Quo Vadis Rio

Posted by Admin on Sty 16, 2013 in Kategoria główna |

Przeciętny turysta przyjeżdża do Rio de Janeiro z konkretnymi wyobrażeniami. Miasto to jest tak znane w przemyśle turystycznym zachodniego świata, iż w zasadzie tkwi w jakiejś formie w umyśle niemal każdego Europejczyka czy Amerykanina. Obraz ten zbudowany został jednak na bazie dość szeroko rozpowszechnionych i chętnie pielęgnowanych (przez przemysł turystyczny) stereotypów. Rio bowiem to miasto niezwykle eklektyczne pod bardzo wieloma względami, a obraz wykreowany w powszechnym przekazie (zarówno w Brazylii, jak i poza nią) to tylko wycinek rzeczywistości, a nierzadko jest to obraz dalece fałszywy, celowo przeinaczony i zakłamany.

Powodów tego stanu rzeczy jest kilka, lecz najważniejszy, to oczywiście pieniądze płynące z wpływów, jakie miasto posiada z turystyki. Tajemnicą polisznela jest, iż była stolica Brazylii, jedenasto milionowa, potężna metropolia nie zamknęłaby swojego budżetu bez wpływów pochodzących z turyzmu.

Nie jest jednak moim celem zgłębianie mrocznych zakamarków finansów miasta, zwanego przez swoich miszkańców Cidade Maravilhosa. Nie chcę też obalać licznych stereotypów, manipulacji, przekłamań istniejących w zachodnim przekazie na temat tego miasta. Przynajmniej nie wszystkich. Zacząłem od turystyki z innego względu.

Nasz bohater, przybywający ze swojego bogatszego, czy biedniejszego (coraz więcej przedstawicieli Europy Środkowo- Wschodniej spotykamy na ulicach Rio) Zachodu stawia swe pierwsze kroki na Wyspie Gubernatora (Ilha do Governador), gdzie położone jest międzynarodowe lotnisko Galeão. Za chwilę, niezależnie od środka transportu jaki wybierze, odbędzie on dość specyficzną, ale niezwykle ciekawą i pouczającą podróż.

Centrum turystyczne Rio de Janeiro znajduje się na południu miasta w dzielnicach Copacabana, Ipanema, a także Leblon, Lagoa, oraz położonej na zachód od nich Barra de Tijuca. To równiez najbogatsze rejony miasta. Tutaj zlokalizowano hotele, hostele, bary, sklepy i resztę przemysłu turystycznego, napędzanego obecnością niezwykle atrakcyjnych plaż oceanu Atlantyckiego.

Aby dotrzeć w te rejony z lotniska międzynarodowego nasz bohater, przeciętny Smith, czy Kowalski musi w autobusie, czy taksówce spędzić chwilę czasu. W tym czasie odbędzie on podróż dość symptomatyczną. Już chwilę po tym, jak zjedzie z mostu łączącego Wyspę Gubernatora ze stałym lądem otworzy się przed nim widok na jeden z najbiedniejszych obszarów miasta – favelę Maré. Widok ten był na tyle kłopotliwy dla prefektury, iż postanowiła rozwiązać poroblem w stylu dość charakterystycznym dla władz brazylijskich. Ustawiono ekrany, na których rozpięto plakaty z ładnymi widoczkami. Niemniej poszczególne segmenty pozostają półprzezroczyste i spostrzegawcze oczy ujrzą za nimi świat, u którego wrót należałoby rozwiesić napis rodem z Dantego – Wy, którzy wkraczacie, porzućcie wszelką nadzieję.

Zastana w Maré rzeczywistość nie różni się bowiem zasadniczo od obrazków, które nasz turysta, co jakiś czas, ogląda w dzienniku informacyjnym, przedstawiającym kolejny reportaż na temat głodu i skali ubóstwa w najbiedniejszych częściach Afryki. Tutaj też, bohater tej narracji ma szanse spotkać się ze zjawiskiem będącym produktem tego świata, czyli cracolandią, jak zwą to sami Cariocas (mieszkańcy Rio). To grupy ludzi, uzależnionych od cracku, snujących się niczym cienie po ulicach (niekiedy potrafią zablokować cały ruch), którzy, w zasadzie zatracili swoje człowieczeństwo. Niewiele odróżnia już ich od zwierząt. Swoje liczne dzieci porzucają, te które przeżyją włóczą się między nimi, niczym zmory, licząc na ochłapy pochodzące ze śmietników.

Tym przerażającym akcentem nasz turysta rozpoczął swą podróż taksówką po Rio de Janeiro. Przez następne pół godziny, czy może trochę więcej będzie przez szybę obserwował zmieniającą się rzeczywistość. Wraz z upływającymi minutami, świat będzie ewoluował, stanie się czymś na kształt kalejdoskopu. Kolejne obrazki widziane zza szyby to jakby kolejne gabloty w muzeum przedstawiającym stopnie ucywilizowania współczesnego Świata. Strach i napięcie zacznie ustępować ciekawości, a wzrok turysty, coraz częściej będzie spoglądał wyżej i wyżej. Wyrosną przed jego oczyma wieżowce, znane z jego świata, a także wspaniałe, zielone, pozostałości po wulkanicznej przeszłości tego miejsca, wzgórza olbrzymiego parku narodowego Froesta de Tijuca. Szczyt jednego z nich, Corcovado zwieńczony został olbrzymim pomnikiem Jezusa Odkupiciela. Gdy nasz turysta zobaczy go, napięcie związane z pierwszymi wrażeniami opadnie, zostanie zatarte, pomału bowiem wjedzie bohater tej narracji do świata dobrze mu znanego, nie różniącego się wiele swym bogactwem od wielkich centrów konsumpcji Zachodu. Spotka tu znajome, rozświetlone, kolorowe wystawy sklepowe, białych ludzi, którzy dbają o swój wygląd, arterie pełne nowoczesnych samochodów, restauracje i knajpki wypełnione młodymi ludźmi – słowem, jak w domu.

Ponadto, zaraz po tym jak skręci z Alei Księznej Izabeli w Aleję Atlantycką, przed jego oczyma otworzy się żółty pas piasku, znanego pod nazwą Copacabana. Plaża ta w jego jaźni, to jedno z najważniejszych miejsc Rio de Janeiro. Niejeden z naszych Kowalskich, czy Smithów, nigdy nie przyjechałby do Rio gdyby nie ten symbol.

Jest jednak pewien element spajający te tak różne i odległe rzeczywistości. Tam, na północy, gdzie pies nie raz ma więcej szans na przeżycie niż dziecko i tu, na południu, gdzie dochód na głowę w gospodarstwie domowym siega 5500 R$ (około 8000 zł przy dzisiejszych kursach)istnieje twór, o którym nasz turysta słyszał, ale który nie do końca rozumie i nie każdy jest mu w stanie pomóc. Favela, termin nie przetłumaczalny na polski i ciężki do zdefiniowania istenieje i tam na północy, gdzie umiera nadzieja i tu na południu sąsiadując z najdroższą w całej Ameryce Południowej ziemią. Kompleks Maré to favela, jedna z najbiedniejszych, sąsiaduje z owianym złą sławą przeszłości Complexo de Alemão, zamieszkanym przez 90 000 mieszkańców byłym centrum dystrybucji broni i narkotyków.

Któż nie zna wspaniałych zdjęć zachodów słońca wykonanych na plaży Rio de Janeiro? Kuszą nimi foldery biur podróży, ukazujące poarańczową kulę chowającą się z gracją i romantyzmem za wzgórzem wieńczącym plażę. Spieszę z wyjaśnieniem. Zdjęcie to wykonano na Ipanemie, a wzgórze, za którym co wieczór w oceanie tonie słońce, to Vidigal. Na tych zdjęciach, wykonanych o tej specyficznej porze dnia nie zobaczymy pewnego elementu, który bez trudu dostrzeżemy o poranku. Patrząc z Ipanemy w stronę Vidigal widzimy zabudowania Leblonu. To najbogatsza część Rio. Tutaj też ceny metra kwadratowego są najwyższe na całym kontynencie południowoamerykańskim. Dzielnica leży u stóp wspomnianego wzgórza Vidigal, z jego stoków zaś, co zobaczymy na tym samym obrazku, które przedstawia nam biuro podróży, tyle, że wykonanym rano, spływa duża favela, bezpośrednio granicząca z resztą miasta.

Właśnie dlatego na pocztówkach tak trudno znaleźć zdjęcia Ipanemy wykonane z drugiej strony. Do niedawna, aby wejść na malownicze wzgórze, należało wytłumaczyć gentelmenowi z kałasznikowem jaki jest cel naszej wyprawy. Bez dobrych argumentów i stosowynych przyjaźni, wysoce prawdopodobnym jest, iż nasz wniosek wizowy zostałby odrzucony.

Zatem favelę, na potrzeby tego tekstu, możemy nazwać tworem intercywilizacyjnym. Istnieje we wszystkich przestrzeniach Rio de Janeiro. Spotkamy ją zarówno w części „afrykańskiej” miasta, jak i tej „białej”. Favela zdaje się być tworem niezwykle demokratycznym, wykraczającym ponad głębokie podziały.

Powracając do percepcji bohatera tej narracji, choćby niewiadomo jak władze miasta starały się, Smith o istnieniu faveli dowie się. Spływające zazwyczaj z gór wśród zieleni dżungli, ceglanego koloru fale, zostaną dostrzeżone. Być może Kowalski, już coś o favelach słyszał. Zapewne zna je jako slumsy. Być może  kojarzy je z patologiami obecnymi w życiu Rio de Janeiro, przed którymi ostrzegają go liczne przewodniki turystyczne. Być może w hostelu,w  którym zamieszkał ,ktoś oferuje wycieczkę do faveli, a może spotkał nawet rodaka ze zjednoczonej Europy, który już na takiej wycieczce był i przy smakowitej caipirinhi niejedno opowiedział.

A może źródło było wiarygodniejsze. Być może nasz podróżnik Hans przeczytał artykuł na temat faveli, być może nawet w jednym z periodyków miejscowych. Niewykluczone także, że nasz Johanson mieszka u kogoś z Rio i jego gospodarz coś niecoś o faveli mu opowiedział. Czyniąc dygresję, autor tego tekstu mieszkał w Rio w prywatnym mieszkaniu, którego okna wychodzą na dwie favele – Mangueira i Morro dos Macacos (Wzgórze Małp – nazewnictwo favel potrafi być niezwykle wymyślne, niekiedy przewrotne, czy malownicze). Do okien, na dwunaste piętro, dzwięki ze wzgórz dolatują bez problemu. Gospodyni skupiona w pełni na lekturze gazety, czy oglądaniu telewizji wyławiała ze zgiełku pochodzącego z zewnątrz konkretne dźwięki i pod nosem wymieniała źródła trzasków: – pistolet, o…, to była strzelba, karabin automatyczny – wymieniała, nie czyniąc ze swoich obserwacji niczego szczególnego.

Bogaty w tę wiedzę, zapytany o favelę, jednak nadal nie będzie potrafił precyzyjnie odpowiedzieć kim jest ten ponad milionowy legion mieszkający w faveli. Bo przecież ponad milion osób nie trudni się handlem narkotykami, czy prostytucją. Ponad milion też nie żyje w skrajnej biedzie, tak samo jak nie spaceruje na codzień z karabinem maszynowym, a nawet nie ze skromnym pistoletem w kieszeni.

Kim jest zatem te ponad milion siedemset tysięcy ludzi w Rio de Janeiro, które w naomenklaturze polityków Rio żyje w warunkach „subnormalnych” (assentamentos subnormais) . Czym jest favela?

Do niedawna był to świat zamknięty, do którego wstępu nie miał niemal nikt, z przedstawicielami oficjalnej władzy na czele. Były to strefy zmilitaryzowane, wyłączone spod jurysdykcji miasta. Niewielu tam wchodziło, a i niewielu się stamtąd wyrywało. Rzeczywistość tę znaliśmy przede wszystkim z obrazów przedstawionych w książce „Miasto Boga” autorstwa Paulo Linsa i filmie pod tym samym tytułem oraz niemniej wstrząsającym filmie „Elitarni” (oryginalnie.: „Tropa de Elite”) przedstawijącym elitarną jednostkę policji stworzoną do walki w favelach.

Dzisiaj, wraz z wprowadzeniem programu pacyfikacji favel, dostęp ten zmienił się. Jak grzyby po deszczu wykwitają artykuły prasowe. Znajduje się też coraz więcej samozwańczych ekspertów, którzy nawet odwiedzają ze swoimi wykładami obce państwa. Znowóż dygresja: w jednym z instytutów latynistycznych szanowanego polskiego uniwersytetu zawitał ostatnio „ekspert”, który swój wykład miał poświęcić największej z favel Rio – Rocinha. Prelegent w reklamie swojego wystąpienia opisany został jako pracownik naukowy jednego z najważniejszych uniwersytetów Rio i ponadto czynny prokurator.

Rzeczony ekspert do badanego przez siebie świata wkroczył trzy razy w swoim życiu i nawet się z tym nie kryje. Rozpoczął swój wywód stwierdzając, że pierwszy raz do Rocinha trafił tuż po pacyfikacji kiedy miasto zorganizowało bieg przez favelę. Wtedy właśnie, czterdziesto kilku letni mężczyzna, piastujący odpowiedzialne społecznie stanowisko, „odkrył” kable wiszące nad ulicą, sypiące się, nieotynkowane domki, zalegające, niewywożone śmieci, brak kanalizacji i innych mediów. Codzienność gigantycznej rzeszy ludzi, żyjących w tym samym mieście co on, funkcjonujących w rzeczyswistości niepodważalnie stanowiącej najważniejszy problem społeczny potężnej metropolii, została dostrzeżona przez Pana prokuratora w ramach ciekawego joggingu. To, jak stwierdził, natchnęło go do prowadzenia badań. Obecnie jest już ekspertem, bo odwiedził Rocinhe jeszcze dwa razy i nawet rozmawiał z kilkoma osobami, które w niej mieszkają. Wszystko firmuje poważny instytut i poważna polska badaczka własną obecnością i uzupełnieniami wypowidzi „eksperta”.

Aby dygresja nie była tylko dygresją, nadajmy jej pewną celowość. Faktem jest, iż rzeczony „naukowiec” jest typowym przedstawicielem swojego gatunku. To biali mieszkańcy miasta, żyjący w bogatych dzielnicach, geograficznie i mentalnie kompletnie odgrodzeni od otaczającego świata. W swoim życiu stosują oni orwellowskie dwójmyślenie, które też przypomina sławne „Pełno nas a jakoby nikogo nie było” Jana Kochanowskiego. Lecz życie swe traktują bardziej jako fraszkę aniżeli tren. Dżentelmen ten bowiem, podobnie jak nasz turysta, favelę widzi codziennie, czyta o niej od czasu do czasu, wie jak się w niej żyje i co potrafi favela wyprodukować (szczególnie jeżeli jest prokuratorem). Tymczasem wie, ale jakby tej wiedzy nie akceptował. Ludzie ci istnieją wokół niego, a jakoby byli niewidzialni. Z istnienia faveli niby zdaje sobie sprawę, ale gdy styka się z nią jest głęboko zaszokowany. Jak dziecko, które przez lata czuje, że ze Świętym Mikołajem coś nie gra, starsi koledzy mówią, że nie istnieje, a temu w supermarkecie odkleja się broda, a jednak, gdy dostaje koronny dowód, że Święty nie istnieje, oczy jego szklą się i zostaje odarty z dziecięcej niewinności.  Żyje w bańce swojego świata i posiada pewne podświadome chyba przekonanie, że wszyscy żyją tak jak on i trawią godziny na dolce vita na doskonale płatnych stanowiskach i w przestronnych apartamentach. Tak chce myśleć i tak jest wygodniej, a jeżeli fakty świadczą o czymś innym to tym gorzej dla faktów.

To dwójmyślenie będzie bardzo ważne w dalszej części tekstu, bo przede wszystkim o nie rozbija się problem rozwiązywania podstawowych problemów favel. Nie da się rozwiązać problemu, który  w przekonaniu elit społecznych nie istnieje. To znaczy istnieje i nie istnieje jednocześnie. Co więcej, według P. Prokuratora ogranicza się właśnie do tych kabli, śmieci i ścieków, podczas kiedy, to akurat jest problem najmniejszy.

Dajmy jednak odsapnąć odrobinę „ekspertowi” z Bożej łaski, jeszcze do niego powrócimy, ale tymczasem należy obalić pewien mit, który toczy Rio. Favela to nie tylko problemy. Favela niejednokrotnie to odpowedź, a niekiedy wprost rozwiązanie. Pytanie tylko o formę tych rozwiązań, bo o estetyce, chyba póki co przynajmniej, zapomniec musimy. I na tym, zdaje się należałoby skupić dyskusję. Żeby jednak wogóle ją zacząc należy rozpoznać problematykę. Zadanie to niełatwe, bo favele są niezwykle enigmatyczne, chćby dlatego, że Brazylijczycy wolą problemów poprostu niezauważać.

Brazylia to kraj, który wiek XX przeszedł niezwykle turbulentnie. Zresztą niewiele w tej kwestii różnił się od innych państw latynoamarykańskich. To, co go jednak odróżnia dość znacznie od sąsiadów, to potencjał ekonomiczny. Kraj kawy jest najbogatszym państwem Ameryki Południowej. Ostatnia dekada przebiegła pod znakiem niezwykłego cudu gospodarczgo. Sprawił on, że kraj ten puka do pierwszej piątki najsilniejszych gospodarek Świata.

Szybki rozwój ekonomiczny łączy się zazwyczaj z powstawaniem tzw. „kominów społecznych”. Elity bogacą się i różnice pomiędzy nimi a biedą pogłębiają się. Tak też stało się w przypadku Brazylii i samego Rio de Janeiro, bo na nim chciałbym się skupić. Miasto, jak już zostało wspomniane, jest niezwykle eklektyczne. Łączy w sobie elementy skrajne, niepasujące, wprost uderza brakiem harmonii, niekiedy zaskakuje pięknem lecz przede wszystkim potrafi razić nieopisywalną wręcz brzydotą. Bywa wzniosłe, niemal metafizyczne, by po chwili ściągnąć za gardło do poziomu bruku i brudnym buciorem przygnieść z brutalną siłą. Takie też jest w sensie ekonomicznym. Dzieli się na północ i południe, czyli odpowiednio biedę i bogactwo. W Warszawie w każdej dzielnicy istnieją supermarkety tych samych sieci. W Rio nie, w Rio istnieją marki znajdujące się tylko na południu i istnieją takie, które sprzedają wyłączenie na północy. Istnieją też miejsca, gdzie wogóle nie ma supermarketów a uliczne sklepiki, jak w Wenezueli, sprzedają zza krat. Dla Kowalskiego rozziew pomiedzy dwoma mieszkańcami Rio – jednym z północy, a drugim z południa, którzy w swoich dzielnicach stanowią średnią – może być absolutnie niezrozumiały. Głębia przepaści czyni z podobnych społecznych zagadnienień w Europie rowy melioracyjne porównywane z Wielkim Kanionem Kolorado.

W  historii miasta, ludzie którzy nie radzili sobie ekonomicznie, uciekali właśnie do favel. Tutaj bowiem, jako że wyłączone one były spod jurysdykcji miasta, nie płacili oni czynszu, a także opłat za prąd i wodę, którą większość gospodarstw domowych w faveli , wbrew obiegowym mitom, posiada. W ten sposób uciekali przed skazaniem na bezdomność i ulicę. Ceną jaką płaciło się za takie życie była przede wszystkim zmiana suwerena. Nie był już prefekta, a samozwaniec, kacyk, władca wzgórza. Tych cen było więcej, rzecz jasna, lecz ta była najważniejsza, o reszcie, może kiedyś porozmawiamy, na dzień dzisiejszy i dla potrzeb tego wywodu, to było podstawowe zjawisko.

I tak rosły ceglane wzgórza Rio de Janeiro przez wiek XX, aż dobrnęły do pierwszej dekady wieku XXI. Miasto rozkwitło, bogaci się w zastraszającym tempie. Wpływy z wydobycia ropy naftowej w 80% pozostają w kasie miasta, tylko jedną piątą stan dzieli się z federacją. Powstała nowa klasa średnia i nowa klasa nowobogackich. Favele jednak, co łatwe do przewidzenia, nie przestały istnieć, a życie w nich toczyło się swoim, sepcyficznym rytmem.

Do władzy doszedł syndykalista, charyzmatyczny „Lula” da Silva. Elekcję prezydencką wygrał dzięki głosom biedniejszej części Brazylii. Obiecywał nie kraść z publicznej kasy i poprawę warunków życia ludzi biednych. Nie zanegował liberalnych reform poprzednika F.H. Cardoso, wprowadził jednak szereg zapomóg społecznych z „bolsa familia” na czele. Stworzył do ich obsługi sprawny system urzędniczy, oparty na korpusie służby cywilnej i banku Caixa Economica. Ludzie nie dostali pieniędzy do ręki, dostali karty kredytowe. Ponadto otrzymały je przede wszystkim kobiety, matki, nie zaś mężczyźni (łąmiąc tym samym kręgosłup zakorzenionemu machyzmowi i patriarchalnemu modelowi gospodarstwa domowego), w nadzieji, iż lepiej gospodarować będą pieniędzmi przyznawanymi przede wszystki w trosce o dzieci. W 2001 roku przeprowadzono pierwszy poważny spis powszechny. Określono zasięg, skalę i granice pewnych zjawisk, w zakres których w zanacznym stopniu wchodzi problematyka favel.

Dzięsięć lat później, bez wiedzy i świadomości wspomnianego „naukowca eksperta” obwożonego z gościnnymi wykładami, w Rio de Janeiro wyrosła nowa klasa społeczna. Nazwijmy ją „średnia- niższa” o określonych aspiracjach społecznych, pomimo, iż wciąż dla elity nie istniejąca, podlegająca specyficznej stygmatyzacji i wykluczona ze świadomości miejskiej, zarówno społecznie jak i rasowo, to już nie ekonomicznie. Nie istnieje bowiem obecnie Rio de Janeiro bez pracy favelados, są oni immanentnym elementem krajobrazu ekonomicznego miasta, bez nich życie metropolii nie potoczyłoby się.

Czynnik ekonomiczny ma jeszcze jedno oblicze. Dzisiaj w faveli coraz częściej opłaca się mieszkać nie tylko dlatego, iż nie płacimy czynszu, czy opłat za media. Siła nabywcza pieniądza w faveli jest zancznie wyższa. Te same produkty są tu znacznie tańsze. Zatem, nawet jeżeli „ekspert” stwierdzi, że favelados żyją w biedzie, posiłkując się danymi statystyczny dotyczącymi zarobków, musimy wziąć pod uwagę jeszcze inne czynniki. Favelado zapewne zarobi pozastatystyczne pieniądze funkcjonując w szarej strefie (wcale nie trudniąc się nielegalnym procederem, poprostu nie odprowadza podatku od swojej uczciwej pracy, jak na przykład szeroko rozpowszechnione w całym mieście usługi związane ze sprzątaniem mieszkań, czy popularny handel uliczny). Poza tym, za ten sam grosz, który zarobi, w faveli kupi cztery bułki, podczas  gdy przekroczy granicę swego świata, stać będzie go wyłącznie na jedną. Tam Real brazylijski jest silniejszy.

Dzisiaj favelados niejednokrotnie zyskali alternatywę i w wielu wypadkach wyprowadzenie się z faveli staje się opcją. Część z możliwości tej korzysta, część jednak pozostaje w swoich społecznościach. Czyni tak z wielu względów, ale jednym z najważniejszych jest czynniki tożsamościowy. Trzeba bowiem wiedzieć, iż mieszkańcy danego wzgórza to często społeczność niezwykle zintegrowana, posiadająca silne poczucie przynależności. Nie są niczym niezwykłym koszulki, czapki, czy nawet tatuaże wyrażające zadowolenie z pochodzenia z danego wzgórza. Napis „Jestem z Rocinha i jestem z tego dumny” potrafi stać się hitem  sezonu na rynku tekstyliów. Czynnikiem integrującym są także szkoły samby, które zazwyczaj znajdują się w faveli. Łączą one społeczność we wspólnym wysiłku jakim jest niezwykle pracochłonne przygotowanie defilady karnawałowej. Tysiące ludzi poświęcają swój czas i pracę aby dołożyć cegiełkę do tego wielkiego projektu. Przez swoje poświęcenie i wysiłek stają się oni częścią wielkiej społeczności, pomimo, iż biednej, to wyjątkowo ekskluzywnej, do której należeć mogą tylko mieszkańcy danego wzgórza. To, łączy ich głębokimi więziami.

Czynnik tożsamościowy i ekonomiczny to pierwsze spośród grupy elementów, które nakazują wyraźne oddzielenie faveli od slumsu, czyli tego co nazwanoby dzielnicą biedy. Kolejnym czynnikiem jest organizacja polityczna społeczności favelados. Dopóki nie rozpoczął się program pacyfikacji, favele posiadały bardzo jasno określoną, wertykalną struturę władzy. Na czele wzgórza stał watażka, który swą władzę uzyskał w wyniku ekonomiczno – siłowych rozwiązań. W zależności od wielkości faveli, cedował on swoją władzę na dyktatorów sektorowych, co tworzyło swoistą konfederację. Władza opierała się o monopol na środki przemocy, czyli dokładnie o to samo, co w zwyczajnym świeci. Był on finansowany z pieniędzy pochodzących ze zmonopolizowanego przez watażkę handlu narkotykami i uzupełnianego przez wpływy z prostytucji oraz parapodatki, za które możemy uznać obowiązek mieszkańców do zaopatrywania się w dobra i przedmioty użytku codziennego w określonych przez władzę sklepach, bądź monopolizacja handlu tymi produktami. Przedmiot przemocy, czyli karabin, pochodził ze źródeł przemytniczych bądź z rąk skorumpowanej policji.

Wraz z pacyfikacją favel władza hierarchiczna została zlikwidowana. Do monopolu na środki przemocy aspiruje obecnie władza legalna, prefekturalna, co z małymi wyjątkami udaje jej się egzekwować. Mieszkańcy jednak nie zrezygnowali z organizacji politycznej swoich społeczności i wciąż dysponują samorządami. Są one chętnie widziane  przez władze miejskie, które nie byłyby bez owych samorządów w stanie egzekwować niemal żadnej władzy. Działoby się tak z wielu przyczyn, spośród których podstawowymi są chyba geografia urbanistyczna faveli i niemożność dotarcia do mieszkańców przez kogokolwiek z zewnątrz. Idzie za tym dalece posunięta anonimowość mieszkańca faveli, dająca mu w sporej masie określone przewagi nad chcącą implementować niepopularne postanowenia władzą.

Kolejnym czynnikiem, który musiałby się znaleźć w definicji faveli, a który odróżnia  ją od tworu, który nazwać chcielibyśmy poprostu slumsem, czy dzielnicą biedy, to specyficzny kodeks prawny istniejący w faveli. Aby opisać to zjawisko należy zacząć od obalenia pewnego mitu, według którego favela jest miejscem niezwykle niebezpiecznym, a przynajmniej takim była przed pacyfikacją. W oczach „naukowca eksperta” i drugiego bohatera naszej narracji, czyli iksińskiego z Zachodu, w faveli trup gęsto się ściele, a ludzie strzelają do siebie z dużego kalibru, kłócąc się o byle bzdurę.

Jest to jedna z najdalej idących konfabulacji jakie można popełnić, choć z pewnością ma ona podstawy. Przemoc jest immanantną częścią produkcji zjawisk społecznych jaka ma miejsce w faveli. Problem polega jednak na tym, że przemoc z faveli wypływa, nie jest zaś w niej obecna. Na wąskich ścieżynkach labiryntów favel, przemoc pojawia się wraz z wejściem policji. Wtedy to, obserwator odpala fajerwerki, które Smith widząc „z dołu” uznaje za niezwykle barwne (będzie potem opowiadał, używając tego argumentu, jakie to kolorowe i radosne miasto), oznaczające wezwanie do chwycenia za broń. Inwazja, o ile to nie „zaufana” policja, oznacza wejście na wojenną ścieżkę. Policja,  zwana przez bojówki z faveli „Niemcami”, to wróg, który narusza nasze terytorium oraz interesy ekonomiczne. Należy zatem chwycić za broń i podjąć walkę.  Innym przejawem przemocy może być lokalna walka o władzę. Jednakże te dwa przypadki pojawiają się na ulicach faveli sporadycznie. Nie dochodzi do nich częściej aniżeli w innych częściach miasta. Są natomiast bardziej efektowne medialnie i użyteczne politycznie.

Dzień codzienny zaś, diametralnie różni się od opisywanych wyżej przypadków. Dzieje się tak, dzięki swoistemu, niepisanemu kodeksowi istniejącemu w faveli. Jest ona paradoksalnie miejscem niezwykle bezpiecznym.

Jeszcze jedna dygresja, tym razem osobista: autor tego tekstu mieszkał w favelach niespacyfikowanych dwukrotnie i kilkukrotnie odwiedzał je przy innych okazjach. Jeżeli ktoś nas do faveli wprowadza i żyjemy według lokalnych zasad, favela w przestrzeniach miejskich Brazylii może być paradoksalnie miejscem najbezpieczniejszym.

Owy kodeks faveli jest dość srogi i bardziej aniżeli współczesne systemy karne przypomina kodeks Hamurabiego. Jego powstanie i ewolucja jest dla autora tego tekstu wciąż enigmą. Odnosi się wrażenie, że powstał w specyficznych warunkach zamkniętej, odizolowanej wspólnoty, która nie może i często nie chce zintegrować się ze światem zewnętrznym. Elementem spajającym może być w tym wypadku także wspólny wróg, którym jest policja. Takie porównanie przywodzi na myśl kodeksy więziennej grypsery powstałe jeszcze w XIX wieku, w syberyjskich obozach pracy, wśród polskich zesłańców, a następnie przywiezione na grunt ojczysty. Wyewoluowały one i rozpowszechniły się w systemie penitencjarnym tworząc, definiując i spajając pewną określoną grupę społeczną, która do owych zasad stosuje się, zarówno w więzieniu, jak i poza nim. Podobnie jak favelados bez trudu rozpoznaje się w każdych warunkach i gdy spotyka drugigo członka grupy, automatycznie zaczyna stosowanie określonych reguł współżycia.

Podobnie jest z favelą i jej mieszkańcami. Favelado może być zwyrodnialcem pozbawionym człowieczeństwa, dla którego życie ludzkie ma niezwyle niską cenę. Morderstwa za kilka groszy w Brazylii nie są niczym wyjątkowym. Niemniej to szerszy temat i nie dotyczący wyąłącznie faveli. Życie ma niską cenę, a więc przemoc przybiera dość dyrastyczne formy. Jednakże wyłącznie poza favelą. Człowiek, którego nie warto błagać o litość, po przekroczeniu granicy swojego wzgórza, nigdy nie dopuści się żadnego aktu przemocy. Trudno stwierdzić jednoznacznie dlaczego. Zapewne należałoby do pracy nad odpowiedzią na to pytanie zaprząc doskonałych socjologów. Nie ulega jednak wątpliwości, iż jednym z elementów jest czynnik odstraszający. Owy niepisany i szeroko akceptowany kodeks faveli jest bowiem dość drakoński.

Wymieńmy dwa przykłady praw pochpodzących z dekalogu, najważniejszego z kodeksów cywilizacji judeo – chrześcijańskiej. Przykłady dwóch przykazań, które w Brazyli chyba nigdy (już od czasów pierwszych kolonizatorów portugalskich) nie znajdowały szerokiego oddzwięku społecznego. Przykazanie siódme to w Rio kpina. Kradzież nie posiada stygmatu społecznego. Fakt, że polityk kradnie jest naturalny. Burmistrz kradnie – to fakt – ale gość jest w porządku, bo załatwił olimpiadę, a kwestia, że przy tym nakradnie jeszcze więcej jest – jak to przyjęło się mówić w języku polskim – oczywistą oczywistością. Ryba psuje się od głowy, zatem kradzieże są na porządku dziennym. Oczy należy mieć dookoła głowy. Szczególnym przypadkiem są plaże, gdzie nie tylko okazja czyni złodzieja, ale mamy tu do czynienia ze swoistym zawodem złodzieja, wyspecjalizowanym w plażowym procederze.

Kiedy już się do powszechnego złodziejstwa przyzwyczaimy, uznamy zapewne podświadomie, że w faveli będzie jeszcze gorzej. Wszak w pojęciu iksińskieńskiego z Zachodu wszelkie zło kumuluje się w Morodorze, a Mordorem jest favela. Favela paradoksalnie okazuje się oazą, gdzie znajdziemy słodką wodę poszanowania własności wśród okrutnych, suchych piasków „marksistowskiej wspólnoty dóbr”. Za naruszenie siódmego przykazania, w faveli, podobnie jak onegdaj w Szwecji, złodziejowi obcina się dłoń. Nikt nie ma ochoty specerować po scieżynkach swej małej ojczyzny bez pomocnej w życiu prawicy. Jest to także stygmat. Zamilczanie, wytykanie palcami i infamia są starą żydowską karą, która musi być skuteczna, skoro przetrwała po dziś dzień.

Również przykazanie piąte jest szeroko respektowane w faveli. Dla Simtha jest to oczywiste. W kulturze europejskie,j dotkniętej hekatombami wojen światowych, życie ma wartość najwyższą. Na starym kontynencie nie zabija się tak łatwo, jak w Brazylii. Natomiast, w kraju kawy o większości zabójstw nie wspomina się nawet w mediach. Ich powszechność stała się już czymś normalnym. Wyłącznie wielce drastyczne, masowe lub rozpowszechnione przez kogoś znanego mordy trafiają do gazet i wieczornych wiadomości. Europejczyk prowadzący samochód w Rio wcześniej, czy później zdesperowany użyje klaksonu. Towarzyszący mu Brazylijczyk zwróci uwagę, aby tego nie robić i spokojnym tonem stwierdzi, iż zawsze można trafić na kogoś uzbrojonego, kto nie lubi, gdy trąbi się na niego i może zastrzelić.

W faveli, o ile nie toczy się walka o władzę, która swoimi regułami nieco przypomina średniowieczne rozgrywki o tron, ludzie nie giną. Życie się szanuje, a jeżeli dojdzie już do morderstwa, władza bardzo szybko sprawę prześwietli, a opresora skaże zgodnie ze starą babilońską zasadą oko za oko ząb za ząb. Zabójstwo jest karane za pomocą kary śmierci.

Niemniej zdaje się, że nie tylko aspekt odstraszający sprawia, iż kodeks działa. Prawo wypływa z podstawowej definicji socjologicznej, mówiącej, iż człowiek jest istotą społeczną. Każda społeczność definiuje zasady współżycia i stosuje się do nich ze względu na własne dobro i naturalne mechanizmy społeczne zakodowane w psychice. Powstanie wielkich społeczności, w których jednostki się od siebie oddaliły, spowodowało, iż konieczne stały się kodyfikacje norm współżycia. Współczesne społeczeństwa zachodnie podlegają zaś procesowi atrofi podstawowych komórek społecznych, następuje polaryzacja i skrajna indywidualizacja jednostek. Bez prawa dochodzi do anarchii. Prawo zatem staje się opresyjne, przestaje służyć, przestaje być naturalnym produktem społeczeństwa, zaczyna być zwornikiem narzucanym odgórnie przez państwo.

Tymczasem w faveli te procesy jeszcze nie zaistniały i prawo zachowało swój pierwotny charakter. Dlatego też nie utrata dłoni, nie strach jest tu elementem powodującym, że nie okrada się drugiego człowieka. Jest nim raczej wewnętrzny imperatyw nie czynienia bliźniemu, co nam nie miłe. Świat zawsze dzielił się i dzieli na „swoich” i „obcych”. Swoich zasady dotyczą, a obcych nie. Przy zwyrodnieniu i brutalizacji współżycia w Brazylii efekt jest taki, iż fala przemocy przelewa się przez ulice niczym tsunami, jednak wzgórza favel pozostają wyspami spokojnymi. Dopóki, rzecz jasna, świat zewnętrzny nie zechce tego status quo naruszyć.

Ta ingerencja i szerzej spotkanie się światów, to najpoważniejszy problem Rio de Janeiro. Należy im przyjrzeć się bliżej ale zanim to nastąpi, dla pełnego jego zrozumienia, a także zamknięcia poprzedniego wywodu dotyczącego zdefiniowania faveli, nalezy się jeszcze jeden akapit kolejnemu zjawisku.

Jest nim stygmatyzacja społeczna. Rio, a szerzej Brazylia jest państwem przeoranym rasowo i społecznie. Powszechny w mediach rasizm jest tematem na oddzielną wypowiedź, niemniej zachacza on odrobinę o problematykę favel. Co prawda społeczności favelados nie są jednorodne pod względem rasowym, niemniej jeżeli postawić obok siebie pięciu przypadkowych mieszkańców Ipanemy i pięciu sąsiadującej z nią faveli Canatgalo, wyrwany z najgłębszego interioru obywatel województwa Podkarpackiego bez trudu wskaże kto jest skąd.

Niemniej aby nie zagłębiać sięw meandry rasizmu brazylijskiego, można kwestie – nieco sztucznie rzecz jasna – sprowadzić do podziałów klasowych. Otóż nasz z Bożej łaski „ekspert”, należący do wyższej klasy średniej, czy jako piastujący poważne i zaszczytne stanowisko państwowe nawet do elity, w głębi duszy gardzi favelados.

Krytyk zaraz zapyta, zresztą bardzo celnie, skąd ja to wiem i nawet jeżeli spotkam takie jednostki, to jakim prawem mówię o całej grupie społecznej. Od razu spieszę z wyjaśnieniami. Zwierciadłem myślenia tej grupy społecznej są media, tzw. „opinia publiczna”, w nich nie widzimy platonowskiego odbicia, a właśnie, podążając za myślami sławnego Greka,  te prawdziwe, niematerialne, wieczne idee. W mediach elita sama na siebie zastawia pułapkę i wystawia sobie cezurkę. Bo chćby i tysiąc artykułów poświęcić favelaom na stronach kolorowych czasopism, to pomiędzy stronami widzimy reklamy. Konia z rzędem, komuś, kto znajdzie czarną modelkę reklamującą bieliznę, czarnego mężczyznę zadowolonego z samochodu, czarnego sportowca sprzedającego nam zegarek. Nie ma czarnych ludzi w Brazylii. Włączyć wystarczy telewizję. Telenowele, ale nie tylko, to odbicie społeczeństwa, to papka dla odmóżdżonych „wiców” i w sensie przekazu, jak kiedyś pisał W. Łysiak, ekran nie wiele w tym wypadku różni się od kranu. Dziesiątki produkcji krajowych na każdym kanale, przplatanych setkami reklam, można oglądać miesiącami i zaświadczam, że według tego przekazu w Brazyli,i ani nie ma favel, ani czarnych ludzi. Nie ma i nigdy nie było.

Skoro tak wygląda mentalność klasy białej, to nasuwa się paytanie, jak wygląda ta kwesta na ulicy, gdzie przecież, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, w końcu tego czarnego spotkamy. Będzie to zapewne stonowiło poważny dysonans poznawczy. Z odpowiedzią znowóż spieszy Orwell do spółki z Kochanowskim. Są ale ich nie ma – są niewidzialni. W każdym zakładzie pracy spotkamy czarną sprzątaczkę z faveli. Może co dziesiąty powie jej wogóle dzień dobry. W korku, na ulicy zawsze spotkamy favelado starającego się sprzedać nam wodę. Facet stoi 30 cm od kierowcy, pochyla się nad jego szybą i nie istnieje, żadnego „dziękuje”,” nie teraz”, nawet nikt nie wyśle go na drzewo i każe mu „spie…”. Poprostu człowiek jest powietrzem.

Ale zmuśmy przedstawiciela klasy białej jakimś sposobem, powiedzmy za pomocą serum prawdy, dajmy na to caipirinhą do zauważenia favelados w społeczeństwie. Otworzymy puszkę pandory. Spośród różnych cech im przypisywanych i morza pojawiających się przymiotników, jedno rzuca się w oczy. To w żadnej mierze nie jest część „naszego” społeczeństwa, krócej „nas”. To rodzi stygmatyzację społec zną. Narastają obiegowe opinie, szablony interpretacyjne, służące za atrapy myślenia. Problematyczne jest to w szczególności w wypadku organizacji ekonomicznej życia. Favelado bowiem nadaje się do wykonywania wyłącznie określonych zawdów. Wyrasta ściana, nie do przekroczenia, która niesie za sobą dość poważne społecznie konsekwencje. Z jednej strony bowiem rodzi frustracje i nakręca spiralę izolowania się, bo przecież favelado też dzieli świat za pomocą opozycji: „my” – „oni”. Z drugiej zaś strony, zjawisko to tępi aspiracje społeczne. Wyobrazić sobie można, iż poważnym dylematem dla człowieka może być kontynuowanie edukacji bez perspektyw lepszej pracy wynikającej z wysiłku i uzyskanych dzięki niemu kwalifikacji. Prawda może być taka, że jeżeli społeczeństwo przypisuje określonej grupie daną rolę społeczną, grupa ta (niezależnie od motywacji) w rolę tę wchodzi.

Zatem ostatnim elementem stworzonej, na potrzeby tego wywodu, definicji faveli będzie owa stygamtyzacja społeczności jaką tworzą favelados. Dzięki temu elementowi i wspomnianej powyżej jasno zamkniętej przestrzeni faveli, zarówno w sensie geograficznym jak i mentalnym, wchodzimy w problematykę styku dwóch światów, który w wypadku Rio de Janeiro bywa dość przykry.

Powszechnym stereotypem jest stwierdzenie, iż favela rodzi patologie. Jest to częściowo prawda. I choć patologie społeczne rodzą się też w innych miejscach, a większość favelados to uczciwi obywatele trudniący się całkim normalnymi zajęciami, to spektakularność elementów negatywnych wywodzących się z faveli sprawia, iż z nimi właśnie jest ona kojarzona.

Wydaje się zasadnym podzielenie tych patologii na trzy podstawowe grupy. Będą to: handel narkotykami, a przede wszystkim kokainą i crackiem, przemysł seksualny, czyli prostytucja i wszystko, co z nią związane, oraz element trzeci, najbardziej dyskusyjny ze względu na pytanie o jego pierwotność bądź wtórność wobec dwóch wcześniej wymienionych, czyli broń, handel nią i użycie.

Zacznijmy może od prostytucji, która jednak, przed erą pacyfikacji, stanowiła drugoplanowe źródło zysku grup przestępczych wywodzących się z favel. Niemniej w stopniu bardzo silnym dotyczy mieszkanek favel.

Prostytucja w Rio de Janeiro to zjawisko nie mniejesze aniżeli w centrach seksturystycznych Brazylii jakimi są duże miasta Północnego- wschodu – Fortaleza i Natal. Wracając do typowego Smitha, który wybiera się do Brazylii i analizując stan jego wiedzy na temat miejsca, w które jedzie, niewątpliwie na którymś z planów pojawią się kobiety, ich uroda i rzekoma dostępność. Wystraczą raz na jakiś czas transmisje, czy to z karnawału, czy z plaż Rio, żeby Johnson narobił sobie potężnego smaku. Ponadto, w propagandzie turystycznej, kobiety w Rio przedstawiane są jako niezwykle rozwiązłe, na wpół dzikie, nie posiadające w żadnym stopniu wstydu, czy zachamowań seksualnych, a co więcej nizewykle atrakcyjne i na codzień bardzo skąpo używające wszelkich ubrań. Jak ma się ten mit do rzyczywistości, nawet nie warto komentować.

Konkluzja wypływająca z niego jest inna. Rynek seksturystyczny w Europie zachodniej i Stanach Zjednoczonych jest bardzo duży. Przy umiejętnie prowadzonej reklamie, Brazylia stała się jednym z najważniejszych centrów światowej seksturystyki. Owy mit kobiety brazylijskiej jest produktem tej gałęzi przemysłu turystycznego. Walka z nim nie tylko nie ma sensu, ale jest też bezproduktywna, bo za podsycaniem jego stoją potężne pieniądze.

W Brazylii można spotkać się z opinią, że niemiecka linia lotnicza Condor powstała przede wszystkim targetując się na klienta podróżującego w celach seksualnych. Nie wiem na ile jest to prawdziwe. Niemniej jednak już samo istnienie takiej plotki jest dość symptomatyczne.

Tam gdzie jest popyt, tam też pojawia się podaż. Centrum seksturystyki jest plaża Copacabana. Już dawno Cariocas (mieszkańcy Rio) porzucili ją ze względu na masową obecność gringos. Przeniesili się na Ipanemę. Jest rzeczą absolutnie nie do pomyślenia, aby na Ipanemie spotkać kobietę opalającą się topless.

Na Copacabanie sytuacja wygląda inczaej. Rozkładający się na piasku turysta, bardzo szybko stanie się obiektem zainteresowania czarnych oczu. Nie jego śnieżnobiała cera przykuwa atencję, chodzi raczej o brzęcząco – szeleszczącą zawartość portfela. Zaczyna się spektakl. Ciemna piękność zaczepia Smitha, a on jest głęboko przekonany, że właśnie spotkał tą nieznającą pruderii mityczną Brazylijkę, zwabioną powabem jego urody. Dziewczyna ta zaś to prostytutka, w zasadzie na Copacabanie zasadnicza większość młodych dziewcząt to prostytutki. Wywodzi się z faveli, zazwyczaj jednej z biedniejszych i w ten sposób zarabia na życie. Często nawet nie do końca jest świadoma, że można żyć inaczej. Niekiedy zaś robi to z czystego wyrachowania.

Po pierwszych słowach, tworzy portret psychologiczny Hansa. Stwierdza, w jaki sposób Hansa można oskubać z pieniędzy. Część Hansów, w pewnym momencie,kapnie się o co chodzi i sprawa przebiegnie w sposób klasyczny. Inny zaś John pozostanie nie świadomy trwającej sytuacji i „po wszystkim” dowie się o rachunkach, jakie trzeba zapłacić za prąd i gaz, o tym, że życie ciężkie, itd…, John chętnie się dorzuci do ciężkiej niedoli.

Zaś Sven (nieprzypadkowo mówimy tu o Skandynawi) spotka miłość swego życia na plaży Copacabana. Zabierzę swę wybrankę ze sobą do Szwecji. Ta, po jakimś pół roku, z byle powodu będzie musiała wrócić do domu. Wtedy przywiezie potężne pieniądze, które zostawi rodzinie (często mężowi i dzieciom). W tym czasie Sven nadal będzie wpłacał pieniądze na konto swej jedynej, lub nie jedynej, od opcji zależy, miłości pieniądze, wciąż żyjąc w iluzji sytuacji. Miłość nawet powróci i wydoi (w sensie metaforycznym) Svena jeszcze nie raz. Sytuacja tak potrwa dopóki ciemnoskóra miłość się nie znudzi, być może nawet kilka lat. I choć ostatni przykład jest dość spektakularny, to wcale nie jednostkowy.

Prostytucją, niezależnie od jej mechanizmów parają się przede wszystkim dziewczęta z favel. Niekiedy jest to „poprostu” ich zawód, niekiedy nie znają innej opcji, jako że matka, siostry i koleżanki robią to samo, a niekiedy pcha je na ulice nałóg. Zjawisko to, rzecz jasna wykorzystują władcy wzgórz, którzy poza handlem narkotykami trudnią się też sutenerstwem, zbierając procenty od utargu swoich pracownic.

Autor bez bicia przyznaje się, że nie wie jak sytuacja zmieniła się w Rio po spacyfikowaniu znacznej części favel. Nie będzie też snuł domysłów, czy stawiał hipotez, pomimo, iż pewne rozwiązania narzucają się niejako logicznie.

Historia to ani smutna ani wesoła. Brak w niej morału, ot proza życia. Ocen należy unikać, świat jest tak skonstruowany, że jeżeli jest popyt, pojawi się i podaż. Nie istnieją skuteczne środki prawne, które mogłyby ukrócić proceder. Prohibicja była, jest i zawsze będzie nieskuteczna. Ten odcinek bajki pt. „Rio” tak właśnie wygląda.

Narkotyki i handel nimi to chyba podstawowa bolączka społeczna Rio de Janeiro. Zaryzykowac można  stwierdzenie, iż większość przemocy na ulicach miasta nigdy niezaistniałaby, jeżeli nie byłoby problemu narkotyków. Narkotyki to bez wątpienia katalizator śmierci w Rio. Wokół nich powstały mechanizmy społeczne tak głęboko tkwiące w maszynerii miasta, iż posprzątanie przez Heraklesa stajni Augiasza zdaje się być dziecięcą igraszką. Pieniądze, noszące stygmat białego proszku pochodzącego z Kolumbii, przesiąknęły głęboko w struktury miasta. Nie należy kojarzyć ich wyłącznie z gangami walczącymi o prymat w rozprowadzaniu kokainy. Trzeba patrzeć szerzej. Kokaina to nowotwór ekonomiczny, który zawładnął także światem polityki i policji. W powszechnej percepcji problem sprowadza się do favel. Tymczasem favela dla świata narkotyków pełni jedynie rolę służebną. Jako że do niedawna policja nie wchodziła do favel, najłatwiej było w nich zorganizować miejsce przetrzutu i dystrybucji. Jednak jeżeli komuś wydaje się, że spożycie narkotyków jest najwyższe w favelach, grubo się myli.

Po pierwsze, favelados na kokainę nie stać. Część z nich jednak raczy się crackiem, czyli produktem pochodzącym z kokainy. Crack to odrzuty  kokainy, jej najmniej wartościowe partie, które następnie przekształca się w plastyczną masę i pali. Ze względu na trzask jaki powoduje proces palenia, nzwano ten narkotyk crackiem. Pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i stąd się rozpowszechnił na inne części świata. W Brazylii stał się poważnym problemem. Części Rio, o których już wspomniano na początku tekstu, ochrzczono mianem cracolandii. Przy czym z całą mocą należy zaznaczyć, iż cracolandia to nie favela. To nie są synonimy.

Cracolandia to zastępy ludzi bezdomnych włóczących się po ulicach, na nich śpiących, bez najmniejszych perspektyw, czy horyzontów. Uzależnienie kompletnie owładnęło ich życiem, dehumanizując ich i tworząc całe grupy żyjące jak zwierzęta w watahach. Sam obraz takiej ekipy jest już społecznie terroryzujący. Przejście chodnikiem sześćdziesięciu metrów wśród takiej brygady musi być czymś głęboko traumatycznym, zostawiającym wyraźny ślad na ludzkiej psychice. Problem cracku już dawno wymknął się spod kontroli miasta. Prefektura zresztą nie wykonuje żadnych specjalnych kroków zmierzających do rozwiązania kwestii cracolandii. Walczy się ze skutkami, czyli przykładowo, jeżeli cracolandia rozłoży się na arterii miasta i zablokuje ruch, wtedy przyjeżdżają opancerzone wozy policji i rozprawiają się z problemem.

Problem narkomanów występujących masowo na ulicy nie dotyczy południowych części miasta. Te zaś są wystawowe i w tych dzielnicach prefektura dba o wygląd. Na czas ważnych imprez usuwa się żulię z ulic, wywożąc ją autobusami w północne rejony miasta, a nocami specjalne jednostki wyłapują „podejrzanie zachowujące się osoby” z plaż i umieszczają je w specjalnych ochronkach.

Narkotyki bowiem nie zdają się być problemem społecznym w percepcji władz. Handel idzie na całego, wielu potężnie się na nim bogaci. Rynek zbytu stanowią przede wszystkim turyści. Próba naruszenia status quo w tej mierze spotkałaby się zapewne z całym szerokim frontem oporu. Przypięcie faveli łatki malus maximus w dziedzinie problemu narkotyków jest nadużyciem, zabiegiem socjotechnicznym. Faktem jest, że narkotyki są składowane w favelach, a ich dystrybucją zajmują się królowie wzgórz. Lecz prawdą jest także, że bez aparatu chroniącego ten handel, bez apartu policyjno- państwowego, który ten handel umożliwia, wogóle nie byłoby mowy o czymkolwiek.

Zastanówmy się bowiem i wrócimy jeszcze do tego argumentu w przypadku broni. Skąd narkotyki trafiają do Brazylii? Ano głównie z Boliwii. Zatem wybierzmy się na wycieczkę. Jesteśmy w Cormbie, w stanie Mato Grosso do Sul. Cormuba leży nad granicą z Boliwią i naprzeciwko niej, po drugiej stronie, w świecie hispanojęzycznym jest miejscowość Puerto Suarez. Niewielu z czytelników zapewne tam było, więc wytężmy wyobraźnię i spróbujmy namalować obraz tej granicy. Z jednej strony kraj ubogi, który szmugluje na naszą stronę narkotyki (zresztą nie tylko) masowo, z drugiej strony my, potężny kraj, największy na kontynencie, bogaty, z aspiracjami światowymi. Niemal każdy z naszych dwustu milionów mieszkańców bez trudu rozpoznaje podstawowe problemy społeczne. Jednym z nich jest przemoc wynikająca z handlu narkotykami. Jak zatem wygląda ta granica? Zapewne tak, jak meksykańsko- amerykańska. Wyposażeni w najnowsze aparaty funkcjonariusze policji federalnej prześwietlają każdego w najdrobniejszych szczegółach. Podejrzane tiry są rozładowywane i rozkręcane co do śrubki. Boliwijczycy zatrzymywani sa na 24 godzinną kwarantannę i zmuszani do wypróżniania się w obecności policjantów sprawdzających, czy nie są tzw. „mułami”.

Jeżeli któryś z czytelników faktycznie tak pomyslał, to wspiął się własnie na Everest naiwności. Granica ta jest, a jakby jej nie było. Niby istnieje, niby siedzą w niej jacycś policjanci, ale w praktyce funkcjonuje jak strefa Shengen. Jedna za drugą ciężarówka przykryta plandeką przejeżdża nie niepokojona przez kogokolwiek. Przekraczający granicę obywatel jak chce, to pieczątke może dostać, lecz jak nie chce, to przejdzie idąc środkiem przed siebie nie niepokojony przez nikogo. A inne granice? Brazylia – Wenezuela – identycznie, nie tylko nikt nie otwiera bagażu, nikt go nawet nie ogląda, ten całe przejście tkwi samotny i zapomniany w bagażniku rozklekotanej taksówki. A może z Paragwajem, gdzie wywożone są kradzione w Brazylii samochody a wwożona jest broń, sytuacja jest inna? Przez tą granicą podróżuje się przede wszystkim za pomoca starych Volkswagenów ogórków z przyciemnianymi szybami. Zawartość pozostaje zatem tajemnicą kierowcy. Przejeżdżamy w tę i spowrotem kilkakrotnie i nikt, nawet pies z kulawą nogą się nami nie zainteresuje.

A potem w Rio wydaje się potężne pieniądze na uzbrojenie i wyszkolenie elitarnej jednostki policji BOPE, która ma walczyć z uzbrojonymi po zęby bandytami na wąskich uliczkch labiryntów faveli. Giną ludzie, a politycy biadolą o skali przemocy. A przez granicę ta sama broń, którą jutro ktoś kogoś w Rio zabije, przejeżdża pod nosem celników. Czy politycy o tym nie wiedzą, czy potężne wszechogarniające władze są nieświadome tego jak wyglądają grance terytorialne ich władzy? Oczywiście, że wiedzą. Zaryzykować można nawet stwierdzenie, że w zamian za to, że granice te wyglądają dokładnie tak jak wyglądają, ktoś pałci i ktoś bierze potężne pieniądze.

Później zaś dziennikarz napisze, iż problem leży w faveli, to ona rodzi przemoc i P. Prokurator przyjmuje tę wiedzę z pocałowaniem ręki. I ten przykładowy P. Prokurator, gdy widzi czarnego favelado na ulicy, jego jestestwo definiuje za pomocą tego samego szablonu myślowego. P. Prokurator (zakładam jego uczciwość), o ile sam w procederze nie bierze udziału, jest głęboko przekonany, że wszelkie problemy związane z naroktykami i przemocą wywodzą się właśnie z faveli. Nedostrzega szerszego horyzontu z bardzo błahego powodu, nie musi, nie opłaca mu się, wprost przeciwnie, opłaca mu się nie dostrzegać, ulokować problem w jednym miejscu i lać krokodyle łzy nad problemami współczesnego Świata.

I zapewne tak by ten świat Rio trwał bez specjalnych zmian. Raz na jakiś czas dochodziłoby do eskalacji przemocy, walki buldogów pod dywanem. Ktoś znowóż w publicznej telewizji załamywałby ręce, kto inny wzywał do działania i jak zawsze nie stałoby się nic. Ale nastąpiło coś co przynajmniej na jakiś czas wywraca życie do góry nogami. Politycy w Brazylii srokom spod ogona nie wypadli i gdzie leżą frukta doskonale widzą. W Polsce artysta śpiewa, że w PRL-u „nie złodzieje rządzili lecz debile”, otóż Brazylia w swojej historii miała zazwyczaj więcej szczęścia do tych pierwszych, co zresztą niedawna afera mensalão, w której skazano najwyższych prominentów władzy, ukazuje dobitnie.

Burmistrz Rio, w porozumieniu z waładzami federalnym wpadł na genialny pomysł przedłużenia swej ery u sterów miasta znoszącego złote jajka. Postanowiono, że Brazylia ubiegać się będzie o organizację Igrzysk Olimpijskich, które gościć będzie właśnie miasto, na które ze skał Corcovado spogląda Chrystus Odkupiciel. I ku zdziwieniu wielu, drugiego października 2009 roku, komitet wykonawczy MKOL zadecydował o przyznaniu organizacji Brazylijczykom. Euforii nie było końca i w pewnym sensie trwa ona nadal. Ulica cieszy się na wielkie święto sportu, a politycy cieszą się, tak jak cieszy się dziecko, które zdołało się włamać do babcinej piwniczki z konfiturami.

Ci sami politycy jednak zdali sobie sprawę, albo postawiono im określone warunki w kołach międzynarodowych, iż istnieją problemy domagające się rozwiązania. Jako że Rio gościło niedawno igrzyska panamerykańskie,  istnieje dość dobrze rozwinięta w Rio infrastruktura sportowa. Jednakże, gdy organizatorzy pomyśleli o tych wszystkich negatywnych elementach obecnych w Rio, jak prostytucja, narkotyki, złodziejstwo, przemoc, etc…, włosy im się na głowie zjeżyły, a wzrok skierował w kierunku opanowanych przez handlarzy wzgórz.

Operacja oczyszczenia miasta z gangów – władców brazylijskiego podziemia, przerastała jakiekolwiek operacje prowadzone do tej pory. Trzeba by wydać na takowe przezdsięwzięcie niebotyczne pieniądze, rozbudować do rozmiarów molocha policję – jednostkę już skorumpowaną, nie cieszącą się zaufaniem obywateli – i co najważniejsze przelać hektolitry krwii. Trupy zaś są wrogiem polityka, nikt nie lubi otwierać gazety i oglądać obrazków faveli po przejściu jednostki BOPE.

Rajcy miejscy wpadli jednak na genialy, typowo brazylijski pomysł. Uznano, że owy problem nie musi być rozwiązywany. Należy go poprostu przesunąć, wyelimnować z miejsca na którym nam zależy. Fakt, że pojawi się gdzie indziej nie stanowi zaś naszego problemu.

Takie podejście do sprawy jest dość charakterystyczne. Wspomniany został już nowiutki ekran zasłaniający favelę Maré, mogącą zaskoczyć turystę wyjeżdżającego z lotniska Galeão. Innym przykładem, rzecz jasna na znacznie mniejszą skalę, jest sposób rozwiązywania zbyt dużego natężenia menelstwa w turystycznych dzielnicach. Otóż gdy zbliżają się wakacje w Europie i Stanach, albo jakiś ważny koncert, czy inne wydarzenia, prefektura dokonuje operacji dyslokacji żulii. Zgarania się ją z ulic Copacabany i Ipanemy i wywozi do północnych dzielnic. Menele wiedzą, że dopóki coś dzieję się na południu, nie ma co wracać. Po odbyciu karencji rozpoczyna się wielka wędrówka ludów i hordy hunów, gotów wyruszają w kierunku wybrzeży Atlantyku, wiedząc, że tamtejsze śmietniki są zasobniejsze.

Podobnie postanowiono rozwiązać problem handlarzy narkotyków obecnych w favelach. Oczywiście operacja musiała być w tym wypadku znacznie bardziej złożona. Nie tylko skala się różniła. Dobrodzieje politycy zdają sobie też sprawę, że dyslokowanie młodego, sprawnego posiadacza kałasznikowa, szczególnie w jego naturalnym środowisku, nie jest sprawą prostą. Pozwolili więc handlarzowi wynieść się samemu. Zamiast wchodzić do favel i zaczynać wojnę, metodą kontrolowanych przecieków, ogłaszano w gazetach z określonym wyprzedzeniem, iż dana favela bedzie pacyfikowana. Kto miał łeb na karku zbierał dobytek warty miliony i wiał. Wiał rzecz jasna dość blisko i dzięki temu inne miasta w stanie Rio de Janeiro, do niedawna całkiem, jak na brazylijskie warunki, spokojne, zanotowały drastyczny wzrost przestępczości na swoim terenie. Rio natomiast problemu się pozbyło. Operację trwającą do dzisiaj nazwano „pacyfikacją”.

Jeszcze zanim opowiemy, jak wygląda owa pacyfikacja w praktyce, należałoby udzielić odpowiedzi na pytanie z pewnością cisnące się na usta czytelnika zorientowanego nieco w brazylijskich realiach. Mianowicie, dlaczego owi handlarze nie uznali, iż lepszym rozwiązaniem byłoby poczekanie na policje, sprawdzenie, czy miasto nie blefuje, a jeżeli nie, podjęcie walki z paruset osobowymi odziałami BOPE, wchodzącymi do faveli. Zresztą zdawało się to logiczne, gdzyż istnieją favele olbrzymie, o skomplikowanym labiryncie ulic, gdzie pojednyńcza jednostka policyjna nie ma najmniejszych szans na odniesienie sukcesu.

Stało się tak, gdzyż w jednej z favel doszło do eskalacji przemocy. Miasto pokazało jak dalece jest zdeterminowane i zmobilizowało olbrzymie siły. Po tych wydarzeniach, handlarze w innych favelach stracili ochotę na konfrontacje.

Complexo do Alemão to jeden z największych zespołów favel w Rio de Janeiro. Położony na trzech wzgórzach Kompleks Niemca, jak należałoby dosłownie przetłumaczyć na język polski, do czasów zarządzenia i przeprowadzenia planu pacyfikacji był jednym z największych centrów handlu i przerzutu narkotyków w Rio de Janeiro.

20 listopada 2010 roku doszło do wybuchu przemocy w Rio de Janeiro. Gangsterzy kojarzeni z grupami Comando Vermelho i Amigos dos Amigos postanowili przeprowadzić masowe kradzierze znane w slangu carioca jako arrestão. W ich wyniku zginął kierowca jednego z zatrzymywanych samochodów.

Rząd, pomimo ryzyka znacznej eskalacji przemocy, tym razem postanowił działać. Strefę walk udało się ograniczyć do dwóch kompleksów favel. Jedną z nich było Complexo do Alemão. Policja i wojsko wprowadziło do walki 21 000 tysięcy żołnierzy (1/5 stanu sił zbrojnych RP) w tym elitarny batalion BOPE, 500 marines i 800 spadochroniarzy stanowiących elitę brazylijskich sił zbrojnych, 37 wozów opancerzonych. Operację wspierało z powietrza także dziewięc śmigłowców. W samym Complexo do Alemão  naprzeciwko sił rządowych stanęło około 600 uzbrojonych po zęby i doskonale znających zawiłą mapę wzgórz bandytów.

Walki trwały przez tydzień, do 28 dnia listopada. W ich wyniku śmierć poniosło trzydziestu dziewięciu przestępców (oficjalnie – istnieją nagrania na których widać snajperów strzelających do bandytów z helikopterów. Padających od kul postaci zdaje się być znacznie więcej aniżeli podają oficjalne dane). Trzech policjantów i jeden żołnierz odnieśli rany. Aresztowano około dwieście osób. Od tej pory policja nie opuszcza już Complexo do Alemão. Powstały komisariaty jednoostek UPP – czyli policji pacyfikacyjnej, jak nazywana jest ona w nomenklaturze urzędniczej Rio de Janeiro. Pomimo wciąż wybuchających gdzie niegdzie buntów i nierzadko odkrywanych zachomikowanych mini-arsenałów broni, gdzie znajduje się broń nadającą się na wojnę pancerną, sytuacja zdaje się być opanowana.

Od tej pory życie mieszkańców powróciło do jako takiej normy. Działa tu sporo sklepów, sklepików, budek z napojami, barów ulicznych, czy straganów z owocami. Z części ulic prefektura wywozi śmieci. Na ścianach zewnętrznych wielu domów dostrzec można charakterystyczne skrzynki, spotykane wszędzie w Brazylii. Są to klimatyzatory, co oznacza, że do domów doprowadzona jest energia elektryczna. Zaryzykować możn stwierdzenie, że mieszkańcy w swoich domach mają również akces do wody. Działa wewnętrzny transport miejski, który odbywa się za pomocą charakterystycznych, wysłużonych Volkswagenów ogórków. W miejscach gdzie onegdaj znajdowały się magazyny bronii i narkotyków przestępców, zorganizowano klubiki osiedlowe i kina dla dzieci.

7 lipca 2011 roku została zainaugurowna kolej linowa, rewolucjonizująca transport mieszkańców kompleksu. Na jej trasie znajduje się pięć stacji: Bonsucesso (czyli w wolnym tlumaczeniu dobry suces), Morro do Adeus (wzgórze “idź z Bogiem”), Morro da Baiana (Wzgórze Baiany), Morro do Alemão (Wzgórze Niemca), Itararé, Palmeiras. Część z obszarów, do których można dotrzeć kolejką, wcześniej dostępna była tylko za pomocą długich labiryntów korytarzy i schodów. Przy skali kompleksu, ciężko wyobrazić sobie jak wyglądała kwestia transportu dla niektórych mieszkańców, przed powstaniem kolei. Co ciekawe, dzięki niskiej cenie (miejscowi nie płacą wogóle) oraz otwarciu Świata dotychczas nieznanego, tajemniczego i niebezpiecznego dla ludzi z zewnątrz, kolejka Complexo do Alemão przewozi obecnie więcej osób (nie liczy się tu mieszkańców, wyłącznie osoby z zewnątrz) aniżeli ta, wwożąca turystów na sławne Pão de Azucar.

Tak wygląda sytuacja z perspektywy jednorazowej wizyty. W rzeczywistości sytuacja nie jest tak klorowa. Przede wszystkim w dużych favelach wciąż istnieją ogniska zapalne i co jakiś czas w gazetach pojawia się notka, iż doszło do próby odbicia jakiejś części faveli. Policjanci co jakiś czas odnajdują magazyny broni. Zatem życie mieszkańców nie powróciło wciąż do normy i zdarza się, że w powietrzu świszczą kule.

W mniejszych favelach problem jest inny. Wyobraźmy sobie stok wzgórza gęsto zabudowany cegalnymi chatkami. Nie istnieją ulice, włyłącznie wąskie ścieżki o sporym nachyleniu. Nikt jednak samochodem tu nie wjedzie. Pieszy zaś ma do wyboru jedną, bądź dwie drogi prowadzące na wzgórze. Policja ztem doszła do wniosku, iż w wypadku takich favel jej obecność wewnątrz jest niepotrzebna. Wystarczy ustawić uzbrojone patrole przy wejściu i kontrolować podejrzanych. Niestety szeregowi policjanci brazylijscy są podatni na korupcje i po pewnym czasie, przy zastosowaniu tego rozwiązania, w favelach pojawia się na nowo broń i narkotyki. Tym samym sytuacja wraca do stanu poprzedniego. Jedyne co się zmienia, to fakt, iż prefektura twierdzi, że opisywana favela jest spacyfikowana i bezpieczna.

Niemniej jednak, przy odrobinie dobrej woli prwdopodobnie stan spacyfikowania rozwiąże na jakiś czas część problemów, które rodzi handel narkotykami. Został on bowiem co najmniej niezwykle utrudniony. Co więcej nie ma obecnie politycznego przyzwolenia.

Igrzyska Olimpijskie i mecze mistrzostw świata w piłce nożnej odbędą się zapewne bez przeszkód, a świat zapamięta obie imprezy jako wyjątkowe, kolorowe, z fantastyczną atmosferą. O tym możemy być niemal przekonani. Mieszkańcy Rio drżą myśląc o dniu, kiedy zgasną reflektory sportowych aren., gdy rozbrzmi hymn narodowy ostniego z dekorowanych zwycięzców. Wtedy bowiem, miasto przestanie mieć potrzebę utrzymaywania sztucznego stanu pacyfikacji. Pytanie, które się rodzi obecnie, to czy Rio de Janeiro wykorzysta dziejową szansę, na włączenie przestrzeni faveli w struktury społeczne miasta. Czy uda się uczynić z favelados pełnoprawnych obywateli Rio de Janeiro. Są to bowiem warunki sine qua non stworzenia normalnych stosunków społecznych w mieście, a co za tym idzie rozwiązanie większości z toczących miasto problemów. Nie odbędzie się to rzecz jasna bez walki z korupcją i bez woli politycznej, niemniej jednak, podstawowym zadaniem stojącym przed mieszkańcami jest zjednoczenie społeczne dwóch, odległych obecnie, światów. Jeżeli ten warunek nie zostanie spełniony, Rio de Janeiro wróci do stanu sprzed 2009 roku i tym samym ograniczy własny rozwój i zepchnie się do ligii metropolii przypomniających bardziej trzeci świat, aniżeli wielkie centrum cywilizacyjne, do miana którego aspiruje.

P

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.