Potosi

Posted by Admin on Maj 17, 2011 in Kategoria główna |

Legenda głosi, iż gnany rządzą bogactwa inkaski władca Huayana Capac przybył pewnego dnia do stóp góry znanej dziś jako Cierro Rico. Kiedy rozkazał swym poddanym eksploatację srebra nastąpiła gigantyczna eksplozja, a góra przesunęła się. Spod ziemi zaś dobiegł głos, który w języku cierro ricoQuechua oznajmił: „Bogactwo tej góry nie jest dla ciebie, ono jest przeznaczone dla innego Pana”. Imperator przerażony zdarzeniem, powrócił do swej stolicy z pustymi rękoma. Wiedza o srebrze kryjącym się w górze zaginęła, a z owej przygody pozostała tylko nazwa Potosi, która w języku inków oznacza „huk”.

Pewnej zimnej nocy roku 1545 pasterz imieniem Diego Huallapa niecierpliwie liczył swoje lamy. Kolejne, powtarzane beznadziejnie próby nie dawały satysfakcjonującego rezultatu. Diego zdał sobie sprawę, że jedna z jego lam zaginęła gdzieś na stokach góry, u której stóp leżał jego dom w wiosce o dziwacznej nazwie Potosi. Pasterz kląwszy w duchu stratę, która opóźniała, lub nawet niweczyła jego powrót do domu, wyruszył na poszukiwania. Żmudnie przemierzał ścieżki wokół niezbyt stromych stoków góry, aż w końcu odnalazł swą zgubę. Było jednak już zbyt późno by wracać do domu. Zmęczony i znużony, postanowił przenocować tu gdzie stał. Rozpalił zatem ognisko i zapadł w sen. Nad ranem odkrył, iż pod przepalonymi polanami coś się skrzy. Było to srebro, które pod wpływem ognia roztopiło się i wypłynęło na powierzchnię.

O swoim odkryciu Diego powiedział „tylko” bratu. Brat zaś o ogromnym bogactwie jakie kryje góra powiedział „tylko”… komuś i tak pocztą pantoflową informacja dotarła do Hiszpanów. Ci, niewiele się zastanawiając pod dowództwem kapitana Juana de Villarrroel w imię Boga Przenajświętszego i Jaśnie Oświeconego Króla Hiszpanii, wzięli w posiadanie korony górę, którą nazwali Cierro Rico,_DSC0048 czyli w dosłownym tłumaczeniu bogaty szczyt. Tak rozpoczęła się fenomenalna historia, jednego z najważniejszych w historii cywilizacji miast świata- boliwijskiego Potosi.

W 1570 roku, zaledwie dwadzieścia pięć lat po utworzeniu, miasto osiągnęło liczbę pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców. Początkowo, miało wyłącznie status osady górniczej, zależnej od położonego sto pięćdziesiąt kilometrów na północ La Plata (obecnie Sucre). Jednak już w 1561 roku, władający w imieniu Katolickiego Króla Hiszpanii Filipa II nad terenami od dzisiejszej Kolumbii, aż po przylądek Horn, Wicekról Peru, Hrabia Nieva, Diego López de Zúñiga y Velasco, nadał Potosi prawa miejskie.

Intensywna eksploatacja i nieprzebrane bogactwo góry sprawiło, iż w 1625 roku, Potosi miało już sto sześćdziesisiąt tysięcy mieszkańców. W tym samym czasie, miasta takie jak Londyn, Paryż, Rzym, czy Sewilla liczyły sobie pomiędzy dwadzieścia a trzydzieści tysięcy obywateli. Stolica srebra wicekrólestwa La Platy stała się największym miastem na świecie, perłą w koronie Katolickich królów Hiszpanii. Połowa srebra, jakie w czasach kolonialnych Hiszpanie wywieźli z Ameryki Południowej pochodziła z jednej, jedynej góry, zwanej Cierro Rico.

Skala bogactwa tego skrawka ziemi była kolosalna. W siedemnastym wieku jeden z hiszpańskich galeonów Nuestra Señora de Atocha, wiozący około miliona srebrnych monet oraz 20 ton srebra w sztabach, pochodzących wyłącznie z Potosi, zaginął bez śladu. Intensywne poszukiwania spełzły na niczym. Dopiero w XX w. Zlokalizowano wrak u wybrzeży Florydy. Ekspedycja, która postawiła sobie za cel podniesienie z dna Atlantyku hiszpańskiego statku, dokonała tego w połowie lat osiemdziesiątych. Skarb przewożony w ładowniach galeonu przetransportowano do muzeum w Key West, gdzie specjaliści rozpoczęli szacowanie wartości. Srebro zważono i na podstawie aktualnego kursu kruszcu, skarb wyceniono na około pięćset milionów dolarów. Zawartość ładowni jednego galeonu warta była pół miliarda dolarów! A takie statki wychodziły z portów Ameryki Południowej jeden za drugim. Wystarczy stwierdzić, że za czasów wicekrólestwa, czyli pomiędzy 1545 a 1824 rokiem ze stoków Cierro Rico Hiszpanie wydobyli ilość srebra wystarczającą dla fizycznego zbudowania mostu z kruszcu, który połączyłby Potosi z Madrytem i jeszcze pozostałoby wystarczająco dużo tego drogocennego metalu, aby było co tym mostem wozić. Skala tych przykładów jest wprost niewyobrażalna! Tyle srebra dała w swej historii jedna tylko góra i daje do dzisiaj, choć już znacznie mniej.

Tekst na temat zaginionej floty skarbów płynącej ze srebrem z Potosi

_DSC0058

Sława Potosi obiegła świat. Miejscowa mennica biła monety dla państw leżących na odleglejszych rubieżach ówczesnego świata. Bogactwo stało się przsłowiowe. Cervantes w swoim Don Kichot stwierdza „warte Potosi”, co oznaczało, iż opisywana rzecz warta była fortunę. Powiedzenie weszło na stałę do języka hiszpańskiego i używane jest po dziś dzień.

Pod koniec XVI wieku w mieście było już około ośmiuset profesjonalnych oszustów trudniących się hazardem i sto dwadzieścia sławnych prostytutek. Wszyscy oni wypełniali błyszczące salony bogatych posiadaczy kopalni. W 1608 roku święto Najświętszego Sakramentu, przez sześć dni wystawiano komedie i przez sześć nocy wydawano bale maskowe, osiem dni trwały zorganizowane walki z bykami, trzy kolejne tzw. saraos, czyli nocne imprezy z muzyką i tańcem na ulicach miasta pod gołym niebem, i jeszcze dwa dni turniei. W całości ze srebra budowano ołtarze kościołów i figurki cherubinków, które noszono w procesjach. W domach potentatów górniczych były wszystkie _DSC0057rodzaje perfum, biżuterii, porcelany i dekoracji. Mówiło się ówcześnie, iż w Potosi nawet konie podkute były srebrem. Miasto u stóp Cierro Rico pławiło się w dostatku i rozpuście.

Hiszpanie mieszkający w mieście cieszyli się ogromnym bogactwem. Na początku XVII wieku w Potosi było trzydzieści sześć niewyobrażalnie ozdobionych kościołów, tyle samo kasyn i czternaście szkół tańca. Były tam liczne sale taneczne, teatry i miejsca na imprezy ozdabiane bogatymi dywanami, zasłonami i ubraniami, które wszystkie bez wyjątku wychodziły spod ręki złotnika. Z balkonów domów wisiały kolorowe materiały i szpady wykonane ze złota i srebra.

Niemniej nad miastem wisiała pewna klątwa. Wszystkie białe dzieci w Potosi umierały w wieku niemowlęcym. Dopiero po wielu latach, jedna z żon magnatów namówiła swego męża do sprzedaży majątku i przeprowadzki do Sucre. Tam urodziło się pierwsze białe dziecko poczęte w Potosi. Po kilku latach, rodzina przeprowadziła się z powrotem do miasta leżącego u stóp Cierro Rico. I tak wraz z pojawieniem się pierwszego kreola, klątwa przeminęła.

W czasie gdy, Hiszpanie pławili się w bogactwie, rdzenna ludność cierpiała wyzysk. Już za czasów inkaskich ich status ograniczał się do bycia niewolnikami. Wraz z przybyciem białych zmienił się nie tylko Pan ale i rodzaj wykonywanej służby. Słabych Indian zagoniono do kopalń. Wicekról Francisco de Toledo wprowadził specjalny reżim pracy, zwany mita. Każdy indianin wdrożony do nowego systemu, pracował szesnaście godzin dziennie kopiąc tunele i ręcznie wydobywając metale z Cierro Rico. W tych okolicznościach nikt nie dbał o bezpieczeństwo pracy. Nieludzkie warunki i częste wypadki doprowadzały do licznych buntów. Każdy z nich był jednak krwawo tłumiony. Ocenia się, że w latach 1545- 1625 zginęło co najmniej piętnaście tysięcy indian związanych z wydobyciem srebra w Potosi.

_DSC0037

Ze względu na małą wydajność pracy indian, kolonizatorzy poprosili króla na zgodę na przywóz tysiąca pięciuset do dwóch tysięcy czarnych z Afryki. Zgodę otrzymali i tym sposobem w okresie kolonialnym do Potosi sprowadzono około trzydziestu tysięcy niewolników. W pewnym momencie było ich tak wielu, że spowodowało to inflację ich wartości. Byli oni używani jako ludzkie muły, gdyż wartość czarnego była niższa aniżeli osła.

Wydobycie i produkcja srebra osiągnęły swój szczyt około 1650 roku. W tym momencie żyła w Cierro Rico poczęła się wyczerpywać. Miasto przestało się rozwijać i zaczął się regres. Na nieszczęście, w 1719 roku w Potosi wybuchła epidemia tyfusa, która zabiła około dwadzieścia dwa tysiące obywateli. Wielu innych na zawsze zaś opuściło miasto. W 1750 roku populacja miasta spadła do siedemdziesięciu tysięcy, a trzydzieści lat później do trzydziestu pięciu tysięcy. W 1776 roku, Potosi zostało częścią nowo utworzonego wicekrólestwa La Platy. Srebro przestano wysyłać do Hiszpani z portu w Arica. Zaczęto wozić je do odległego o pięćdziesiąt pięć dni drogi na koniu Buenos Aires. Transport stał się kosztowny i ryzykowny. Kolejny czynnik wpłynął na regres miasta. W przededniu wybuch ruchów niepodległościowych w Ameryce Południowej Potosi liczyło sobie zaledwie osiem tysięcy dusz. Miniona chwała, bogactwo i status stały się odległą historią. Miasto poczęło pogrążać się w zapomnieniu i biedzie.

_DSC0066

Tym co uratowało Potosi przed zamienieniem się w stertę gruzów okazała się cyna. Cierro Rico było zasobne nie tylko w srebro. W swoich stokach posiada wiele innych metali. W połowie dziewiętnastego wieku rozpoczęto eksploatację właśnie cyny, do której Hiszpanie nigdy nie przywiązywali wagi. Niestety nadprodukcja tego metalu w latach dwudziestych dwudziestego wieku doprowadziła do znacznego spadku cen na międzynarodowych rynkach. Sprawiło to, iż Potosi na powrót pogrążyło się w biedzie.

* * *

Później Potosi stało się ofiarą burzliwej historii boliwijskiej republiki. Kolejne rządy, które to na przemian tworzyły się po demokratycznych wyborach, juntach i rewolucja przynosiły niezliczone koncepcje ekonomiczne. Zasoby naturalne kraju raz to prywatyzowano, ażeby później znacjonalizować i po kilku latach sprzedać za bezcen. Obecny rząd, kierowany przez nijakiego „Evo”, byłego hodowcę koki, ponownie znacjonalizował znaczną część bogactw naturalnych Boliwii (paradoksalnie Boliwia to najzasobniejszy w minerały kraj, który jednocześnie jest najbiedniejszym wedle wszelkich dostępnych wskaźników). Przemilczając już głupotę takiego posunięcia, trzeba dodać jeszcze, iż po znacjonalizowaniu Cierro Rico i jego kopalni (a w zasadzie dziesiątek, jeżeli nie setek kilometrów podziemnych tunelów) państwo, jako nowy właściciel nie zrobiło po prostu nic. Górnicy nie mogli wejść do tuneli, gdyż, te nie należały do nich. Nie pojawił się także nikt kto stwierdziłby, jak dalej będzie przebiegać praca. Jednym słowem pat.

_DSC0004

Górnicy zaczęłi się zatem łączyć w tzw. coopertivas. Najprościej wytłumaczyć czym jest ten podmiot gospodarczy, określając to grupą kilkunastu osób, które negocjują z rządem wydzierżawienie określonych tuneli na własne potrzeby. Z wydobytych z góry na własną rękę metali muszą odprowadzić do kasy państwowej symboliczny podatek. Z resztą robią co chcą. Państwo nie zapewnia im żadnych świadczeń, ani ubezpieczeń, ani emerytury. De facto zatem w znacjonalizowanych kopalniach mamy do czynienia z ponowną prywatyzacją. Taki to już boliwijski paradoks.

Góra w zasadniczej mierze wyczerpała już swoje możliwości. Wciąż można w niej jednak jeszcze znaleźć żyły srebra i innych cennych metali. Zatem garstka ludzi, którym w życiu nie pozostało nic innego decyduje się na wejście w ciasne tunele i pracę w nieludzkich warunkach. Zazwyczaj tutejsi górnicy żyją około pięćdziesięciu- pięćdziesięciu pięciu lat. Umierają na choroby płuc i pozostawiają_DSC0007 swoje rodziny bez środków do życia. Metale wydobywają przy pomocy kilofów, ładują je następnie na wózki ciągnięte przez czterech mężczyzn po stalowych, nierównych torach. Praca w kopalniach Potosi jest czymś niewyobrażalnym.

* * *

Skąd to wiemy. Ano, kilka lat temu, Potosi zaczęło być coraz atrakcyjniejsze dla przybyszów z zagranicy. Połączeni w cooperativas górnicy wpadli na pomysł opowiedzenia historii góry i zaproszenia białe, europejskie twarze do środka królestwa ich wójka. Stąd też będąc w mieście bez najmniejszego problemu udało się zorganizować wizytę w odchłanii Cierro Rico.

Rano zjawiamy się przed biurem podróży. Przyjeżdża po nas stary wan, w nim dwoje przewodników dzieli wszystkich od razu na dwie grupy. Jedną anglojęzyczną, której z wielu względów unikamy jak ognia i drugą hispanojęzyczną, w której szczęśliwie mamy szansę się znaleźć. Naszym przewodnikiem będzie młody górnik, od urodzenia władający także językiem quechua, którym w tunelach kopalni posługują się górnicy. Julio bo tak się nazywa, najpierw zabiera nas z pięknego kolonialnego centrum, na obrzeża miasta, jakieś dwieście metrów wyżej, w miejsce zwane mercado minero. Oblicze miasta zmienia się tu momentalnie. Brukowane uliczki zajmuje _DSC0017dziurawy asfalt, a na brzegach ulic stare indiańskie kobiety przy prowizorycznych straganach sprzedają rzeczy, których definiować nawet nie będę usiłował.

Wchodzimy do malutkiego sklepiku mieszczącego się połowicznie w suterenie (jako, że nachylenie ulicy przekracza chyba trzydzieści stopni). Tam stara bezzębna Boliwijka wyposaża co rano idących górników we wszystko, co w kopalni będzie im w ciągu dnia potrzebne. Brak tam jedzenia, podłogę dominują dwa ogromne niebieskie wory wypełnione liśćmi koki. To dzięki nim górnicy są w stanie pracować. Julio zaczyna tłumaczyć nam ich rolę. Dla miejscowych roślina ta ma wielorakie znaczenie. Ich przodkowie, kokę czcili jako świętą roślinę. Na przestrzeni wieków używano jej w celach leczniczych. Zawsze towarzyszy ludziom pracy. Eliminuje bowiem znużenie, efekt pracy na dużej wysokości, daje energię, pozbawia głodu, co w efekcie eliminuje także konieczność załatwiania czysto fizjologicznych potrzeb, co w tunelach kopalni ma swoje znaczenie. Jednym słowem koka jest immanentnym elementem życia Boliwijczyków, a szczególnie górników z Potosi.

Po tym wykładzie wszyscy kupujemy jedną onze (obfita siateczka) i ładujemy pierwsze trzy niewielkie garści za zęby, wypełniając polik. Po nasączeniu śliną i częściowym przeżuciu, Julio częstuje na alkaidem (najczęściej używany w postaci dwuwęglanu sodu), który służy jako katalizator procesów zachodzących w naszych ustach. Przyspiesza wydzielanie wszelkich substancji zawartych w liściach. A substancji tych jest niesamowita ilość. W stu gramach suchych liści znajduje się: 20 mg azotu, 3,5 mg tłuszczy, 50 mg węglowodanów, 9,50 mg beta karotenu, 2,70 mg alfa karotenu, 6,50 mg witaminy C, 40 mg witaminy E, 0,70 witaminy B1, o,80 witaminy B2, 8,30 _DSC0036mg niacyny, 997 mg wapnia, 412 mg fosforu, 1790 mg potasu, 300 mg magnezu, 39 mg sodu, 17 mg aluminium, 136 mg żelaza, 6 mg boru, 12 mg strontu, 6 mg baru, 6,5 mg boru, 1,20 mg miedzi, 2,2 mg cynku, 0,12 mg chromu i 9,15 mg manganu.

Po kilku minutach żucia zaczynamy czuć, iż nasze języki i usta są sparaliżowane. To znak, że koka działa. Julio jest już spokojniejszy. Wie, że znajdująca się na 4300 m n.p.m. kopalnia i spacery po niej to nie przelewki. Dzięki koce, organizmy nieprzyzwyczajonych przybyszów, będą znosić specyficzne warunki znacznie lepiej.

Pełni energii przechodzimy do budynku po przeciwległej stronie ulicy. Tam znajduje się jedna z siedzib cooperativa dostajemy wysokie kalosze, ortalionowe płaszcze i spodnie. Ponadto kaski i czołowe latarki zasilane ogromnymi bateriami , które wiążemy gumowymi pasami na naszych pasach. Chowamy, gdzieś w czeluściach osobliwych uniformów kokę i jakiś napój i wracamy na ulicę. Robimy jeszcze kilka zdjęć z wyrastającym za wznoszącą się bezlitośnie w górę drogą, Cierro Rico i wracamy do wana.

Załadowany wyglądającymi jak górnicy turystami, stary wan wspina się męcząc się okrutnie po stokach porytej kopalnianymi zmarszczkami starej góry. Jej wysokość przez eksploatacje materiałów zmniejszyła się o kilkaset metrów. Pierwsze ryciny przedstawiają ją jako całkiem stromą. Dzisiaj przypomina bardziej leniwą rozlaną w swych fundamentach piramidę. Wjeżdżamy na wysokość ponad 4300 m n.p.m.. Tu rozładowujemy się z samochodu. Z jednej strony rozciąga się przed naszymi oczyma zapierający dech w piersiach widok surowej ziemi i ulokowanej w małej dolince osady ludzkiej, która niegdyś była największym i jednym z najwspanialszych miast świata- sławnego Potosi. Za plecami zaś małe budyneczki, z których korzystają górnicy ulokowane na stoku wspinającej się jeszcze jakieś trzysta metrów w górę żółtej góry.

_DSC0018

Julio udziela nam ostatnich instrukcji. Po pierwsze idziemy gęsiego. Z resztą jak się wkrótce okaże innej możliwość fizycznie nie istnieje. Po drugie, pierwsza osoba wydaje komendy, a każda następna przekazuje ją osobie idącej za nią. Najważniejsza z nich, używana od wieków przez górników to hasło guarda- oznaczające nie mniej, ni więcej iż należy się chylić, gdyż strop tunelu znacznie się obniża. Często widzi to tylko pierwsza osoba, gdyż każda kolejna obserwuje co najwyżej lędźwie i cztery litery poprzedzającego osobnika. Kolejne ważne kwestie to, iż spacerujemy środkiem i tylko na wyraźne hasło schodzimy na prawą, czy lewą stronę. Skąd to przykazanie- wkrótce się okaże.

Wchodzimy do tunelu o stropie na wysokości jakiś stu osiemdziesięciu centymetrów. Początkowo idzie się całkiem normalnie. Oczywiście klaustrofobiczna atmosfera miejsca wywołuje określone reakcje. Już przy pierwszym postoju rozbawiony Julio pyta, czy ktoś umarł, gdyż mamy miny, jak gdybyśmy znajdowali się na pogrzebie. Co chwile przystajemy, gdyż przewodnik oświetlając ściany, pokazuje nam różnokolorowe nacieki, stanowiące żyły konkretnych minerałów. Niemniej wchodzimy coraz głębiej i głębiej. Wkrótce pojedyncze guarda zamieniają się w jedną niekończącą się guardę. Idziemy niemal na kuckach brodząc w wodzie sięgającej kostek. Po jakimś czasie zaczynają się pierwsze skrzyżowania tuneli. Zdaję sobie sprawę, że w tej chwili powrót do miejsca wyjścia byłby już dla mnie niemożliwy. Znaleźliśmy się w labiryncie. Pytam, czy istnieją mapy tego systemu. Julio zaprzecza, stwierdza, że byłoby to bezużyteczne wciąż bowiem zamyka się się stare tunele, a niektóre przywraca do użytkowania. Nie nadążyliby z aktualizowaniem planów. Każdy z nich poza tym system tuneli ma zakodowany w głowie. Mogliby prawdopodobnie poruszać się po nich pozbawieni światła.

_DSC0022

Po pewnym czasie padają pierwsze komendy nakazujące marsz po określonej stronie. W tunelu pojawiają się bowiem kilku dziesięcio metrowe dziury. To miejsca pracy określonych górników. Co jakiś czas przystajemy. Julio oświadcza- tu pracuje senior Carlos. Kopie w tym miejscu od kilku miesięcy. Trafił na żyłę srebra, niestety, niezbyt czystą. Ile metrów ma dziura? Sześćdziesiąt- odpowiada przewodnik i po chwili dodaje- więc raczej uważajcie. Ciekawe, czy mają tu jakieś normy BHP- ironicznie zadaje sobie głupie pytanie w myślach.

Skręcamy do bocznego tunelu. Tu nie ma szyn. Z resztą mały wagonik nie zmieściłby się. Idziemy bowiem na kolanach. W zasadzie przeciskamy się. Co gorsza idziemy odrobinę pod górę, więc płuca zaczynają dość brutalnie przypominając o brakującym coraz bardziej w rzadkim powietrzu tlenie. Dochodzimy do większej groty. Tu chwila odpoczynku, pakuję do ust sporą garść koki, zasypuje ją katalizatorem i mogę iść dalej. Teraz musimy wspiąć się po jakiejś diabelnej, nie wiadomo ile stojącej tu drabinie. Wchodzimy nią w korytarz, w którym są tory, ale już po chwili zbaczamy, aby ześlizgiwać się po skale w dół jakiegoś diabelskiej dziury, na której dnie czart wie, co jest. Przywołuje tu imię pana podziemi nieprzypadkowo. Górnicy bowiem to wedle definicji sataniści.

Boliwia to kraj katolicki, być może jeden z najbardziej katolickich na _DSC0033ogarniętym przez sekty kontynencie południowo amerykańskim. Górnicy z Potosi to też katolicy. Lecz po zniknięciu światła dziennego, imienia stworzyciela, jego syna i ducha świętego nie wypowiada się. Tu prośby zanosi się do tio, czyli wujka. Imieniem tym zwie się szatana, którego czczą dochowując wielosetletniej tradycji obrządku. Julio zaprowadził nas do małej groty, w której siedzi ludzkich rozmiarów, figura władcy piekieł. Nie wygląda bardzo przerażająco, jedyne co naprawdę osobliwe, co zwróciło mą uwagę, to jego wiek (ponad trzysta lat) i wyrastające z nóg czarne włosy… Julio zaczął swoją opowieść. Wyjaśnił podstawy, stwierdził, że skoro jesteśmy pod ziemią, to tu rządzi diabeł, drugim bogiem jest tu pachamama, czyli matka ziemia. To oni wspólnie tworzą metale, które górnicy żmudnie z ziemi wyciągają.

Julio zająwszy miejsce koło wujka, wyciągną nieco koki, którą następnie wepchną swojemu opiekunowi do ust. Później wyciągnął papierosa zapalił i jego również umieścił w ustach czarnej figury o przeszywającym wprost spojrzeniu. Kolejnym krokiem było wyciągnięcie dziwięćdziesięcio sześsio procentowego alkoholu, którym oblał diabła, a następnie się sam uraczył i poczęstował nieco zszokowanych turystów. Kokę umieścił w jego ustach z prostego powodu- to po prostu część kultury, każdy ją żuje. Ma ona znaczenie od religijnego do zupełnie prozaicznego. Papieros, bo wujek lubi palić, ale też dlatego, że górnicy boją się toksycznych gazów zawartych w skalnych szczelinach, które mogą przypadkowo otworzyć uderzeniem kilofa. Dym papierosowy ma je rozpraszać. Czysty alkohol, bo wujek lubi pić, a czysty, gdyż tylko wtedy wujek stworzy czyste, niezanieczyszczone srebro. Później Julio rozsypał trochę koki na ziemię. To dla pachamama. W ten sposób uczcił bogów podziemi w nadziei na szczęście i bezpieczeństwo. A z bogami tymi igrać nie wolno.

Raz pewien górnik obiecał diabłu córkę w zamian za odkrycie żyły srebra. Przyprowadził nieszczęsną i zanim się obejrzał, ta zniknęła. Ratownicy szukali jej trzy dni. Na czele wyprawy stał ojciec. W końcu dotarli do miejsca, w którym spodziewali się ją znaleźć. Nie znaleźli tam ani dziewczyny, ani jej szczątków. Górnik jednak znalazł żyłę niemal czystego srebra. Zarobił miliony, wkrótce wyniósł się z Potosi. Zostawiła go jednak żona a rodzina odwróciła się od niego. W zgryzocie zmarł samotnie w Sucre.

Drugi górnik usłyszawszy tę historie obiecał wujowi dwie córki. Gdy pierwsza zaginęła w tunelach kopalni, żona kategorycznie zabroniła mu zabierania tam drugiej. Gdy ten zrezygnowany sam pojawił się u wrót tunelu, reszta górników z jego cooperativa zastąpiła wejście i zabroniła mu wejścia. Jesteś coś winny diabłu, jeżeli tam wejdziesz z pustymi rękoma zginiesz nie tylko ty, ale narazisz też nas. Nie wolno ci tu nigdy wracać- stwierdzili koledzy. Człowiek ten już nigdy nie zszedł pod ziemie. Zmarł w biedzie nie mając środków do utrzymania siebie i rodziny.

Historii jest tak wiele jak współcześnie drążących wnętrzności góry górników. Jedne oryginalne, inne po prostu smutne. Łączy je kilka faktów. Wszyscy są biedni. Trafienie nawet na żyłę czystego niemal srebra nie gwarantuje jeszcze fortuny. Cena kilograma tego kruszcu na lokalnym rynku porównywalna jest z ceną cieniutkiego jak pajęcza nić łańcuszka komunijnego. Kolejną cechą wspólną jest nieunikniona choroba płuc i wczesna śmierć. Nie dożyją dalej aniżeli pięćdziesiąty piąty rok ich życia. Z ważywszy na fakt, iż większość z nich rozpoczyna swą pracę mając piętnaście- szesnaście lat, ich drogi oddechowe przestaną funkcjonować jeszcze wcześniej.

*      *      *

Niemniej współczesne Potosi to już nie tylko miasteczko górnicze leżące w cieniu życiodajnej góry. To stolica departamentu (nasze województwo) i przede wszystkim rozwijający się ośrodek turystyczny. Dzisiejsza Boliwia straciła już renomę raju dla eksploratorów, jakim cieszyła się jeszcze kilkanaście lat temu. Toporna maszyna turystyczna wjechała już do tego kraju. Za nią zaś pojawiła się infrastruktura i gigantyczny popyt na usługi. Jeżeli ktoś przyjeżdża do Boliwii, odwiedza Potosi. To stały punkt na szlaku turystycznym. Dzisiaj w mieście są już dziesiątki hosteli, agencji turystycznych, knajp i innych miejsc, których miejscowi nigdy nie odwiedzają. Ten element staje się nową dźwignią miejscowej ekonomii.

galeria zdjęć Potosi

_DSC0079

Należy przyznać, że odwiedzać jest coś. Pomimo iż z balkonów nie wiszą już srebrne szpady, pierwszy rzut oka na architekturę Potosi daje pewne wyobrażenie minionej świetności. Potosi nie przypomina Sucre, nie jest tak schludne i ascetyczne, co uzyskano malując pierwszą boliwijską stolicę na biało. Jest też mniej monumentalne. Ma za to niepowtarzalny charakter brukowanych wąziutkich uliczek zabudowanych kamienicami. Rzecz jasna przy kilku placach miasta stoją budowle zasługujące na miano pereł architektury swoich czasów. Przy placu głównym stoi okazałych rozmiarów katedra, której budowę rozpoczęto już w 1554 roku. Budynki konwentów Franciszkanów i Świętej Teresy to przykłady potęgi bogactwa kościoła katolickiego w XVI i XVII wieku. Wmieście znajduje się jeszcze kilka dość wyjątkowych kościołów zbudowanych w stylu barokowym a także piękna wieża dzwonnicza nieistniejącego już dzisiaj kościoła jezuitów. W budynku byłej mennicy znajduje się jedno z najważniejszych boliwijskich muzeów. Zebramo w nim najcenniejsze boliwijskie obrazy, wiele wyrobów ze srebra pochodzących z epoki świetności miasta (m.in. srebrne nocniki, czy szkatuły pancrne o niezwykle skomplikowanych zamkach), liczne minerały pochodzące zarówno z Cierro Rico, jak i z okolic oraz dość osobliwe dziecięce mumie znalezione w kryptach kościołów Potosi. Można wymienić jeszcze kilka przykładów. Nie partykularyzmy są jednak  tu najważniejsze. Niesamowitą atmosferę miasta tworzy bowiem cała zabudowa centrum. Świetnie zachowana dzielnica centralna pozwala przenieść się w czasie. Nie została ona zeszpecona niczym nowoczesnym. Dzięki temu została wpisana na Światową Listę Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

_DSC0136

Na koniec warto wspomnieć, że jeszcze jedna rzecz czyni Potosi miastem absolutnie wyjątkowym. Jest tym wysokość ponad czterech tysięcy metrów nad poziomem morza na jakiej jest położne. Czyni je to jednym z najwyżej położonych miast na świecie. Każdy odwiedzający szybko to odczuwa. Szczególnie, iż uliczki niejednokrotnie wspinają się pod górę. Spacery w tych okolicznościach mogą być niezwykle uciążliwe. W 2007 roku do miasta przyjechało brazylijskie Flamengo, aby rozegrać tu mecz w ramach Copa Libertadores (odpowiednik naszej ligi mistrzów). Po zremisowaniu meczu, klub wydał oświadczenie, które brzmiało następująco: Rozgrywanie zawodów sportowych na wysokości, której nie zaleca medycyna, czyni wysiłek fizyczny aktem barbarzyńskim, degraduje ludzką kondycję i obarcza ogromnym ryzykiem życie sportowców. Nie zakazanie rozgrywania zawodów w takich okolicznościach jest tym samym co tolerowanie dopingu.

Potosi z wielu względów jest miejscem wyjątkowym. Osobiście, muszę przyznać, że wydało mi się wprost magiczne. Zaklęta w ulicach historia, wyrastająca nad nim góra, która wydała z siebie niewyobrażalną wprost ilość bogactwa, mieszkańcy, jedzenie, wysokość i pewno inne jeszcze, nieuchwytne zupełnie elementy uczyniły pobyt w tym niezwykłym miejscu czymś absolutnie wyjątkowym.

PiK

Tagi: , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.