Pewnego razu w Ameryce, czyli czy to tak było czy nie było

Posted by Admin on Sie 29, 2011 in Kategoria główna |

Życie w odbycie, czyli pamiętnik gówna

Leopold Tyrmand

Wielka Brunatna Rzeka -Zdziwienie wizowe – Pycha – Co robić? – Początek tułaczki

Dawno, dawno temu za siedmioma morzami i siedmioma górami, w krainie zwanej Beni, wraz z przyjacielem podróżowaliśmy w dół Wielkiej Brunatnej Rzeki. Wielka Brunatna Rzeka, jak sama nazwa wskazuje, jest okazałych rozmiarów. Rzeki mają to do siebie, że im większe i starsze w swym biegu, tym stają się leniwsze i kapryśniejsze. Niczym stary wyliniały kocur, wolą poleżeć i nigdzie się nie śpieszą, a już z całą pewnością stronią od sportu i przemęczania się jako takiego. Taka też była nasza Wielka Brunatna Rzeka. Nie tylko powolnie wlekła się w dół swego koryta. Była także kapryśna i obniżyła swe wody wyjątkowo, nawet jak na suchą porę, w której to przyszło nam, po jej brązowawym lustrze zmierzać w dal. To, rzecz jasna, naszej podróży w żaden sposób nie przyśpieszało. Wprost przeciwnie, nasza błękitna barka, o uroczej nazwie „Lolita” w sposób dość frustrujący, musiała się zmagać z humorami Wielkiej Brunatnej.

Nie płynęliśmy nocami, co narażało nas na wściekłe ataki niezliczonych chmar owadów, w tym, oczywiście, komarów, dla których przeszkody, w ukłuciu powodującym nieznośne swędzenie, nie stanowi nawet koszulka oraz małe, natrętne, niezwykle boleśnie kąsające i pozostawiające swędzące rany na długie dnie, muszki. Te drugie, nieco opieszałe stawały się ofiarami sadystycznego rytuału, który wszedł nam w krew dość błyskawicznie, bo już po pierwszych ukąszeniach. Widok jednej z nich, rzecz jasna, jeszcze w obecności światła dziennego, powodował natychmiastowe przerwanie wszelkich czynności i rozpoczęcie polowania. Bronią było wszystko, co aktualnie znajdowało się pod ręką. Zabójstwo zaś, wywoływało w nas euforię porównywalną z emocjami towarzyszącymi kibicowi reprezentacji Polski, która właśnie strzela decydującego gola w dziewięćdziesiątej minucie meczu z Niemcami w trakcie mistrzostw świata w piłce nożnej.

Ponad to, często spotykane płycizny, znacząco zwalniały nasz rejs także w trakcie dni. Każda napotkana mielizna musiała być uprzednio badana za pomocą małej łódeczki z motorem, spuszczanej z pokładu „Lolity”. Dopiero później mogliśmy, w ślimaczym tempie, przemykać się, po w miarę bezpiecznych wodach.

Wszystko to, w każdym bądź razie, powodowało, że czasu było wiele. Dni upływały nam względnie sielankowo, niemniej, odrobina rozrywki, jakiejkolwiek natury, była dobrem deficytowym w owym czasie. Zajmowaliśmy się zatem wszystkim, czym się tylko dało, co by zabić trochę czasu. Jednym ze sposobów było prowadzenie długich dyskusji sprowadzających się do zupełnie jałowych gdybań.

Pewnego jednak razu, taka, zdawałoby się zupełnie bezowocna dyskusja wyrzuciła nas na dość płytkie rafy rzeczywistości i związanych z nią problemów, które nie dotyczyły, jak to zazwyczaj bywało, jakiś odległych i zupełnie teoretycznych w naszej jaźni, kwestii lecz jak najbardziej nas samych i naszej najbliższej przyszłości.

Padło bowiem bardzo zasadne pytanie, dotyczące ważności naszych wiz w państwie Beni. Jako że, w Beni nie byliśmy po raz pierwszy, nie przywiązywaliśmy do  tej kwestii zbyt dużej wagi. Przekonani byliśmy bowiem, że jak zawsze, wbito do naszych paszportów wizę dziewięćdziesięcio dniową. Tymczasem, z braku laku, nudy i ogólnie z chęci ruszenia się, wygrzebaliśmy nasze czerwone dokumenty podróży z plecaków i bardzo niemile się zaskoczyliśmy. Wiza opiewała na trzydzieści dni i co było najmniej w tym zabawne, przeterminowała się kilka dni wcześniej. Zasępiliśmy się nad owym problem, lecz jak już wspomniałem, znajdowaliśmy się gdzieś poza światem, który obejmują mapy, na brązowym lustrze wstęgi Wielkiej Brunatnej Rzeki i na ową chwilę, po za klęciem i zasadniczym okazywaniem frustracji, a to na swoje gapiostwo, a to na humory beniniańskich celników, nie wiele mogliśmy z zastanym fantem zrobić.

amazonia

Ustaliliśmy jednak całkiem logiczny plan bojowy. Celem nieodległym, acz nie rychłym było państwo Inków. Nie śpieszyliśmy się jednak zbytnio, chcąc spędzić jeszcze trochę czasu w tropikalnych lasach północy Beni. Stąd też na nasz rejs wybraliśmy Wielką Brunatną Rzekę. Przebijała się ona przez dość dzikie zakątki. Oferowała bardzo „lokalne” przeżycia. Niemniej jednak, owy wybór, w naszej na nowo zdefiniowanej sytuacji okazał się dość niefortunny. Wielka Brunatna bowiem, wiła się po wschodnich regionach kraju i nijak, nie przybliżała nas do imperium inkaskiego.

Tymczasem ewakuacja z Beni, obecnie stawała się koniecznością. Zdawaliśmy sobie sprawę, że każdy dzień powyżej przekroczoną ilość dni, to konkretne pieniądze kary, którą wymierzą nam benińańscy granicznicy.

Celem naszego długiego rejsu było miasteczko Mirim – Guaya. Szczęśliwie się składało, że niczym śląski Cieszyn leżało ono na terytoriach dwóch państw. Dzieliła je granica wytyczona na wodach rzeki. I tak, na lewym brzegu Wielkiej Brunatnej znajdowało się miasteczko benińańskie, podczas gdy na prawym, swą jurysdykcję roztaczała Rondonia.

Uznaliśmy zatem, że najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie jak najrychlejsze udanie się do urzędu migracyjnego, opłacenie kary i ewakuacja do Rondonii. Zaraz, po tym, jak dobiliśmy do betonowego nabrzeża Mirim – Guaya, przystąpiliśmy do realizacji opracowanej zawczasu procedury.

Niestety Bieninianie nie słyną z zbytniej chęci do przepracowywania się i okazało się, że przypłynęliśmy nieco za późno. Toż była już pierwsza po południu, a urząd migracyjny w Mirimie pracuje wyłącznie do południa. Nie zdziwiło nas to zbytnio, wszak należy ludzi zrozumieć, cztery godziny w pracy to i tak szmat czasu, a przecież w domu czekają żony, kochanki, dzieci, obiad do zjedzenia i telewizor, który przecież sam się nie obejrzy. Trzeba oddać sprawiedliwość oficerom urzędu. Wszakże właśnie zaczynał się turniej Copa America. Jak tu pracować, gdy tak ważne święto piłkarskie ma swoje miejsce.

Copa América

Chcąc, czy nie, musieliśmy poczekać na dzień następny. Nazajutrz, wkroczyliśmy do biura i wytłumaczyliśmy naszą sytuację. Zrobiliśmy to raz, później drugi, kiedy to, co bystrzejsi zaczynali rozumieć naszą sytuację i w końcu trzeci, kiedy znużeni dwugodzinną już pracą, urzędnicy postanowili nie usiłować dalszej analizy naszych poczynań, lecz stwierdzić wyłącznie fakt, że spóźniliśmy się i trzeba nas za to policzyć. Wykłóciliśmy się jeszcze tylko co do sposobu liczenia dni. O dziwo, wynik owej dyskusji sprzyjał nam. Zresztą, może nie takie to jednak dziwne. Argumenty matematyczne białych ludzi przemawiają do mieszkańców Beni, podobnie jak te, które serwuje nam fizyk objaśniający zawiłości teorii względności Einsteina.

Zapłaciliśmy zatem, co było do zapłacenia, otrzymaliśmy świeżutkie pieczątki wyjazdowe i oddaliliśmy się ukontentowani, no może prawie ukontentowani, bo owszem wyjechaliśmy, ale jeszcze nigdzie nie wjechaliśmy. Znajdowaliśmy się oficjalnie nigdzie. Nie martwiło nas to jednak, bo wystarczyło przekroczyć na małej łódeczce rzekę i udać się do tamtejszego, rondońańskiego urzędu. Byliśmy na tyle zadowoleni i beztroscy, że upłynął nam tak wieczór, który spędziliśmy na ziemi Beni i potem jeszcze jeden dzień. Uznaliśmy bowiem, że nie mamy się gdzie śpieszyć, bo i z resztą po co. Przecież Rondońańczyków gówno obchodzi, kiedy wyjechaliśmy, ważne, że w papierach jest porządek, a jak coś, to się wymyśli jakąś sprawną historyjkę na poczekaniu. Na pewno kupią.

I owszem, historyjkę kupili. Zmyśliliśmy coś brzmiącego całkiem wiarygodnie i nie było najmniejszego z tym problemu. Problem pojawił się później. W urzędzie policji federalnej Rondonii zameldowaliśmy się rankiem dnia trzeciego, licząc od naszego przybycia. Przekroczyliśmy z naszymi tobołami Wielką Brunatną Rzekę, przewędrowaliśmy z siedem kwadr i znaleźliśmy się w białym budynku, gdzie grupa krajowców, różniących się zarówno twarzami jak i językiem od Beninian mieszała się z różnymi podejrzanymi indywiduami przybywającymi Bóg jeden wie skąd.

Wylądowaliśmy tam i my i po opowiedzeniu naszej historii związanej z nieco późniejszym przybyciem, przeurocza dziewczyna rozpoczęła z nami mini – wywiad.

– Macie żółte książeczki szczepień?

– Mamy, o tu są.

– A dokąd się wybieracie, jak długo zostaniecie?

– Jedziemy do imperium Inków, chcemy przejechać tę drogę przez Rondonię. Zabawimy tu jakieś dwa tygodnie.

Na to dziewczę odwróciło się w kierunku swojej koleżanki z pracy, której urody także odmówić nie można i spojrzało na nią porozumiewawczo.

– Jadą do Inkanii, przez Rondonię, przejadą przez nasze dwa miasta, zostaną dwa tygodnie.- Oznajmiła jakby czekając na potwierdzenie, czy z punktu widzenia nauki, jaką jest geografia, jest to możliwe. Śliczna koleżanka zamyśliła się na sekundę, po czym, bez wydawania z siebie żadnego dźwięku, wysunęła głowę z za monitora i z gracją oraz pewnością siebie, zdecydowanie kiwnęła głową. Otóż tak! Geografia pozwalała na takie rozwiązanie – nie zmyślaliśmy, szlak, o którym mówiliśmy, miasta, drogi i granica z Inkanią faktycznie istniały!

Przystąpiła zatem do analizy paszportu. Znajdowało się w nich coś, co szybko ją zafrasowało i oddaliła się, znikając za drzwiami jakiegoś pokoju, w czeluściach posterunku policji federalnej w Mirim – Guaya po stronie Rondoniańskiej.

My tymczasem, pewni swego, zaczęliśmy rozglądać się dookoła. Zwróciła naszą uwagę kobiecina, ubrana jak siostra zakonna, tyle że, pstrokato, kolorowo. Wyglądała niczym papuga wyrwana prosto z dżungli. Tłumaczono jej właśnie, że na pracę musi mieć pozwolenie i że nie może tak po prostu, bez wizy wjechać do Rondoni i rozpocząć działalność zarobkową. A ona na to, że jej Sensej, czy inny Tanaka ją zatrudnił i będą w lesie nauczać, czy tam borować dziury w drzewach. Sam już, dokładnie nie pamiętam. W każdym bądź razie, biedaczka, zupełnie szczerze stwierdzała, że na wizie turystycznej, chce podjąć pracę.

My, niestety gubieni pychą i próżnością, popatrzyliśmy tylko na siebie i bez wahania zaczęliśmy komentować jej głupotę. A to, uznawaliśmy, że jest tępa, że po co się przyznaje, że ludziom, to jednak się robi niezłe pranie mózgu w tych sektach i że w zasadzie dobrze jej tak, niech jej nie wpuszczają, jak jest na tyle głupia, żeby na granicy przyznawać się do jakiś dziwnych praktyk, zamiast po prostu powiedzieć, że przyjechała pozwiedzać. Ahh! Ugryzłbym się tysiąc razy w język w tej chwili, gdym wiedział, co właśnie dzieje się za drzwiami, pokoju, za którymi zniknęła nasza nieszczęsna urzędniczka. Pycha to jednak paskudny grzech…

A z za drzwi wyłonił się duży Rondonianin z blachą oficera policji federalnej. Podszedł do nas, oddał nam paszporty i stwierdził, że nie wjedziemy do ich pięknego kraju. My na to, zamrugaliśmy rzęsami, na ustach wykwitł nam uśmiech, znany pewno doskonale psychiatrom i z pomiędzy warg dobyło się krótkie << Co!? >>, pozbawione jeszcze w tej sytuacji, częstej swej towarzyszki, czyli kobiety bardzo lekkich obyczajów.

Wyjaśnił nam, że w bieżącym roku przyznano nam już wizę opiewającą na sto osiemdziesiąt dni do Rondonii i nie mogą nam przyznać następnej. Długa dyskusja nie wniosła już niczego. I ani fakt, że wyjechaliśmy z ich kraju na długo przed upływem pół roku i że w zasadzie to wjechaliśmy jeszcze w grudniu roku poprzedniego, nie zdała się na nic. Wyszliśmy z budynku i staliśmy tak jeszcze przez chwilę, jakby oczekując na pełne przetłumaczenie i przetworzenie informacji, które właśnie dotarły do naszych jaźni. Czuliśmy się jakby ktoś nam właśnie dał w mordy. Rondonię bowiem lubiliśmy bardzo i zawsze po pobycie w tym kraju dużo sobie obiecywaliśmy. Zresztą, co do tego, że do niej wrócimy nie mieliśmy najmniejszych wątpliwości i w zasadzie już wtedy planowaliśmy, nasz nieodległy w przyszłości, pobyt w tym kraju. Tymczasem taki niemiły wypadek nam się przydarzył.

Skądinąd, sam fakt naszej dalszej przyszłości, w tym momencie nie był aż tak ważny. To, co stanowiło realny problem znajdowało się w naszych paszportach. Oficjalnie wyjechaliśmy z Beni dwa dni wcześniej i do obecnego dnia nigdzie nie wjechaliśmy. Co więcej, nie mieliśmy gdzie wjechać, bo więcej granic w okolicy, Beni już nie posiada. Byliśmy więc skazani na powrót na drugi brzeg i ponowne udanie się do znajomego urzędu migracyjnego.

Tam sytuacja, zaczęła nabierać znanych już z Beni, dość absurdalnych kształtów. Po wytłumaczeniu naszego położenia, na twarze urzędników wstąpił grymas, który nazwać można „impasem”. W takich sytuacjach Beninianie przyjmują dość specyficzną postawę. Zdają się błagać los, aby nie kazał im zmagać się z owym problem, starając się ze wszech miar zepchnąć go na kogoś innego. Dlatego, jak tylko wytłumaczyliśmy im, że zdaje się nam, iż jedynym wyjściem w tej sytuacji, jest przekroczenie przez nas granicy z Inkanią, ich twarze rozpromieniały i zaczęli utwierdzać nas w tym, iż to doskonały pomysł.

My jednak, wciąż mieliśmy dwa problemy. Po pierwsze, czy możemy, tak bez żadnej wizy, z pieczątką wyjazdową wbitą do paszportu, tak po prostu, swobodnie sobie podróżować po kraju. Czy, jeżeli ktoś się tym bliżej zainteresuje, czy nie postanowi nas, na przykład, aresztować. Na to, padły zapewnienia, że nie, że wszystko jest w najlepszym porządku, że jesteśmy w tzw. „tranzycie”, że możemy i że jak najszybciej powinniśmy, że tam wszystko będzie w porządku, po prostu dopłacimy tylko, za te dni, które nam się obsunęły i tam, wszystko rozwiążą i przejedziemy do imperium Inków.

Tam, tzn. w Pando, czyli w mieście leżącym na styku granic Beni, Rondonii i Inkanii, tam właśnie mieliśmy przejść jeszcze jedną odprawę paszportową, gdzie, jak nas zapewniano, rozwiążą się nasze problemy z przedłużeniem czasu pobytu w kraju. Następnie mieliśmy przekroczyć granicę i mieć święty spokój. Tak to wyglądało w teorii graniczników z Mirim – Guaya. Niemniej, już pobieżna analiza mapy wskazywała, że istnieje jedynie przejście pomiędzy Beni a Rondonią i przez Rondonię do Inkanii, że najnormalniej w świecie, nawet nie ma drogi bezpośrednio łączącej, interesujące nas państwa. Stąd też wynikała nasza druga wątpliwość, która została od razu rozwiana. Powiedziano nam, że tak, że owszem, że jest, że nie ma problemu, że przejedziemy i w ogóle życie jest piękne a przejścia graniczne istnieją jedno obok drugiego, wyrastają jak grzyby po deszczu i że zaraz wprowadzimy teleportację i znikną wszelkie granice i zrealizuje się sen Marxa, Lenina i Trockiego. Cóż mogliśmy zrobić? Zdaliśmy się na ich opinię i poczęliśmy organizować wyprawę do Pando.

Autobus z Mirim – Guaya do Pando nie jeździ codziennie, co spowodowało, że nasz pobyt przedłużył się o kolejne dwadzieścia cztery godziny. Ponad to, nie ma asfaltowej drogi, więc podróż rozciąga się do kilkunastu godzin. Wszystko to musi odbywać się w dzień, gdyż po drodze przekracza się trzy rzeki, nad którymi nie przerzucono mostów. Oznacza to zatem, konieczność przebycia ich na pokładzie barki rzecznej. Te zaś, pływają wyłącznie za dnia, więc, wygodna podróż nocna, którą zazwyczaj przesypia się, w tym układzie nie wchodziła w grę.

Kupiliśmy bilety i któregoś tam z kolei dnia, o czwartej nad ranem, źli, zmęczeni i sfrustrowani już całą sytuacją, niewyspani i ogólnie, nie chętni stawiliśmy się na czymś, co autochtoni nazywają terminalem autobusowym. Załadowaliśmy się na pokład wielkiego, zawieszonego jakieś półtora metra nad ziemią potwora i wyruszyliśmy w kierunku oczekującej nas przygody, do której końca wciąż pozostawało jeszcze wiele czasu, kilometrów, siwych włosów na głowie, słów, eksplikacji, lasów, polnych dróg i innych urozmaicających życie gówien, które skutecznie potrafią zniechęć nawet największego pasjonata.

Uroki podróży po dżungli – Pando – nie wjedziecie do Rondonii! – Granicy brak

Drogi przecinające rubieże lasów deszczowych z drogami mają wspólną wyłącznie nazwę. Są to szutrowe trakty, kiedyś, w zamierzchłych czasach deptane stopami miejscowych Tutsi, które tak deptane przez pokolenia nabrały statusu ścieżek. Wkrótce ścieżki te, uznał nawet, rząd. Stąd też pojawiły się one na mapach, kiedy to pierwsi śmiałkowie postanowili przejechać je jeepami. Tak powstały pierwsze koleiny i drogi zaczęły nabierać statusu szlaków komunikacyjnych. Następnie, rząd, widząc potrzebę uregulowania stosunków transportowych rozwijających się miast, przepuścił przez las kilka buldożerów i walców. Ten stan utrzymał się do dzisiaj. To, co kiedyś utwardzono, dzisiaj stanowi autostradę. Rzecz jasna, to wciąż leśna, dziurawa ścieżka. Tyle, że szeroka i nawet autobus, pod warunkiem że ma zawieszenie oparte na gigantycznych resorach półeliptycznych, jest w stanie przejechać. Oczywiście tylko w porze suchej. Kiedy pada deszcz, nie należy nawet śnić o jeździe. Być może uda nam się wyjechać, ale będzie to oznaczać, że już wkrótce wraz z innymi współpasażerami i współpasażerkami autobus będziemy wypychać z wielkiej błotnej kałuży.

Niemniej, nawet w porze suchej, podróż nie przebiega sielankowo. Autobus rzecz jasna jest dość prymitywny, wymaga zatem otworzenia okien. To jedyne źródło wentylacji. Niestety, wzniecane przezeń tumany kurzu dostają się do środka. Dlatego też, pierwszym pytaniem, na które musimy sobie odpowiedzieć jest, czy chcemy udusić się z braku tlenu, czy dostać pylicy i stracić wzrok przy otwartych oknach. To jednak jest żaden problem, wziąwszy pod uwagę, że w Beni obowiązkowo, na pokładzie każdego autobusu przewozi się hordy niemowlaków. Te zaś, w warunkach ukropu i zamknięcia w blaszanej puszce, drą się w niebo głosy. Jakoś tak wypada, że zawsze siadają nieopodal nas, jakby istniał jakiś odgórny przepis, nakazujący matkom dzieci wybierać miejsca zawsze obok nas, a dzieciom zdzierać płuca do upadłego, byleby tylko białasek się nie zdrzemną przez chwilę.

To jednak też, nie jest największy problem. W Beni bowiem, obowiązuje niepisana zasada proporcjonalności. Polega to na tym, że im dzikszy jest kurs, na którym odbywa się rejs autobusu, tym częstsze są usterki. Jeżeli wybieramy się przemierzać pustynie, czy dżunglę, zapewnioną mamy awarię, która co najmniej przysporzy ogromnych kłopotów. W naszym przypadku, zasada potwierdziła się i już chyba, po jakiś trzech godzinach, stanęliśmy sobie na poboczu, a jeden z kierowców wczołgał się pod wóz i zaczął młotkiem walić po różnych częściach podwozia.

Niezbyt zainteresowani jego działaniami i ogólnie już zrezygnowani zaczęliśmy opowiadać sobie żarty odnośnie naszej sytuacji i docinać sobie życzliwie. W końcu, jak to się powiada w kraju nad Wisła, co się pośmiejemy to nasze, ronienie łez nie miało najmniejszego sensu, a i kierowca dzięki temu swego wraku szybciej by nie naprawił. Straciwszy tak kilka godzin, w końcu, szef wycieczki, przywalił młotkiem, tam gdzie powinien i uznał autobus za naprawiony. Mogliśmy jechać dalej.

Niemniej jednak, również awarie, nie stanowią największej przeszkody i problemu w podróżowaniu przez las. Jak się okazuje niespodzianek i przygód może czekać na nas więcej. Otóż, jak już wcześniej wspominałem, niektóre rzeki pokonuje się na barakach rzecznych. Cała procedura, w normalnych okolicznościach przyprawiłaby niejednego o ból głowy i kilka nowych siwych włosów. Dla nas jednak, którzy po Beni już trochę podróżowaliśmy, fakt, że kilkunasto tonowe, wielkie autobusy i ciężarówki wjeżdżają na pokład drewnianych rozpadających się barek, używając przy tym tylko kilku desek w zastępstwie nabrzeża, nie stanowiła żadnego novum. Byliśmy już w zasadzie na ową chwilę, utwierdzeni w przekonaniu, że to właściwy sposób robienia tego.

Niestety, znowu się pomyliliśmy. Na brzegu jednej z rzek zastaliśmy dość długa kolejkę ciężarówek, w której chcąc nie chcąc musieliśmy się ustawić. Ponieważ sytuacja przypominała te znane z obrazków z naszej wschodniej granicy i wszyscy kierowcy mieli pogaszone silniki i nic nie wskazywało na rychłe posuwanie się długiego wężyka, nie wiele się zastanawiając, opuściliśmy pokład autobusu i powędrowaliśmy w stronę brzegu.

rzeka

Tam zastał nas widok dość niecodzienny. Na nasypie zgromadziła się nie mała grupka gapiów obserwująca jakiś biały obiekt sterczący z wody. Gdy zbliżyliśmy się, okazało się, że to cysterna, która wbiła się kabiną w dno. Jej duży zbiornik sterczał z brązowych wód jakiejś bezimiennej rzeki. Stał na niej mężczyzna, podtrzymujący wąż, za pomocą którego wypompowywano z niej paliwo. Cała operacja oczywiście rozciągnęła się w czasie, a późniejsze wyciąganie ciężarówki  z mulistego dna za pomocą jakiegoś spychacza, też nie należało bynajmniej do szybkich. Tak też, straciliśmy kolejne godziny, zyskując nowe pogryzienia, jako że moskitów w tych okolicach nie brakowało.

W końcu jednak, późną nocą, do Pando dotarliśmy. Tego dnia, nie było już mowy, o załatwianiu jakichkolwiek rzeczy. Znaleźliśmy zatem hostel i ponownie, wciąż stąpając po tym bagnistym terenie niepewności, co do perspektyw na wydostanie się z tej matni, oddaliliśmy się do krainy marzeń, zasypiając snem sprawiedliwego.

PaszportNastępnego ranka, skoro świt, udaliśmy się na granicę. Na posterunku benińańskim, bez zbędnych wstępów przystąpiliśmy do wyjaśniania naszej sytuacji. Oficer, który tego dnia zajmował się wbijaniem pieczątek do paszportów, początkowo, zdawał się nie słuchać. Notował sobie coś, nie zwracając większej uwagi na to, co mówimy. W końcu, zainteresował się paszportami i ewidentnie, to, co tam zobaczył, zdziwiło go.

– Ale przecież, macie tu pieczątkę wyjazdową z przed czterech dni!?- zagadną, udowadniając tym samym, że nie słuchał nas ani przez moment.

Starając się zachować spokój, zaczęliśmy opowieść od początku. Tym razem, jednak w lekkiej złośliwości, zaczęliśmy opowiadać ze wszystkimi detalami. Dowiedział się zatem, że płynęliśmy po Wielkiej Brunatnej Rzece i, że statek nazywał się „Lolita” i, że był spóźniony i, że przyjechaliśmy wtedy a wtedy, a że to a że tamto. Z każdym kolejnym zdaniem na jego twarzy rysował się ten znany grymas. W końcu nie wysłuchawszy do końca wstał i wyszedł. Usiedliśmy sobie zatem pokornie w oczekiwaniu na rozwój sytuacji. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zapewne spędzimy tu sporo czasu. Wiedzieliśmy jednak, że będą musieli załatwić nasz problem. Są ostatnią placówką graniczną, a my jesteśmy tu, jakkolwiek na to nie spojrzeć, nielegalnie. Zatem, ewentualne nie załatwienie naszej sprawy, obligowałoby ich do deportowania nas z kraju. A deportować musieliby nas daleko, oj bardzo daleko, bo do państwa z którego wjechaliśmy. To wymagałoby sporego zachodu, a tego Beninianie nie lubą najbardziej. Zatem, trzeba było cierpliwości. Tej Beni uczy, jak żaden inny kraj na naszej niebieskiej planecie.

Wkrótce oficer wrócił, zaprosił nas do innego pokoju, gdzie urzędował jego przełożony. Ten wysłuchał historii raz, potem jeszcze raz i przekazał nas jeszcze komuś. Trwało to tak trochę i w końcu nikomu w pojedynkę nie udało się dojść do żadnych konstruktywnych konkluzji, więc wszyscy, którzy nas do tej pory wysłuchiwali zebrali się wspólnie, by radzić. I tak radzili, aż coś uradzili. Zabrano nam paszporty i wydano jakieś dokumenty. Te, zostały skwapliwie wypełnione. Odesłano nas do innego pomieszczenia, gdzie owe skwapliwie wypełnione dokumenty zostały przeanalizowane. Naklejono na nie kilka znaczków i kazano bulić. Niedużo tym razem, bo aż tak straszliwie od ostatniej kary, spóźnieni nie byliśmy. Gdy wróciliśmy, nasze paszporty miały już piękną pieczątkę anulującą poprzednią – wyjazdową i nową – stwierdzającą, że wyjeżdżamy dopiero dnia bieżącego.

No i fajnie! – A teraz, drodzy Panowie, powiedzcie nam, jak wjechać do Inkanii, bez przekraczania terytorium Rondonii?- Zagadaliśmy na koniec. Spowodowało to lekką konsternację, ale po chwili już, któryś z przytomnych oficerów, uświadomił sobie, że przecież ten problem, w najmniejszym stopniu, nie dotyczy jego samego ani jego kolegów, więc można nas łatwo zbyć. Wyjaśniono nam zatem, żebyśmy pojechali do miasta, że tam nam jakiś policjant wytłumaczy, że to w ogóle, jest bardzo łatwe, że szybko, że przyjemnie i  że w ogóle cacy. My już wiedzieliśmy, że po raz kolejny znaleźliśmy się w szambie po szyję i że zaraz zaczniemy robić przysiady, niemniej niczego więcej, w tej sytuacji zrobić już nie mogliśmy.

Wróciliśmy więc, niezbyt pocieszeni i wciąż niepewni naszej przyszłości, zmęczeni użeraniem się z półdebilami i poczęliśmy zastanawiać się nad rozwiązaniem. Już prowizoryczny wywiad, utwierdził nas w przekonaniu, że granicy z imperium Inków nie ma, że jedyny możliwy sposób, to przejechanie przez terytorium Rondonii. Tego jednak zrobić nie mogliśmy. Mimo to, postanowiliśmy udać się do konsulatu Rondonii w Pando.

Tam, po raz setny, recytując już bardziej jak wiersz zapamiętany na lekcję języka polskiego, aniżeli faktycznie odtwarzając fakty, opowiedzieliśmy naszą historię. Przeanalizowano paszporty i stwierdzono, w śpiewnym języku Rondoniańczyków, że no pasaran. Przeproszono nas przy tym, co oczywiście mogli sobie darować, bo obaj zapewne, w myślach, kazaliśmy im te przeprosiny sobie schować w miejsce gdzie nie dochodzi światło.

Paradoks polegał na tym, że w tym owianym takim społecznym tabu miejscu, zwanym najnormalniej w świecie odbytem, znajdowaliśmy się obecnie my. Byliśmy od Inkani już na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy załatwione wszystkie procedury paszportowe w Beni. Tylko co z tego…, brak było przejścia granicznego.

Podejrzane rozwiązanie – Motorem przez las równikowy – Tu nie ma przejścia – Inkania

Tymczasem, pracownik konsulatu Rondonii, który nie brał bezpośrednio udziału w dyskusji, wtrącił się teraz i stwierdził, że przecież do Inkanii wjechać możemy. Rzucił kilkoma tajemniczymi nazwami, które skrupulatnie zapisaliśmy, kazał się o nie pytać i powiedział, że damy radę. Brzmiało to, co najmniej, dziwnie i podejrzanie, niemniej w naszej sytuacji już nic złego zdarzyć się nie mogło, i tak już taplaliśmy się w tak głębokim gnoju, byliśmy tak sfrustrowani i zdesperowani, że przyjęlibyśmy każdą możliwość rozwiązania naszej sytuacji.

Jak nas poinstruowano, tak zaczęliśmy działać. I faktycznie, pojechaliśmy na jakieś przedmieścia Pando. Tam spotkaliśmy gościa, który twierdził, że jest taksówkarzem, jeżdżącym w interesujące nas miejsce. Stwierdziliśmy, że jedziemy z nim, na co on wzruszył ramionami, pomógł zapakować nasze umorusane w trakcie tej, naszej przygody niesamowicie, bagaże do samochodu, po czym rozłożył siedzenie i poszedł spać.

Siedzieliśmy sobie tak i siedzieliśmy i siedzieliśmy. Czekaliśmy jeszcze na dwójkę innych pasażerów, którzy chcieliby jechać w to samo miejsce, co my. Tymczasem minęły jakieś trzy godziny i nikt się nie pojawiał. Kierowca drzemał w najlepsze, a wskazówka odliczająca na zegarku sekundy tykała coraz głośniej, przypominając nam, że musimy dzisiaj wyjechać z tego przeklętego kraju, bo w przeciwnym wypadku, jutro cyrk zacznie się od nowa. Tymczasem nasze paszporty i tak już wyglądają, jakbyśmy co najmniej byli jakimiś przemytnikami, którzy próbują pokonywać różne granice. Więcej nam nie było trzeba.

Obudziliśmy więc gentelmenta i stwierdziliśmy, że zapłacimy za cztery osoby. Ten, uradowany, zgodził się. Zapakowaliśmy się zatem na pokład gruchota i starając się wmówić sobie optymizm, ruszyliśmy w szarą dal. Po jakiejś godzinie jazdy elegancką, jak na lokalne warunki, asfaltową drogą, skręciliśmy w szutrówkę. Ta, wciąż jeszcze odznaczała się całkiem nie najgorszą jakością.

Tym sposobem dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego. Oficer beninińskiej policji wziął od nas paszporty, które skrupulatnie obejrzał, porównując z naszymi, już dalece odbiegającymi od tych widniejących na fotografiach w dokumentach podróży, twarzami. Zapytał o cel tej wycieczki, na co, nie kłamiąc, odpowiedzieliśmy, że mamy  zamiar wjechać do Inkanii. Słowa te nie wywołały najmniejszej konsternacji, czy zdziwienia. Zostały przyjęte ze spokojem, jako coś najzwyczajniejszego pod słońcem. Ta reakcja wlała w nas sporo otuchy. Skoro bowiem, nie tylko puścił nas bez przeszkód, ale nie zmierzył nas również wzrokiem, jak to często bywa, gdy miejscowi widzą gringo w miejscach, w których prawdopodobieństwo, że ten się znajdzie jest niemal równe zeru lub gdy biali przybysze decydują się na coś, co w oczach lokalnych Hutu zdaje się być niedorzeczne, nielogiczne, irracjonalne, czy wprost niewykonalne, mieliśmy prawo przypuszczać, że jesteśmy o krok od wydostania się z matni.

Podobna kontrola policyjna miała miejsce raz jeszcze, gdzie nawet poinstruowano nas, jak dalej powinniśmy się przemieszczać i jak wygląda lokalna procedura przekraczania granicy. Raz skontrolowało nas także beniniańskie wojsko. Nikt nie robił problemów. Byliśmy już niemal przekonani, że na naszym niebie, wkrótce znów zaświeci słońce. Ahh… jakże dalekie było to od prawdy, jak srodze mieliśmy się jeszcze rozczarować.

Jechaliśmy naszym rzęchem, coraz bardziej oddalając się od ludzkich osiedli. Wkrótce wjechaliśmy w las deszczowy i jeszcze przez dłuższy czas podróżowaliśmy tak, używając przy tym traktów, na których samochód ledwie się mieścił i przejeżdżając przez stare, zrobione z kłód mosty. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie stały trzy, czy cztery chaty. Tam, kierowca stwierdził, że dalej jechać się już nie da, bowiem tu kończy się droga. Wytłumaczył nam, że teraz musimy przesiąść się na motocykle. Tylko te są w stanie pokonać dalszą część drogi wiodącej przez gęstniejący z każdym kilometrem las.

Wszystko byłoby jak najbardziej normalne. W beniniańskiej Amazonii motocykl służy za środek transportu znacznie częściej niż samochód. Często też jest używany w charakterze taksówki. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do jazdy na nich, która zresztą sprawia znacznie więcej przyjemności aniżeli podróżowanie na fotelu pasażera w blaszanej puszce poruszającej się na czterech kołach.

Tyle, że tym razem, mieliśmy ze sobą cały nasz dobytek, czyli cztery plecaki. Każdy z nas dźwigał co najmniej dwadzieścia pięć kilogramów. Musieliśmy się z tym zapakować na wehikuł, stanowiący coś w rodzaju formy przejściowej pomiędzy motorynką a motorem, pozbawionym jakiegokolwiek bagażnika, czy czegoś w tym rodzaju. Poza bagażami, na siodełku musieliśmy jeszcze znaleźć się my i kierowca. Prawdopodobnie, cały ładunek ważył więcej aniżeli sam środek transportu, któremu bliżej było do roweru, niż do jednośladów, którymi bezdroża Ameryk przemierzają podróżnicy, decydujący się na dotarcie z argentyńskiej Ushuai do Anchorage na Alasce.

Początkowo, jakoś wykraczało to poza zasięg wyobraźni. Niemniej, kierowcy motorów uporali się z problemem bagażu bardzo szybko. Duże plecaki zamontowali z tylu siedzenia za pomocą gumowych taśm. Wyglądało to dość dziwnie, bo sterczący z tyłu plecak, był wielkości połowy motocykla, niemniej maszyna stała na ziemi, a właściciel rumaka nie tracił dobrego samopoczucia.

Podróż motocyklem przez las równikowy to niezwykłe doświadczenie. Leśny trakt to zaledwie ścieżynka. Kto zna Kabaty i lubi urządzać sobie po nich las równikowywycieczki rowerowe, ten będzie wiedział. Podróżowaliśmy nie po tych głównych szlakach przecinających nasz zielony zakątek na południu Warszawy. Nawet nie po tych, które odchodzą od tych głównych. Jechaliśmy po tych wąziutkich ścieżynkach, przecinających leśne polany, które są tak wąskie, że gdy mamy na sobie tylko krótkie spodenki, to do domu wracamy z nogami podrapanymi przez dzikie jeżyny i inne krzaki, których ominąć, po prostu, nie sposób.

Przecinaliśmy strumyki, pokonywaliśmy wertepy. Pomimo, że zajęta pozycja na siodełku nie była wygodna, bo z tyłu parł na nas wielki plecak, który spychał nas ku przodowi, czyli wtulał kroczem w tyłek kierowcy, to otaczający świat rekompensował każdą niedogodność. Olbrzymie, sięgające jakiś sześćdziesięciu metrów drzewa lasu deszczowego wybijały się tak wysoko w niebo, iż w zasadzie nie przestawaliśmy nawet na chwilę zadzierać głowy do góry w niemej kontemplacji tych nadzwyczajnych kreacji matki natury. Nieco poniżej ich koron zaczynała się zielona kurtyna tworzona przez wszystko, co potrafi rosnąć i przeżyć bez dostępu do gleby. Wszelakie liany, jakieś przedziwne porosty, znajdujące swe oparcie na pniach potężnych drzew, wraz ze zbliżaniem się do ziemi tworzą zieloną plątaninę. Gdy wzrok opuszczaliśmy bardzo nisko, nie byliśmy w stanie dojrzeć już nic, po za nieprzebytą ścianą wszelkich roślin, które zaciekle walczą o każdy promyczek, docierającego to z wielką trudnością, światła.

W końcu, dotarliśmy do samotnie stojącego domku, nad którym powiewała flaga Inkani. Tam motory zatrzymały się, zsiedliśmy z nich i z paszportami w dłoni udaliśmy się w kierunku drzwi.

Trajeta Andina – Bezradność – Z pewnością możemy dość do jakiegoś porozumienia – Zapomniałem o kierowcach – Puerto Madre de Dios

W drzwiach powitał nas gość o bardzo lokalnej twarzy, która wyrażała nie mniej, nie więcej, niż nic, pustkę, bezdenną otchłań. Przekrzywiliśmy nieco nasze głowy, w nadziei, że może patrząc pod innym kątem, znajdziemy w tym szczególnym fizysie coś więcej. Niestety, wciąż nie było tam nic. Nieco speszeni zastaną sytuacją wydukaliśmy, że << dzień dobry >> i że <<chcielibyśmy wjechać do Inkani >>. Zmierzył nas wzorkiem i głosem pozbawionym jakiejkolwiek nuty i barwy, zapytał czy mamy trajeta andina.

– Co to jest trajeta andina? – Zapytałem i w tym samym momencie dodałem w myślach: – No to, mamy przesrane!!! Na stówę!

Tego typu pytania nigdy nie wróżą niczego dobrego. Granice Ameryki Południowej bywają różne, niemniej jednak, rzadko się zdarza, aby ktoś robił przeszkody w ich przekraczaniu. Szczególnie odnosi się to gringos, inaczej mają się sprawy z narodowościami, których specjalnością jest szmuglowanie poprzez granicę różnych ciekawych substancji. Dla przykładu, Kolumbijczycy, na większości południowoamerykańskich granic, muszą po za paszportem, okazać również rekord policyjny, w którym stwierdza się, że nie byli karani za przestępstwa związane z handlem narkotykami.

Pytanie o dokument inny aniżeli paszport, o którym na dodatek, w życiu nie słyszeliśmy, zapowiadał  kłopoty, a że tych mieliśmy już pod dostatkiem, wlepiłem tępy wzrok w naszego rozmówcę i powoli wycedziłem: – przecież mamy paszporty, w życiu nie słyszeliśmy o żadnej (pieprzonej – to dodałem tylko w myślach) karcie andyjskiej.

Gość, którego wyraz twarzy nie zmieniał się przez ten cały czas, obrócił się na pięcie i przez półotwarte drzwi zawołał: – szefie! Szefie! Bo tutaj… tutaj przyjechali, tutaj są…  i Trajeta Andina…

Przełożony, litując się nad biedakiem usiłującym skonstruować zdanie, przerwał mu i poprosił go o zaproszenie nas do środka, do drugiego pomieszczenia, którego panem i władcą był on – oficer, o nieokreślonej szarży, ubrany po cywilnemu, oddający się zapamiętale rżnięciu w Pac- mana na przedpotopowym komputerze, który zapewne, przywiózł na tę granicę jeszcze sam Athaualpa, we własnej osobie, w trakcie swej pierwszej kadencji, kiedy to zapowiadał cuda, które wydarzą się w Inkani, za jego władzy. Dokonał informatyzacji części przejść granicznych, lecz potem faktycznie zdarzył się cud i ze wschodu przyżeglowało stu sześćdziesięciu białych, brodatych mężczyzn. Ci zaś, nie zważając na wysiłki wielkiego wodza, który dopiero co rozprawił się przecież ze straszną wewnętrzną opozycją i teraz chciał właśnie zacząć dokonywać obiecanych cudów, między innymi poprzez budowę kondorków, czyli małych boisk ze sztucznym szutrem, do gry w ulubioną Inkaską grę, podstępnie go porwali, przy okazji masakrując osiem tysięcy żołnierzy jego gwardii przybocznej.

Tak Inkania spod władzy lokalnej, trafiła pod władzę ludzi ze wschodu, choć jak niektórzy twierdzili, tak na prawdę rządził nią dziwny lud, charakteryzujący się wydatnymi nosami i wielkimi mięsistymi uszami, który usłyszawszy o złocie i srebrze imperium, już od dłuższego czasu niecierpliwie przebierał nogami, zacierał chciwe łapki i rozgłaszał wieści o historycznej winie Inków ze popełnione zbrodnie przeszłości.

– Dzień dobry! – powitał nas uprzejmie oficer – usiądźcie proszę!

– Dzień dobry! – odpowiedzieliśmy, robiąc przy tym jak najpotulniejsze i jak najniewinniejsze miny i grzecznie zajęliśmy dwa krzesła, wskazane nam przez pana i władcę naszego losu. Wyprostowaliśmy się, wlepiliśmy kocie, ufne spojrzenia w interlokutora i postaraliśmy się nieznacznie unieść kąciki ust, co by nasze miny przybrał uczciwego, ufnego i przy odrobinie szczęścia, sympatycznego wyrazu.

– Zatem, panowie, chcecie wjechać do Inkani? Zgadza się? – zagaił oficer, który z trudem oderwał wzrok od monitora komputera wyszwindlowanego przez urząd celny z darów dla powodzian, czy innych szczytnych celów, jak informatyzacja szkół andyjskich.

– Taaaak – odpowiedzieliśmy nie odrywając naszych wzroków ani na chwilę od jego twarzy – O, tu są nasze paszporty – na co, wręczyliśmy mu czerwone książeczki.

Wziął się do analizy, obejrzał zdjęcia, następnie przekartkował dokument, zatrzymując się na co ciekawszych pieczątkach i wizach. Ścisnął wargi i napompował ich okolice powietrzem, co sprawiło, że wydęły się w charakterystycznym geście zamyślenia. Do tego zaczął kiwać głową potakująco, jak człowiek, który zaczyna rozumieć sytuację i fakt, że problem, który napotkał, wcale nie jest łatwy do rozwiązania.

– Widzicie, bo mamy problem… – oznajmił odrywając wzrok od dokumentów – Rzecz w tym, że powinniście wjechać do Inaknii przez Rondonię, tam jest oficjalne przejście.

– Ale my nie możemy wjechać do Rondonii, w tym rzecz – Po tych słowach, nastąpiło, to co nieuchronnie nastąpić musiało, czyli po raz już chyba tysięczny w ciągu tygodnia opowiedzieliśmy historię Wielkiej Brunatnej Rzeki, zabaw granicznych i faktu, że wjechać do Rondonii nie możemy. Przy okazji opowieści, zastanawiałem się, czy gość na prawdę uważa, że byśmy przyjechali w to miejsce z całym bagażem, tylko po to, żeby sprawić sobie frajdę oglądania jego cnotliwej gęby.

– Rozumiem,- odrzekł  i chyba na prawdę zrozumiał, co udowodniły to jego następne poczynania. – Bo widzicie, od kiedy otwarto most na granicy Inkanii i Rondonii na Interoceanicznej autostradzie – to wypowiedział bardzo powoli, jakby podkreślając z dumą jak wielkich projektów podejmuje się Inkania, JEGO państwo – jedyne oficjalne przejście istnieje tam. Tu od trzech miesięcy, przejścia nie ma.

– Kurwa mać! – nie wiem, czy powiedziałem, czy tylko poruszyłem ustami – To co my mamy zrobić? Mamy wyjazdową pieczątkę z Beni, drugą notabene, wiza nam się skończyła, nie możemy wrócić. – Zacząłem cedzić, lecz nastrój mój ulegał powolnej, jednak nabierającej coraz większej szybkości zagładzie. Czułem, jak zaczynało ogarniać mnie znienawidzone uczucie bezsilności, którego nie cierpię i nie znoszę.

– Cóż, panowie, jestem przekonany, że możecie wrócić, będziecie się znajdować, w tzw. tranzycie, to wam wolno w każdym państwie.

– Jasne! W dupie się będziemy znajdować, jak pieprzone owsiki będziemy się wiercić w oczekiwaniu na gówno, które nas wymiecie do muszli klozetowej albo na wydrapanie pazurem z odbytu,  tam dokładnie, nigdzie indziej się znajdziemy – pomyślałem tylko, nie mówiąc nic. Niemniej, pomimo drastyczności metafory, która nawiedziła w tamtej właśnie chwili, mój zszargany nieco już umysł,  nie można odmówić jej trafności. Powrót bowiem, nie wchodził w grę. Paszport wyglądał tragicznie, nie budził najmniejszego zaufania. Przekroczyliśmy termin wizy, wbito nam jedną wyjazdówkę, którą następnie anulowano pieczątką przebijającą jeszcze na następną stronę i wbito nową, z drugiego krańca kraju. Jeżeli teraz chcielibyśmy wrócić, musielibyśmy jechać na południe, daleko, ponad tysiąc kilometrów. Drogami Beni, podróż ta zajmuje około siedemdziesiąt pięć godzin. W teorii, bo zdarzyć się może wszystko. Po dostaniu się do stolicy, której nie znosiliśmy całym sercem, czekałby nas jeszcze jedna wyprawa, dalej na południe, kolejne godziny, do miasteczka, o nazwie identycznej, jak jedna z plaży w pewnym odległym mieście Rondonii – Ipanema. Stamtąd, musielibyśmy znowu spotkać się z migracyjnymi i od początku wyjaśniać, co i jak, zdać się na ich wolę i łaskę, a potem z paszportem wyglądającym jak choinka bożonarodzeniowa iść do migracyjnych Inkanii, spojrzeć im w oczy i wręczyć te przeklęte dokumenty. Wątpię, że ktokolwiek pozostający przy zdrowych zmysłach, zaprzeczy, że nie mielibyśmy najmniejszych szans na wjazd.

Zwątpiłem, odechciało mi się czegokolwiek, zgarbiłem się i prawdopodobnie, w ciągu sekund pod oczyma wykwitły mi wory, zdolne pomieścić kilka kilogramów ziemniaków, czy pyr (jak kto woli), które zresztą cywilizacja zawdzięcza właśnie Inkanii.

– No bo, widzicie – ciągnął oficer. – Wy, tak tutaj, przyjeżdżacie tylko z paszportami, nie macie karty andyjskiej.

Spojrzeliśmy na siebie z przyjacielem znacząco, a że podróżowaliśmy już ze sobą dość długo, zrozumieliśmy się w zasadzie, bez słów. Nasze twarze pytały: – Co on bredzi!? Jaka znowu trajeta andina, przecież, jak nie ma granicy, to nie ma! Co tu zmieni jakaś kartka!?

– No, ale nie mamy tej karty – oznajmiliśmy ze zrezygnowaniem i dodaliśmy: – zresztą, pierwszy raz o niej słyszymy.

– A no widzicie, bo to jest taki dokument, gdzie deklarujecie na ile wjeżdżacie, czy jesteście turystami, w ogóle jaki jest cel waszego pobytu i… – opowiadał o jakiejś kartce, która w tej chwili nie miała najmniejszego znaczenia, objaśniał, że wszystkie państwa andyjskie ją mają. Sprawiał wrażenie, jakby ta karta miała stanowić coś w rodzaju klucza, magicznej przepustki. Potem jeszcze pytał, czy przy wjeździe do Beni, pytano nas o żółtą książeczkę szczepień, po czym dodał, że w Inkanii, nikt jej nie wymaga, bo nie ma problemu Żółtej Febry.

– Fantastycznie, gratulacje! – myśleliśmy sobie i wkrótce przerwaliśmy te wszystkie impotentne zupełnie, rozważania: – Przecież musi być jakiś sposób! Może pan nam wystawi jakiś kwit, określający co, gdzie i jak, a my z nim pojedziemy na granicę z Rondonią, na most, od strony inkaskiej i tam dopełnimy wszelkich formalności? – Zaproponowałem.

Spojrzał na mnie wymownie, ale nie skomentował pomysłu. Znowu wylał się z niego potok słów, który powoli zaczęliśmy już ignorować, tracąc wszelką nadzieję. Niemniej, zaczął wkrótce pereorować na temat naszej ciężkiej sytuacji i nabierając dobrotliwego ojcowskiego tonu, pełnego empatii, starał się przekazać nam, że rozumie naszą ciężką sytuację. Uniosłem głowę, a wraz z nią uniosła się nieco załamana i unicestwiona, zdawałoby się na dobre, dusza.

– Ale wy też, musicie zrozumieć mnie! Ja, przecież, jestem na służbie, ja mam rozkazy, mi nie wolno, mi też jest ciężko. Ja tu mam księgę, gdzie muszę wszystko skrupulatnie notować, przecież to jest sprawdzane. Jak ja was puszczę, to mnie spotka kara!

– Aaaaha… – zabrzmiało zupełnie nieoczekiwanie, niemniej, pomimo, iż dźwięk dobył się z któregoś z polskich gardeł i zdradzał odradzającą się nadzieję, nie obnażał jeszcze pełnego zrozumienia celu, do którego zmierzał nasz interlokutor.

– Jestem jednak, przekonany, że możemy dojść do porozumienia. – Oznajmił, dając wyraźnie do zrozumienia, że teraz piłeczka znalazła się po naszej stronie siatki.

Przez myśli przebiegło tylko jedno pytanie: << ile!? >>. Zacząłem się zastanawiać, ile mamy, a było tego niestety nie wiele, bo zaledwie dwieście sucre, czyli beniniańskiej, nie wiele wartej waluty i ile jegomość może oczekiwać.

Zapytaliśmy więc asekuracyjnie, co proponuje. Ten spojrzał w paszport i zwracając się do mnie po imieniu rzekł: – Marek, no ja nie wiem, czekam na waszą propozycję!

Nie mamy zbyt dużego doświadczenia w łapówkarstwie, co zresztą czyni nas niepełnowartościowymi obywatelami naszego państwa i nie za bardzo wiedzieliśmy jak to rozegrać. Pierwsza osoba, która wspomni o pieniądzach rozwiąże problem. Z drugiej strony, pierwsza osoba, która wspomni o pieniądzach, narazi się na zarzut korumpowania, a jakie zwyczaje i jak egzekwowane jest prawo w tym dzikim kraju, nie wiedzieliśmy.

– Tyle, że my nie wiele mamy, chętnie, byśmy jakoś pomogli, bo doskonale rozumiemy, w jak ciężkiej znajduje się Pan sytuacji, tyle, że nie wiemy, co DOKŁADNIE mogłoby pomóc… – poczęliśmy wykrętnie  tłumaczyć, zmuszając go przejęcia inicjatywy w tej ryzykownej rozgrywce. Jemu bowiem, gówno można było zrobić. Jedynym świadkiem rozmowy był półdebil, jego podwładny, który w milczeniu, oparłszy się o framugę drzwi, przysłuchiwał się całej naszej rozmowie. Nas natomiast, posłyszawszy jedno, niewłaściwe słowo, nasz interlokutor mógł po prostu aresztować, albo co gorsza, odesłać do Beni.

– A co macie?

Wyciągnąłem portfel, spojrzałem i zgodnie z tym co oczekiwałem, znajdowało się tam dwieście sucre.

– Noooo, nie wiem, ze sto pięćdziesiąt sucre wystarczyłoby?- zapytałem, a jego ogarnął pusty śmiech. Pomyślałem wtedy: – Kurwa mać! Już prawie się udało i teraz zniweczy wszystko brak kasy – i dodałem już na głos: – No nie wiem, mamy dwie stówy, więcej po prostu nie ma, a tutaj nie wyczaruje pieniędzy, w końcu jesteśmy w środku dżungli…

– No to, od jednego dwie stówy jest ok. A ty co, mi zaproponujesz? – Zwrócił się do drugiego z nas.

– Te dwie stówy, to wszystko, co obaj mamy. – Usłyszał w odpowiedzi.

Zasępił się, porobił zbolałe miny, wytłumaczył nam, jak nie wiele warta jest ta waluta, jak to mało jest i że w ogóle on biedny człowiek… Odezwał się we mnie chyba syndrom Sztokholmski, bo zacząłem go rozumieć. Faktycznie, za te dwie stówy, to on sobie w Inkani może ewentualnie kupić obiad w średniej jakości knajpie. Ale tylko sobie. Żona już, będzie musiała bulić za siebie sama. Niemniej jednak, nie zmieniło to kwestii, że od dobrych dziesięciu minut, uważałem go za najnormalniejszego w świecie chuja i pomimo wulgarności tego epitetu, nie zamierzałem iść na żadne kompromisy, bo właśnie to określenie członka, najlepiej, według mnie, definiowało jegomościa, który stanął na naszej drodze.

Wyciągnąłem pieniądze, wręczyłem mu, lecz on wzniósł ręce do góry, w ulubionym francuskim, wojennym geście, dając do zrozumienia, że ich nie chce i kiwnął głową w kierunku swego podwładnego. Spojrzałem w jego stronę i ogarnęła mnie złość. << Facetowi, który ma genetycznie syf zamiast mózgu wręczam łapówkę. I to, za co!? >>. Westchnąłem ciężko, dałem mu te dwa przeklęte banknoty, odwróciłem się w kierunku oficera, co rączek sobie nie brudził. I pomyślałem w duchu: <<a przecież stare przysłowie głosi: pecunia non olet >>. Podziękowałem, uścisnęliśmy sobie dłonie w tej przestępczej komitywie, jak rzezimieszki, uśmiechnęliśmy się szczerząc kły. Nie było w tej serdeczności nic szczerego. On nas orżnął, a my jeszcze dziękowaliśmy za to, że dał nam szansę się wypiąć.

Wyszliśmy na zewnątrz i wsiedliśmy na motocykle.

Problem, jako taki, rozwiązany nie został, nie mniej sytuacja postępowała. Byliśmy już w Inkani, nie oficjalnie i nie całkiem legalnie, ale byliśmy. Teraz ruch należał do nich. Jeżeli będą chcieli nas wywalić, to mają nie mały kłopot. Nie mogą nas wyrzucić do Pando, skąd mamy ostatnią pieczątkę wyjazdową, bo musieliby przejechać przez terytorium Rndonii, wszak inne przejścia graniczne są od trzech miesięcy nielegalne, oficjalnie nie istnieją. My zaś, nie mieliśmy najmniejszego zamiaru, ułatwiać im sprawy i uznaliśmy, że będziemy mówić, że nie wiemy, gdzie wjechaliśmy, po prostu wjechaliśmy z gościem na motorze i tyle. Zatem, do Beni, będą nas musieli wieźć na południe, kawał drogi. Zadanie to z punktu widzenia organizacyjnego, nastręczyłoby problemów. Po za tym, byłoby czasochłonne i energochłonne. Wydawało się zatem, że tego się nie podejmą, będą musieli znaleźć jakieś rozwiązanie. Najprostszym i z naszego punktu widzenia wymarzonym byłoby wbicie nam pieczątki wjazdowej i zalegalizowanie naszego pobytu. Od pewnego czasu, z wiadomych przyczyn, staliśmy się jednak nie tylko pesymistami ale też i fatalistami i wydawało nam się, że prędzej nas utopią w rzece, że w ten właśnie sposób pozbędą się problemu, który mieliśmy zamiar im przedstawić, który poruszał się, miał nogi i ręce i nazywał się Jakub i Marek.

I w tym momencie, dotarło do pustej makówki, że właśnie pozbyłem się wszystkich pieniędzy. Nie tylko, nie mamy czym zapłacić za jakieś sto kilometrów, które wciąż dzielą nas od Puerto Madre de Dios, ale nawet nie mam grosza przy duszy dla gościa, w którego tyłek właśnie wtulam się własnym kroczem, kiedy to wspólnie podskakujemy sobie na siodełku motocykla, wyrzucanego w powietrze na wertepach leśnej ścieżynki.

No ale, co tam… przecież teraz go nie zatrzymam, i nie zacznę referować problemu. Jedźmy już!

I dojechaliśmy, zresztą całkiem szybko, do eleganckiej, nowiutkiej autostrady interoceanicznej, która w nieodległej przyszłości połączy atlantyckie wybrzeże Rondonii z inkaskimi, pustyniami suszonymi nieubłaganie przez zimny, pacyficzny prąd Humbolta. Dotarliśmy do pierwszej osady ludzkiej i tam zakończyła się nasza wycieczka motocyklowa.

Autostrada interoceaniczna

Zsiedliśmy z rumaków i chcąc nie chcą, wytłumaczyliśmy na czym polega problem, który nie za bardzo, wiedzieliśmy jak rozwiązać. Zaproponowaliśmy, żeby zawieźli nas już do Puerto Madre de Dios, gdzie będziemy mogli wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Ci jednak, zaskoczyli nas. Po raz pierwszy, w trakcie naszej podróży, Beniniańczyk wpadł na dobry pomysł. Jeden z gentelmenów, zanegował sensowność propozycji, którą złożyliśmy i stwierdził, że rozwiążemy problem inaczej. Powiedział, że zapłaci im kierowca taksówki, która zabierze nas do Puerto Madre de Dios, a my na miejscu oddamy mu te pieniądze, wraz z tym co będzimy mu krewni za sam kurs. Na pomysł przystaliśmy chętnie. Taksówkarz, który wkrótce pojawił się, był już mniej zapalony do takiego rozwiązania. Nie robił jednak większych problemów. Zapytał tylko, czy na pewno oddamy. Na co, jeden z motocyklistów pospieszył z zapewnieniem, że na sto procent, wszak chłopaki są z Polski. Argument, nie wiedzieć dlaczego, trafił do kierowcy i ten otworzył bagażnik, gdzie złożyliśmy nasze bagaże.

Święto, a jak by inaczej – Ministerstwo – Rozgrywki – Tym razem my korumpujemy – Bankomat, zakładnik i przesłuchanie – Wydostajemy się z matni – Epilog

Podróż nie była długa. Rzekę przepływającą przez miasto pokonaliśmy na barce, gdyż wielki, okazały most na interoceanicznej autostradzie, nie został jeszcze ukończony. Wjechaliśmy do miasta i chcieliśmy od razu udać się do urzędu migracyjnego. Rzecz jasna jak na złość, akurat tego dnia Puerto Madre de Dios obchodziło którąś tam, okrągłą rocznicę powstania. Urząd był zatem zamknięty. W zasadzie, machnęliśmy na to ręką. Jakiekolwiek sprawne rozwiązanie, według nas, było już i tak nie możliwe. Prześladował nas tak fatalny pech, że nie zdziwiłoby nas nawet, gdyby zastała nas w mieście powódź, czy inna klęska żywiołowa, uniemożliwiająca jakiekolwiek działanie.

inkowie

Przespaliśmy się i następnego dnia, skoro świt, udaliśmy się do urzędu. Tam powitało nas dziewczę, które nawet nie zaczęło się nami zajmować. Od razu, skierowało nas na drugie piętro, gdzie znajdowało się biuro szefa stanowego oddziału ministerstwa spraw wewnętrznych – Pułkownika o imieniu identycznym, co ruski car zwany Groźnym (o czym dowiedzieliśmy się później) i nie określonym nazwisku.

Oficer przywitał nas i zapytał w czym rzecz. Postanowiliśmy sprawę rozgrywać powoli i naiwnie. To zdawało nam się obiecywać najlepszy wynik. Zatem, z minami nie zdradzającymi najmniejszych wątpliwości, co do standardowości naszej prośby, stwierdziliśmy po prostu, że wczoraj wjechaliśmy do Inkanii i ponieważ urząd był zamknięty, to nie mogliśmy od razu się stawić. Niemniej, teraz jesteśmy i chcielibyśmy dostać ten stempel.

Wziął od nas paszporty i przystąpił do analizy. Nie mieliśmy najmniejszej nadzei na to, że sprawa może pójść gładko. I faktycznie, nie poszła. Pułkownik uniósł głowę i zapytał: – A jak wy wjechaliście do Inkanii?

– Samochodem – usłyszał w odpowiedzi, okraszonej głupim uśmiechem.

– No ok., ale dlaczego tu nie ma pieczątki z mostu z granicą z Rondonią?

-Aaa… no bo, my przez Rondonie nie jechaliśmy. Wjechaliśmy bezpośrednio z Beni.

– Jak? Cały czas po drodze?

– No, nie nazwałbym tego drogą, raczej ścieżką i to w lesie.

– Nie, nie… w porządku, chodzi mi o to, że cały czas transportem naziemnym, zgadza się?

– Zgadza się! – Staraliśmy się nie stracić tego głupkowatego, wesołego temperamentu, który miał zamaskować fakt, że od dłuższego czasu kombinujemy jak konie pod górę i doskonale zdajemy sobie sprawę, że przekroczyliśmy zieloną granicę.

– hmmm… a skąd wam przyszło do głowy, żeby wjeżdżać w ten sposób? – Zapytał obserwując nas bacznie.

– Pomysł zaczerpnęliśmy z naszego przewodnika – odpowiedzieliśmy z harcerską dumą – chcieliśmy zobaczyć selwę, a w naszym przewodniku powiedziano, że to przepiękne leśne przejście. I faktycznie musimy przyznać, że…

– Dobrze, już dobrze – przerwał nam. – Widzicie, problem polega na tym, że tam nie ma przejścia. Trzy miesiące temu kiedy otwarto most na rzece granicznej z Rondonią, jedyne przejście jest tam. – Zaczął wyjaśniać.

– Nie no, co ty!? Nie możliwe… – pomyślałem sarkastycznie.

Teraz nadszedł czas na minę numer dwa – bezgraniczne zdziwienie i zmartwienie nieoczekiwanymi problemami. Minę tę widzieliśmy tysiące razy na twarzach turystów z zachodu Europy. Przodują w nich Niemcy i Francuzi, którzy z jakiegoś, tylko sobie znanego powodu, uważają, że w Ameryce Południowej wszystko jest zorganizowane, podobnie jak w ich państwach. Tymczasem, zderzenie się z lokalnymi zwyczajami i tzw. mañanizmem, jak to określamy, czyli założeniem, że „jeżeli coś można zrobić dzisiaj, to dlaczego by nie zrobić tego jutro”, zaskakuje ich niezmiernie. W tym właśnie, pierwszym momencie zaskoczenia ich twarze nabierają tych dziecięcych min, kiedy to pachole jeszcze nie do końca wie co się właściwie stało, dlaczego ktoś zabrał mu lizaka i jeszcze nie rozumie brutalności sytuacji i nie zdążyło się jeszcze rozpłakać. Ten krótki moment prawdopodobnie najlepiej definiuje charakterystyczny grymas wykwitający na twarzach ludzi zachodu w zderzeniu z rzeczywistością tego pięknego i kochanego kontynentu.

Nie ukrywamy, że nam, ten widok, zawsze daje wiele satysfakcji. Zawsze świetnie wyposażeni, dysponujący nieosiągalnymi dla nas budżetami zachodni sąsiedzi, którzy nie kryją się z przeświadczeniem, że są już wielkimi podróżnikami, zawsze z zadartymi nosami, zawsze głośni, denerwujący upadają z kretesem już na pierwszym płotku. Słodkie jest pytanie, co się stało i gdy, delikwent wytłumaczywszy nam, już czeka na kolejne pytanie, z naszej strony, dotyczące ewentualnych możliwości pomocy, dziwi się nie zwykle, gdy tylko życzymy szczęścia i odwracamy się na pięcie. Na prawdę, musi to być piękna kobieta, żebyśmy zainteresowali się na poważnie losem biedaczki.

Potem zaś ludzi zachodu, ogarnia już frustracja i już nie są tak zabawni, jak wcześniej. Pakują się wtedy do autokarów i uciekają do zeuropeizownych kurortów. Porzucają już jednak marzenia o wielkości eksplorerów nieznanych światów i tylko wydają swe euro, oczekując na termin kolejnej zorganizowanej „wyprawy w dziką Amazonię”, organizowaną przez biuro podróży za astronomiczne pieniądze.

W każdym bądź razie, powracając do narracji, to właśnie tę minę, pojawiającą się na twarzycce dziecka, któremu pękł balonik, wyrysowaliśmy na naszych fizysach i rzekłem – Ale jak to!? Przecież wszystko było w porządku, skontrolowano nas, a wcześniej powiedziano, że przejście istnieje! – klarowaliśmy tonem niedowierzania.

– Kto was kontrolował, kto wam powiedział, że przejście istnieje? – zapytał pułkownik.

– No, jak to kto!? Bieniniańczycy!

– Ano, właśnie, w tym problem, widzicie, Beniniańczycy to idioci, przejście nie istnieje, nie ma rady, są na to oficjalne rozporządzenia.

Oczywiście, że Beniniańczycy to idioci, miał stu procentową rację. Nie wiem, czy na swej drodze spotkaliśmy głupszy naród. Rzecz w tym, że nam ta wiedza nic, zupełnie nie dawała. Wiadomo, że przedstawiciele, tej nacji, są skłonni powiedzieć wszystko, co tylko chce usłyszeć rozmówca. Tym samym, wiedzieliśmy, że mówią nam, że granica w tym lesie była, tylko dlatego, że my chcieliśmy, żeby ta granica tam była. Więc jeżeli, nie wiedzieli, czy istnieje przejście, to mówili, że tak, bo skoro pytamy, to pewno jest. Jeżeli natomiast, wiedzieli, że nie ma, to też odpowiadali „tak”, bo przecież, nie daj Boże, moglibyśmy zapytać, gdzie można przekroczyć granicę w innym miejscu, a on wszak, na więcej niż jedno pytanie, tego dnia przygotowany nie jest. Tylko, co z tego, że to wiedzieliśmy. Ewentualne „tak” mogło służyć jedynie, jako jakaś tam, mała legitymizacja podjętych działań i dawała możliwość grania naiwnych. Tylko, że co nam po legitymizacji udzielonej przez członka społeczności, powszechnie przez sąsiadów uważanej za kompletnych kretynów.

– To, co my teraz możemy zrobić? Mój Boże, co za bieda…, co za bieda. – Zaczęliśmy zawodzić jak stare baby i tylko spode łba zerkaliśmy na jego reakcje, w oczekiwaniu, że rozwiąże za nas problem.

– No nic, panowie, musicie wrócić, tak jak przyjechaliście. – Oznajmił.

Na to nie mieliśmy najmniejszej ochoty, takie rozwiązanie w ogóle nie wchodziło w grę.

– Tylko, że my nie wiemy jak przyjechaliśmy, nie mamy pojęcia jak nazywają się te miejsca, po prostu, na motocyklach wyjechaliśmy z lasu i tyle, nie damy rady wrócić. – Rozpoczęliśmy kampanię na rzecz pozostania w Inkanii.

– Ok., to ja wam wyjaśnię – wziął do ręki kartkę i długopis i zaczął rysować. Była to mapka, dokładnie odtwarzająca sposób w jaki wjechaliśmy, znałem pojawiające się tam nazwy doskonale lecz postanowiłem to kompletnie zignorować i przeczekać, aż do momentu, kiedy wypowiedział kluczowe w tej sytuacji słowa: – No i jak tam się znajdziecie, to jakiś taksówkarz na motorze, weźmie was z powrotem.

– No ale, jak to tak! Przecież tam nie ma granicy, sam Pan mówił, że to przejście jest nielegalne, przecież nie możemy sobie ot, tak po prostu, wjeżdżać, czy wyjeżdżać. – oświadczyłem, w głębi duszy kryjąc dumę z faktu, że dał się wpuścić w pułapkę.

Od tej chwili nie mógł już twierdzić, że nie ma przejścia. Mógł już twierdzić tylko, że nie ma przejścia oficjalnego. Przyznał też, że pod jego nosem, szefa lokalnego ministerstwa spraw wewnętrznych, w najlepsze taksówkarze jeżdżą przekraczając nielegalnie granicę. A skoro są taksówkarze, musi to oznaczać, że na owy proceder jest spory popyt. I on, szef, pułkownik, człek ważny, on o tym wszystkim, wie i do tego się jeszcze przyznaje.

Zmierzył nas wzrokiem, a jego mina nabrała srogiego wyrazu, wyglądał przy tym jakby bardzo chciał, aby ostatnie słowa w ogólnie nie padły. Były one jednak faktem. Znajdowaliśmy się mniej więcej w miejscu, w którym znaleźć się chcieliśmy. Tym razem, pomni lekcji udzielonej nam poprzedniego dnia oraz bogatsi o internetową wiedzę, wedle której Inkania to najbardziej skorumpowane państwo Ameryki Południowej, to my przystąpiliśmy do ofensywy.

Na naszych poczciwych twarzyczkach, wykwitła maska numer trzy. Biedni, strudzeni życiem chłopcy potrzebowali pomocy. Ich sytuacja była wszak, tak fatalna… i nie bez tego, że oni okazywali bardzo wiele empatii. Ileż zrozumienia dla pułkownika i jego ciężkiego położenia, znalazło się w ich słowach. Jak dalece rozumieli, że pomimo, iż bardzo chce, ciężko im pomóc.

Objaśniwszy, że przecież Świat się już prawie dla nas skończył, a na pewno się skończy jeżeli nie okaże nam ktoś pomocy, użyliśmy ogranego zwrotu: << przecież musi być jakiś sposób! Z pewnością możemy dość do jakiegoś porozumienia >>. Zapadła cisza. Teraz, po raz pierwszy, zaproponował nam, abyśmy usiedli. Do tej pory, dyskusję prowadziliśmy na stojąco.  Spojrzał na nas, jakby chciał przeskanować nas za pomocą promieni roentgena.

– Jakiego porozumienia? – Zapytał asekurując się.

– No nie wiem, a co mogłoby pomóc panu w pomocy nam? – Rozpoczęliśmy korupcyjne badanie urzędnika.

– Ale, co dokładnie macie na myśli? – Ciągnął grę, pomimo, że jestem przekonany, że doskonale zdawał sobie sprawę dokąd zmierzamy.

– Mamy na myśli pieniądze, – odparliśmy bez ogródek.

– Ale nie istnieje, żadna opłata, która mogłaby rozwiązać wasz problem, – wciąż się asekurował, na co my, jowialnie i chyba nieco ironicznie, odparliśmy: – Ależ wiemy, my chcemy zapłacić za pomoc.

Tu, ta krótka wymiana zdań urwała się. Nastąpiła konsternacja. Pułkownik nabrał najwyraźniej jakiś podejrzeń, bo wziął się do ponownej analizy naszych paszportów. Padały pytania: <<Jak masz na drugie imię? Gdzie się urodziłeś? Kiedy? Co jest stolicą Polski? Kiedy się urodziłeś? Gdzie? >>. I tak w kółko, odpowiadaliśmy na te same pytania chyba pięć razy. W końcu stwierdził: – W ogóle nie jesteś podobny do siebie na zdjęciu. – zwrócił się do mnie.

– Zmieniłem fryzurę. – Odparłem.

– No, faktycznie, jest inna – zauważył i przeszedł do części zasadniczej. – O jakiej sumie mówimy? – Zainteresował się.

– Nie wiem, może Pan zaproponuje.- Odparliśmy, nie mając najmniejszego pojęcia, ile to powinno być. Zresztą, w ogóle nie czuliśmy się zbyt pewnie, bo właśnie usiłowaliśmy korumpować szefa stanowego oddziału ministerstwa spraw wewnętrznych. Docierało do mnie, że to tak jakby w Polsce wciskać łapówę wojewodzie. Sytuacja była poważna, byliśmy w Inkanii nielegalnie, jako że nas oświecono, nie mogliśmy już udawać, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Problem zaś, chcieliśmy rozwiązywać za pomocą korupcji. Z pewnością, kilka paragrafów kodeksu karnego Inkanii wspomina na temat naszych poczynań. Stąd też uznaliśmy, że ustąpimy pierwszeństwa w propozycji Panu pułkownikowi.

Ten jednak naszej hojnej oferty nie przyjął i zwrócił się do nas następującymi słowami: – Nie, Panowie, ja nie mogę nic proponować! Czekam na waszą ofertę!

– Co on!? – pomyślałem – właśnie ubijamy tu interes, za który prawdopodobnie on może trafić do pierdla, a teraz nagle się przestraszył, czy co!?

Wyciągnąłem portfel, zmierzyłem wzrokiem trzysta słoneczek, jak zwie się waluta Inkanii i zwróciłem się do Pułkownika: – dwieście słoneczek?

– Nie no, Panowie, rozmawiamy poważnie, czy robimy sobie jaja!?- Zagrzmiał próbując nadać swym słowom żartobliwego tonu. Co, zresztą, nie wyszło mu za dobrze.

– Trzysta? – Zapytałem z barkiem nadziei w głosie, brzmiąc trochę jak pozbawiony godności kujon, żebrzący po egzaminie ustnym o dostawienie do czwórki, plusa.

– Nie no! – Żachnął się, spojrzał głęboko w oczy i powiedział: – Trzysta!? Trzysta, to może od jednego starczy!

– Kupa kasy na to pójdzie, – pomyślałem. – No ale cóż, nie mamy wyjścia. Jesteśmy te kilka stów od upragnionego celu.

W tym momencie, mój przyjaciel rozpoczął negocjacje, jakby był na jakimś straganie, najnormalniej w świecie, zaczął się targować.

– No ja chyba śnię! – pomyślałem i szybko dodałem na głos: – sześćset od nas obu! Zgoda! Tylko widzi pan, przy sobie mam zaledwie trzysta, muszę więc jechać do bankomatu. Zajmie mi to sekundkę, za chwilę będę.

Spojrzał na mnie jak na sztubaka. Sytuacja faktycznie była dość absurdalna. Doszliśmy do przestępczego porozumienia, którego stawka wcale nie była niska i zamiast ubić już interes i mieć z głowy, oświadczamy, że nie mamy pieniędzy i musimy iść do bankomatu. Nie miał jednak wyjścia. Zgodził się już i teraz nie mógł, a już na pewno, nie chciał się wycofywać.

Pułkownik zwąchał jednak zagrożenie i zaczął zachowywać się niezwykle podejrzliwie. Ja jego gabinet zdążyłem opuścić, pozostał w nim jednak, w roli zakładnika mój przyjaciel. Stał się on teraz ofiarą dość szczegółowego przesłuchania. Z paszportem w ręku, oficer zaczął wypytywać o szczegóły życiorysu, co chwilę wtrącając pytanie, czy po raz pierwszy jesteśmy w Puerto Madre de Dios. Za każdym razem słyszał odpowiedź, że owszem, że w ogóle pierwszy raz w Inkanii. Po którymś z kolei powtórzonym pytaniu stwierdził: – Po raz pierwszy!? Twój kolega dobrze zna miasto jak na pierwszy raz…

– Jak to!? – Usłyszał w odpowiedzi – Nie zna go w ogóle!

– No to, skąd tak doskonale wie, gdzie znajduje się bankomat?

Tłumaczył mu więc mój przyjaciel, że przyjechaliśmy wczoraj i że wiemy, że na placu głównym jest bankomat, bo potrzebowaliśmy pieniędzy na taksówkę.

Oficer jednak nie dawał się zbić z pantałyku. << Dwóch gości przekracza zieloną granicę, niby nie świadomie, ale jak się o tym dowiadują, za wszelką cenę nie chcą wracać, skłonni są płacić łapówki za zalegalizowanie pobytu, do tego sami je proponują >>, myślał sobie zapewne nasz pułkownik i rosły w nim wątpliwości. Obawy jego zaś wzmogły się jeszcze bardziej, gdy usłyszał od mojego przyjaciela, występującego tymczasowo w roli zakładnika i przesłuchiwanego, że skończyłem stosunki międzynarodowe. << Co sądzicie o polityce Wzenezueli!? A co o prezydencie Moralesie w Boliwii? Jakie są stosunki Polski z Rosją? A jak wygląda kwesta terroryzmu w waszym kraju? >>, począł indagować. Ciekawił się niezmiernie, jakie zagadnienia z zakresu stosunków międzynarodowych, obejmujące ojczyznę, której służy, będą mnie interesować .

Przyjaciel mój wyszedł jednak z tej rozmowy obronną ręką, gdyż, gdy wróciłem wściekły na lokalnych rikszarzy, którzy nie potrafili zlokalizować we własnym mieście budynku ministerstwa i zasypywali mnie pytaniami dokąd mają jechać, sprawa była załatwiona. W paszportach widniały już nowiutkie pieczątki, wypełnione mielśmy formularze wjazdowe, wszystko, jednym słowem, było w porządku. Wręczyłem pliczek banknotów i zagadnęliśmy jeszcze na koniec na temat trajeta andina. Gdy w odpowiedzi usłyszeliśmy << Co takiego!? >>, nie pytaliśmy już dalej. Wręczył nam jeszcze karteczkę opatrzoną jego imieniem i numerem telefonu i stwierdził : – Problemów już nie powinno być. Jakby co to dzwońcie.

Wyszliśmy na zewnątrz a na niebie wreszcie świeciło słońce tropików. Byliśmy wolni.

I już tylko śmialiśmy się, że nasz drogi Ivan, z pewnością wyśle teraz za nami inkaski kontrwywiad, aby utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy szpiegami.

W ten sposób wydostaliśmy się z matni. Zajęło to jakieś dziesięć dni i w trakcie całej podróży nie mieliśmy tak stresującego, męczącego i frustrującego czasu. Nasze myśli w trakcie całej tej przeprawy wędrowały niejednokrotnie w bardzo ciemne okolice, a do głowy przychodziły rozwiązania, które nazwać można, co najmniej, radykalnymi. Choć słowa Tyrmanda, które pojawiły się na początku tekstu traktowały zupełnie o kim innym, w zupełnie innych warunkach, o czym zresztą, przez litość dla tych osób, nie będę wspominał, wydało nam się, że żadna, inna fraza nie byłby w stanie tak doskonale zobrazować naszego położenia. Czuliśmy się paskudnie i zdawaliśmy sobie sprawę, że sytuacja, w której się znaleźliśmy jest o tyle trudna, że zupełnie nietuzinkowa. Brak możliwości wjazdu do jednego z kluczowych, w tym wypadku w sensie tranzytowym, państw, zupełnie ograniczał nasze perspektywy. Do tego dochodziła jeszcze przeterminowana wiza. Wszystko to niebywale redukowało wachlarz dostępnych opcji i nijako zmuszało do rozwiązań nieortodoksyjnych i jakby na to nie spojrzeć, nielegalnych. Ponad to, niezwykle przeszkadzała nam inteligencja, niechęć do pracy i sposób informowania lokalnych urzędników. Błądziliśmy wśród amazońskich lasów, niczym ślepcy, a najlepszym źródłem informacji zdawała się być mapa. Czytelnik zaś, musi wiedzieć, że kartografia południowoamerykańska w niczym nie przypomina tej, znanej z Europy. Dzięki lokalnym mapom niejednokrotnie można zabłądzić bardziej, aniżeli ich nie posiadając. Zatem, popularne w Polsce stwierdzenie być w dupie było w naszym wypadku jak najbardziej uprawnione. A skoro już znaleźliśmy się w kloace, to nic, nie mogło stanąć na przeszkodzie abyśmy poczuli się jak gówno. Stąd właśnie słowa Tyrmanda, tym razem potraktowane dość dosłownie.

Obeszło się jednak bez szaleństwa, a tak, bez trudu, można nazwać niektóre z pomysłów. Krótsi o niemałą ilość pieniędzy dobrnęliśmy do szczęśliwego zakończenia tej historii.

Dzisiaj, pisząc tytułem epilogu, jesteśmy już daleko od tych wydarzeń, zarówno w sensie czasowym, jak i geograficznym. Znaleźliśmy się na terenie innego państwa i choć na granicy znowu drżeliśmy, a i ręce nam się spociły, obeszło się bez najmniejszych kłopotów. To też, dzisiaj, opowiadamy tę historię z uśmiechem na ustach, bo przeżyliśmy nietuzinkową przygodę, a jak przytaczane już w tym tekście, polskie przysłowie mówi: Co się pośmiejemy, to nasze. Wspominając jednak ten czas, wciąż potrafią odżywać te wszystkie emocje i myśli nabierają czarnych odcieni. Wszystko to jednak, zdaje się być tak nierzeczywiste, że gdzieś w głębi duszy pada pytanie: – czy to tak było, czy nie było? Tylko się śniło?

PiK

Wszelkie podobieństwo miejsc, miast, państw, czy osób, do istniejących jest zupełnie przypadkowe. Cała historia jest wytworem latynoamerykańskej fantazji. Nigdy się nie wydarzyła i wydarzyć się nie mogła. Jest zupełnie nieprawdopodobna i w warunkach doskonale zorganizowanego i nieskorumpowanego kontynentu południowoamerykańskiego nie miałby najmniejszych szans na wydarzenie się.

Tagi: , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.