darowaliśmy sobie najkrótszą drogę. Czasowo wychodziło dość podobnie, a doznania, nazwijmy je emocjonalno- kinetyczne, woleliśmy sobie podarować.

Historii śmiesznych, jak i tragicznych z boliwijskich dróg, jest wiele. Podróżując po regionie na północny – wschód od Santa Cruz, zwany Gran Chiquisaqa, gdzie znajduje się siedem pięknych pozostałości redukcji jezuickich, pochodzących jeszcze z XVI wieku, jeden z nas był świadkiem sytuacji mogącej zmrozić krew w żyłach. W trakcie szybkiej jazdy szutrowym gościńcem, autobusem coś mocno wstrząsnęło, być może dziura, czy wybój. Następnie, dało się poczuć zapach spalenizny. Później, coś gruchnęło i pojazd przechylił się na jedną ze stron. Urwało się koło. Zarządzono ewakuację i kierowca wziął się do naprawy usterki. Ludzie zgromadzili się w grupki, wyciągnęli kanapki, picie, zapalili papierosa i oddali się konwersacji, która rozchodziła się wokół znanym już dobrze, charakterystycznym, latynoskim rumorem. I tylko, jasne, europejskie oczy śledziły poczynania kierowcy, przemianowanego tymczasowo na mechanika. Pełne były ciekawości, co w zasadzie, w tej sytuacji, miał on zamiar zrobić. Ten zaś, skombinował lewarek, trochę tylko większy od tego , który wozimy w bagażnikach naszych samochodów i w półprzysiadzie, z powagą na twarzy, rozpoczął podnoszenie, Bóg jeden wie ile ważącego autobusu. Gdy uniósł go już wystarczająco wysoko, wgramolił się pod niego i zaczął coś majstrować. Już sam ten widok kazał wstrzymać oddech. Ogromny pojazd balansujący na lewarku stojącym na szutrowym, niestabilnym gruncie, groził zawaleniem się na mechanika, chwilę temu pełniącego rolę kierowcy. I faktycznie, już moment po tym, jak dowódca uszkodzonego okrętu wyczołgał się się z pod podwozia, lewarek zatańczył, przechylił się pod ciężarem i runął. Tylko syk zasysanego przez zęby powietrza, w chwili strachu, dobył się z ust Europejczyka. Rzecz w tym, że cała operacja chwilę już trwała, to też, niektórzy pasażerowie zdążyli wrócić na pokład i rozsiąść się. W środku spało też kilkoro dzieci. Autobus, co prawda, nie zabił kierowcy, ale zamiast, jak poprzednio, zaryć w piach, teraz, pozbawiony sterowania, staczał się nabierając prędkości, w kierunku małego urwiska. Dotarcie do niego, w najlepszym wypadku, zakończyłoby się kapotażem. W tej sytuacji, nie tylko syk ale i kilka nieparlamentarnych słów znalazłoby uzasadnienie. Co dziwne, sytuacja spotkała się z zupełnie inną reakcją pasażerów. Wśród zgromadzonych na poboczu, wybuchła powszechna wesołość. Staczający się autobus bez kierowcy, z dziećmi wewnątrz, wydał się im komiczny. Nie raz przekonywaliśmy się, że gdy rozdawano poczucie humoru, my i Latynosi, staliśmy w zupełnie różnych kolejkach. Niemniej, w tej sytuacji, zaskoczyli. Zazwyczaj, to oni nie rozumieją żartów. Ich dowcipy, ograniczają się do tych o podtekście seksualnym. Obca jest ironia, czy sarkazm. Tymczasem, w tym wypadku, to oni się śmiali, Europejczyk zaś, zamarł, będąc raczej przerażonym, aniżeli rozbawionym. Na szczęście, autobus po pokonaniu jakiś trzydziestu metrów, przechylił się na pozbawioną koła stronę, zarył i zahamował. Nikomu nic się nie stało, co w tych okolicznościach, można chyba uznać za mały cud i całą sytuację potraktować z przymrużeniem oka. Wszelkie wysiłki naprawy, nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Po kilku godzinach, przyjechał nowy autobus, który wszystkich zabrał w kierunku celu podróży.

Zdarzają się też historie tragiczne. Co więcej, nie będące skutkiem wypadku drogowego. Przypadek dziewczyny, o którym usłyszeliśmy, to splot niebywałego pecha, fatalnego stanu dróg i nieszczęśliwej konstrukcji autobusu. Młoda turystka siedziała na samym tyle. Tam, ponieważ tylne koła umieszczone są w podwoziu dość wcześnie, każdy wybój, każdą dziurę czuje się podwójnie. Kierowca prowadził szybka. Każdy Latynos, a już w szczególności każdy Brazylijczyk, to urodzony kierowca rajdowy, przynajmniej tak im się wydaje. Prowadzący nie zauważył nierówności, wjechał na nią i gdy tylna oś znalazła się na jej szczycie, wyrzuciła ogon autobusu w górę, niczym z trampoliny. Gdy ten zaczął opadać, siła bezwładności sprawiła, że ciało nieszczęsnej zawisło w powietrzu. Głowa uderzyła o sufit, pękł kręgosłup, a za nim, przerwany został rdzeń. Życia dziewczyny nie uratowano.

Wniosek jest prosty. Będąc w Boliwii, kupuje się mapę i każdą podróż planuje się dokładnie. Drogi zaznaczone nawet jako najlepsze, potrafią posiadać standard naszej powiatowej. Te najgorsze, z dopiskiem „nawierzchnia w złym stanie” to trakty prowadzące do piekła. Dlatego jechaliśmy przez Santa Cruz.

Tam, co było łatwe do przewidzenia, rychłego połączenia do Trynidadu, nie było.Musieliśmy poczekać siedem godzin, co przy fantastycznym, tropikalnym cieple, które nas przywitało, nie wydawało się perspektywą aż tak straszną. Szczególnie, że będąc w La Paz, w którym o tej porze roku jest dość zimno, trzy dni spędziliśmy na wyprawie na Huayna Potosi. Nocami w górskich schroniskach, temperatura spadało poniżej dwudziestu stopni Celsjusza. Zimna mieliśmy dosyć i wizja bujania się w hamaku w amazońskim, parnym gorącu mile łechtała nasze dusze.

Ponad to, w Santa Cruz, wreszcie odetchnęliśmy pełnymi płucami. La Paz położone jest w andyjskiej dolinie, na wysokości trzech tysięcy sześciuset metrów n.p.m., dzielnice wspinają się po stromych stokach powyżej czterech tysięcy metrów, gdzie na płaskowyżu założono El Alto, czyli miasto uznawane za światową stolicę ludu Aymara. Powietrze tam jest już na tyle rzadkie, że nie tylko sprawia problem przy oddychaniu, w trakcie nawet najmniejszego wysiłku. W El Alto zbudowano lotnisko obsługujące administracyjną stolicę Boliwii. Samoloty startujące z niego, potrzebują rozbiegu niemal trzy razy dłuższego aniżeli na normalnej wysokości. Ląduje się podobnie jak na lotniskowcu, z zawrotną prędkością. W innym wypadku, samolot straciłby noszenie i spadł. Powietrze w El Alto jest rzadkie, lecz na pięciu, czy sześciu tysiącach metrów już go niemal w ogóle nie ma. A na tych właśnie wysokościach przyszło nam się wspinać na pionowe, lodowe ściany. Wtedy właśnie zapotrzebowanie na życiodajny tlen jest największe. To też nasze drogi oddechowe świszczały niczym odkurzacze, wentylowane setkami oddechów na minutę.

El Alto - stolica ludu Aymara widziana zs szczytu Huayna Potosi

El Alto - stolica ludu Aymara widziana zs szczytu Huayna Potosi

Po tym treningu, gdy znaleźliśmy się w Santa Cruz, jeden haust powietrza wystarczał na kilka dobrych chwil. Śmialiśmy się, że musimy uważać, żeby się nie hiperwentylować. W każdym bądź razie, było ciepło i oddychało się znakomicie. Okolice zazieleniły się na powrót, po suchych i surowych krajobrazach wyżynnego i górskiego Altiplano. Staliśmy u wrót pięknej krainy, jaką jest Amazonia.

Trynidad okazał się bardziej miasteczkiem, aniżeli miastem. Większość czasu spędzaliśmy na dużym placu centralnym, porośniętym starymi Catedral_en_Trinidaddrzewami pochodzącymi z lasu deszczowego. Po kilku głównych ulicach, które wyasfaltowano, krążyła niezliczona ilość motocykli. Szybko zauważyliśmy, że wieczorne rytualne objeżdżanie centrum miasta na maszynach przypominających naszego komara, stanowi ulubioną rozrywkę mieszkańców Trynidadu.

Po za faktem, iż stolica prowincji Beni to punkt wypadowy na rio Mamore, skąd mieliśmy zamiar rozpocząć naszą kilkudniową podróż w dół rzeki, miasto jest najlepiej położonym ośrodkiem, z którego można wyruszyć w poszukiwaniu pozostałości po enigmatycznej cywilizacji Paititi. Wiedzieliśmy o niej nie wiele. W naszych szkołach o jej istnieniu nie wspomina się. W Boliwii także jest o niej raczej cicho. Znacznie więcej informacji znaleźć można na temat preinkaskiej cywilizacji Tiwanaku. Tymczasem Paititi, przy całym szacunku dla ludu z nad jeziora Titicaca, zdaje się być odkryciem dalece bardziej fascynującym, które sprawia, że na historię cywilizacji zaczyna spoglądać się w odmienny sposób.

Paititi odkryto około trzydziestu pięciu lat temu, dość przypadkowo. Na zdjęciach satelitarnych prowincji Beni, które wykonano po wielkich pożarach dżungli, zauważono, że część z występujących tu masowo jezior ma dziwnie regularne kształty. Początkowo myślano, iż to fenomen geologiczny. Po zbadaniu ich przez specjalistów, okazało się, że matka natura nie miała z tym nic wspólnego. Co więcej, gdzie nie wbito szpadla, znajdowano fragmenty ceramiki, ozdoby, broń i różne figurki. Styl w jakim je wykonano, w niczym nie przypominał charakterystycznych pozostałości po imperium inkaskim, czy cywilizacji Tiwanaku. Do pracy przystąpili archeologowie. To, co odkryli przeszło najśmielsze oczekiwania. Na terenach odsłoniętych przez ogień, odnaleziono tysiące pozostałości, które po przebadaniu, okazały się pochodzić z przed pięciu i pół tysiąca lat. Okazało się to, tym bardziej niezwykłe, gdy przystąpiono do wnikliwej analizy zdjęć satelitarnych badanego regionu. Paititi byli wysoce zaawansowaną kulturą ekologiczną. Tworzyli liczna, sztuczna zbiorniki wodne, które służyły do hodowli ryb i nawadniania upraw yuki i ryżu. Co imponuje, tworzyli również poldery, zwane przez miejscowych lomas, czyli sztucznie usypane pomiędzy zbiornikami, wyspy. Ze względu na duże różnice poziomu wody pomiędzy porami deszczową i suchą, mają one wysokość kilkunastu, a niekiedy nawet dwudziestu metrów. To zapewniało bezpieczeństwo przetrwania nawet najobfitszych deszczy. Lomas występują na obszarze całej prowincji Beni, połowy Santa Cruz i na północy Paragwaju. Oznacza to, że zasięg tej cywilizacji to mniej więcej dwa terytoria Polski. Praca, jaką trzeba włożyć w usypanie jednego takiego polderu, w warunkach gęstej, nieprzyjaznej dżungli, przy użyciu narzędzi dostępnych trzy i pół tysiąca lat przed narodzeniem Nazaretańczyka, jest wprost niewyobrażalna.

paititi

Zaniemówiliśmy jednak dopiero później. Pokazano nam zdjęcie samolotowe fragmentu ziemi, po którym dopiero co, przeszły pożary. Malutkie, widziane z wysokości, lomas układały się, niczym moziaka, w figurę człowieka. Żeby zdać sobie sprawę ze skali, wspomną tylko, że każdy jego palec, czy pióropusz korony składa się z co najmniej kilkunastu polderów. Cała postać ma dwa i pół kilometra długości (sic!). Wykonano ją niemal gołymi rękoma ponad pięć tysięcy lat temu. Uformowano z małych wysepek, usypanych na przestrzeni jaka mniej więcej dzieli stacje warszawskiego metra Natolin i Ursynów. W tym wypadku, powstaje proste pytanie – jak. Przecież bez umiejętności latania, nikt nie mógł nadzorować budowy w zgodności do zaprojektowanego kształtu, ani nawet, zweryfikować ostatecznego efektu. Ano właśnie! Jak?

Pytanie stało się tym bardziej intrygujące, gdy przypomniano sobie o pewnej jaskini, gdzie kilka lat wcześniej znaleziono różne amorficzne malunki naskalne. W momencie odkrycia, nikt nie przywiązywał do tych reliktów przeszłości, większej uwagi. Po odkryciu w środku równikowego lasu dwu i pół kilometrowej postaci uformowanej z ziemi i wody, usypanej rękoma nieznanej cywilizacji, wielu zaczęło zastanawiać się. Aż w końcu, na czyimś biurku, malunki z jaskini znalazły się obok zdjęć satelitarnych i po ciele odkrywcy przebiegł dreszcz. Amorficzne kształty były dokładnymi odwzorowaniami  w skali (!!!) kształtów tworzonych przez skały, rzeki, ukształtowanie powierzchni ziemi, jeziora, widzianych z z wysokości kilometrów, niekiedy zrozumiałych dla nas, dopiero przy skali zdjęcia z satelity. Dokładne, wierne odwzorowania kartograficzne miejsc, które jeszcze do niedawna były niedostępne dla nas ze względu na barierę roślinności. Zatem, jak!? Ano, nie wiadomo.

paitit2

Wciąż wiadomo nie wiele. Badania są trudne, a w Boliwii brak na nie środków. To, co jest pewne to zasięg terytorialny, czas istnienia i liczebność. Kultura Paititi przetrwała około cztery i pół tysiąca lat. Gdy przybyli Hiszpanie, nie było już po nich śladu. Konkwistadorzy nie znaleźli też żadnych wspominek o tym ludzie wśród Inków. Co się stało z ośmiomilionową cywilizacja, która swą liczebnością, tylko nieznacznie ustępowała dzisiejszej Boliwii. Pewnej odpowiedzi nie ma. Niemniej, wysuwa się teorię, wedle której, długa, kilkudziesięcioletnia susza doprowadziła do załamania się równowagi witalnej ludu, który był z naturą bardzo silnie związany. To doprowadziło prawdopodobnie do epidemii. W wielu miejscach znaleziono kości ludzkie, nie leżące w charakterystyczny sposób, w jaki grzebano szczątki zmarłych Paititi. Pochodzą one z tego samego okresu. Ich ilość zaś wskazuje na masowe umieranie.

Dzisiaj, trzydzieści pięć lat po odkryciu cywilizacji rówieśniczej starożytnemu Egiptowi, wciąż jest znacznie więcej znaków zapytania, aniżeli odpowiedzi. Być może, świat, który zdaje się niekiedy zarozumiale twierdzić, że w pewnych dziedzinach odkryto już wszystko, a nasza cywilizacja to już zwieńczenie i koniec historii, czeka jeszcze nie jedna rewolucja naukowa.

Swoją drogą, przypomnieliśmy sobie jak, w samolocie do Caracas, w styczniu 2010 roku, czytaliśmy teorię, wedle której w epoce preinkaskiej, w Amazonii brazylijskiej mogły istnieć ekomiasta, których populacja sięgać miała nawet miliona mieszkańców. Problem w tym przedrostku eko, oznacza on bowiem, że owe metropolie starożytności były w pełni biodegradowalne. Dlatego też, znalezienie ich śladów jest niezwykle ciężkie. Musimy pamiętać, że mamy tu do czynienia z dżunglą, która jest bardziej drapieżna aniżeli wiele dzikich kotów. Potrafi pożerać w ciągu kilku tygodni. Co dopiero z drewnianymi budynkami, na których strawienie  miała ponad tysiąc lat. Może jednak kiedyś faktycznie coś niezwykłego, o skali Atlantydy odnajdziemy W każdym bądź razie, twierdzenie, lansowane szczególnie chętnie przez ekologów, jakoby biały człowiek zastał Amazonię dziką i nigdy nie zamieszkaną przez większe społeczności, niemal nietkniętą ludzką ręką, może bardzo mijać się z rzeczywistością.

Cdn…

PiK

Tagi: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.