Najsuchsze miejsce świata

Posted by Admin on Maj 31, 2011 in Kategoria główna |

Atacama- najsuchsze miejsce na globie, pustynia otoczona wulkanami wspinającymi się na ponad sześć tysięcy metrów ponad poziom morza, świat tak suchy, iż ludzie krwawią z nosa, zwykłe oddychanie jest niemal niemożliwe, gdzie domy buduje się z rdzawej gliny, gdzie amplitudy temperatur dobowych przekraczają trzydzieści stopni celsjusza, w dzień cierpiąc gorąco a nocą szczękając z zimna zębami, gdzie bezmiar pustki ogranicza wyłącznie wyrastająca na horyzoncie kordyliera, a pustynne lisy zobaczywszy człowieka nieco tylko dziwią się jego obecnością, nie okazał się znowuż taki niezamieszkany. Po raz kolejny okazało się, że odwieczne siły popytu i podaży działają w każdych warunkach.

_DSC0046


Niewątpliwie magia jednego z „naj” miejsc świata gna w te strony spragnionych oryginalnych i ekstremalnych wrażeń eksploratorów. Ci zaś, rozpuszczając wieści wedle których Atacama to nie tylko suchy skrawek piachu i kamieni, ale też malownicze doliny o kształtach zdawałoby się wyrzeźbionych przez najwybitniejszych impresjonistów, będące efektem erozji eolicznej (wiatrowej), zwane księżycową i śmierci; gorące termy; gejzery; jeziora tak słone, iż ciało ludzkie unosi się na nich niczym na morzu Martwym; preinkaskie wykopaliska archeologiczne i potężne góry o ośnieżonych szczytach, których stoki w czasie zachodu słońca mienią się wszystkimi kolorami czerwieni; spowodowali, że tuż za nimi, ów niegościnny region postanowiło nawiedzić całe stado turystów. Ci zaś, jak powszechnie wiadomo, mają określone wymagania. Potrzebują ciepłego łóżeczka, gorącego prysznica, konkretną wałówkę (najlepiej pizzę), rozrywki wieczorno- nocne, sklepy wielobranżowe, jeepy, będące w stanie przebić się w miarę komfortowo przez bezdroża i inne niezbędne rzeczy, usługi i udogodnienia znane z Londynu, Paryża, Berlina, Saõ Paulo i Tel- Avivu.

Tam gdzie zaistnieje potrzeba, Homo Sapiens dotrze, gotów służyć bliźniemu, rzecz jasna, za określoną opłatą. Zatem, gdzie Wszechmocny stworzył świat skrajnie nieprzyjazny naszym ułomnym, kruchym i delikatnym ciałom, tam przemyślni Chilenos stworzyli San Pedro de Atacama.

Popełniliśmy już kiedyś zgryźliwy nieco tekst na temat argentyńskiego el Calafate, nazywając je fabryką turystyczną. I tak, jak el Calafate, onegdaj cichutkie miasteczko skryte w dolinie Andów patagońskich stało się karykaturą sensu podróżowania, tak San Pedro de Atacama można bez przesady nazwać jego młodszym bratem, co osiadł kilka tysięcy kilometrów na północ.

Ma ono bodajże tysiąc pięćset stałych mieszkańców. Już sama ta liczba, zważywszy na geograficzne położenie i pobieżną choćby analizę wykresów klimatycznych, robi niemałe wrażenie. Liczba ta jednak nie ma nic wspólnego z rzeczywistą ilością przebywających w tym pueblito osób. Spotkanie _DSC0127charakterystycznej twarzy, znanej być może czytelnikowi z obrazków ratowania chilijskich górników jakieś pół roku temu, należy do rzadkości. Na szutrowych uliczkach miasteczka dominuje typowa europejska biel. Językiem panującym jest bez wątpienia, angielski. Nie trudno też usłyszeć francuski, portugalski (w odmianie brazylijskiej- raczej południowej), czy niemiecki. O dziwo znacznie mniej spotyka się hebrajski. Nie mniej, wziąwszy pod uwagę, że ci młodzi żydowscy podróżnicy odwiedzający kontynenty świata, wszyscy jak jeden mąż są tuż po odbyciu służby wojskowej, gdzie gnani byli przez swych oficerów na wozach pancernych przez piaski rodzimych pustyń w pościgu za złowrogimi Palestyńczykami, konfuzja nieco się zmniejsza. Dzieci Ben Guriona, w Chile podobno preferują nad morskie kurorty Viña del Mar i Valparaiso.

W kafejkach internetowych spotkamy także przeuroczy holenderski, flamandzki i niekiedy charakterystyczną odmianę niemieckiego używanego w Szwajcarii. W kontaktach interkulturowych zaś, demokratyczna większość posługuje się dialektami: hiszpańskim łamanym, hiszpańskim wykrzywionym, hiszpańskim z czasownikami angielskimi, hiszpańskim migowym lub odmianą to jak to amigo, ja to do ciebie przyjeżdżam, a ty nie mówisz po mojemu!?.

Pozostając przez moment dłużej przy wątku lingwistycznym, warto odnotować jeszcze jeden fenomen. Otóż miejscowi (chociaż znakomita większość pochodzi z poza San Pedro) również zdemokratyzowała swój sposób mówienia. Po Chile podróżowaliśmy już wcześniej i bez wahania możemy stwierdzić, iż to właśnie w tym szczupłym kraju mówi się najbardziej zmodyfikowana wersją castellano. Chwilami, po raz setny słysząc monumentalne wprost cachai huevon!?, uznawaliśmy, że to już nie jest hiszpański, tylko chilijski, tak jak śląski, czy kaszubski bynajmniej nie są polskim. Tymczasem, w San Pedro de Atacama, ani razu nie słyszeliśmy tych wszystkich przedziwnych rzeczowników, którymi Chilijczycy zastępują nazwy rzeczy, miejsc, osób, przedmiotów i zjawisk, stosowanych z powodzeniem w całym hispano- języcznym świecie. Mamy tu do czynienia z niemal czystym kastylijskim i do tego pozbawionym akcentu!!! Oto mądrość etapu- demokracja zwycięża!

Wróćmy jednak już do podróży. Do San Pedro wjechaliśmy z Argentyny. Na graniczną przełęcz, położoną na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza, autobus wspina się ponad godzinę. Pokonywana różnica_DSC0016 poziomów sprawia, iż głowa najchętniej eksplodowałaby. W myślach pojawia się sadystyczna idea puszczenia tędy peletonu Tour de France, gdzie na etapie San Salvador de Jujuy – Paso Jama najwybitniejsi kolaże mogliby sprawdzić swoje najnowsze medykamenty.

Po przejechaniu najwyższego punktu, już tylko z górki na pazurki. Autobus mknie równiutką asfaltową szosą w dół, gdzie u stóp kordyliery rozciąga się rdzawy bezmiar najsuchszej z pustyń niebieskiego globu. Co pięćset metrów, przy szosie znajduje się tzw.Pista de emergencia. To, zdawałoby się około dwudziesto metrowy język asfaltu, przypominający niedokończony zjazd z autostrady. W praktyce za owym językiem znajduje się jednak coś interesującego, czego przeznaczenia nie od razu można się domyśleć. Na oko, stu metrowy, prosty pas ziemi został zasypany około pół metrowej głębokości żwirem. Po chwili zastanowienia dochodzi się do wniosku, iż eufemistycznie nazwana pista de emergencia, to po prostu ostatnia nadzieja dla kierowcy pojazdu pozbawionego hamulców. Ten rodzaj usterki musi być całkiem popularny w tych stronach, gdyż owych pasów lądowania znajduje się wzdłuż szosy multum.

Po zjechaniu do doliny, najpierw po lewej stronie mijamy lotnisko, a następnie wjeżdżamy do osady, gdzie nad szosą na dużym banerze widnieje napis witający nas w komunie San Pedro de Atacama. Miasteczko początkowo robi wrażenie dość specyficznego. Wszystkie budynki zbudowane zostały z brązowo czerwonej gliny. Ich dachy pokryto falistą blachą i obowiązkowo zaśmiecono malutkie podwóreczka. Dzieci niemiłosiernie umorusano i wypuszczono do zabawy na uliczkach miasta.

Ponieważ w tych stronach wszystkie drogi prowadzą właśnie tutaj, Chilijczycy pozwolili sobie na luksus postawienia swojego punktu kontroli granicznej w mieście. Każdy wjeżdżający i wyjeżdżający pojazd zatrzymuje się zatem przy glinianym domku, gdzie urzędują granicznicy i musi się odprawić. A odprawa Chilijska jest najprościej to ujmując, upierdliwa. Zdarzyło się nam pokonywać na tym kontynencie już znaczną ilość granic. Paszporty wyglądają jak bożonarodzeniowe drzewka obwieszone pstrokatymi bombkami i rozświetlane irytującymi, mrugającymi na okrągło kolorowymi lampkami. Zamiast naszych zdjęć w dokumencie powinna się znajdować jeszcze podobizna Świętego Mikołaja i Rudolfa, jednego z jego reniferów.

Granicę wenezuelsko – brazylijską, zdawałoby się, że ze względu na przemyt narkotyków i broni, obciążoną dość znacznym ciężarem gatunkowym pokonuje się bez najmniejszej kontroli. Wsiada się w taksówkę, która po prostu przejeżdża przez linię graniczną. Jeżeli nie zwróci się kierowcy uwagi na potrzebę przejścia procedur granicznych i otrzymania pieczątek, wjedzie się do kraju kawy, tak jak pokonujemy granice w strefie Shengen, tyle że nielegalnie. Zabawna jest także tzw. Triple frontera brazylijsko- paragwajsko- argentyńska. Do Paragwaju sprowadza się auta kradzione w Brazylii, gdzie przechodzą one proces, który miejscowi zwą legalizacją. W drugą stronę zaś, z Paragwaju do Brazylii trafia ogromna ilość broni. Tymczasem granicę na Moście Przyjaźni przejeżdżaliśmy nie raz, pokonując ją charakterystycznym Volksvagenem ogórkiem z przyciemnianymi szybami, w którym mogliśmy mieć spokojnie ze sto kilo narkotyków, podobnie jak wcześniej wenezuelską nie nękani przez nikogo. Jeszcze fajniejsza jest granica paragwajsko – argentyńska. Tę przekracza się na znoszonym przez silny prąd Parany, promie. Dojeżdżając do przeprawy, nasz paragwajski przyjaciel objaśniał nam, że tutaj, na całej tej przestrzeni uprawia się marihuanę, a za jej kilogram zapłacimy 10 $ amerykańskich. W kolejce do promu stoi z piętnaście takich ogórków jak ten, którym my się poruszamy. Po ugięciu ich zawieszenia domyślamy się tylko, że są wyładowane są po brzegi, ich szyby są bowiem czarne. Tymczasem, my, gringos potrzebujemy odprawy paszportowej. Chodzimy więc i szukamy jakiegoś oficera. Gdy już zaczęliśmy się drzeć, że potrzebujemy pieczątki, jowialny grubasek w kraciastej koszuli nie dopinającej się na brzuchu, zwlekł się ze swojego miniaturowego krzesełka i zaprosił na do biura migracyjnego. Przybił nam po pieczątce, nie oglądając nawet zdjęć, Kisiel pstryknął mu foto, co mnie z resztą nieco przeraziło, bo bądź co bądź to oficer celny w swojej jednostce i wyszedł na zewnątrz zażyć nieco słońca, które tego dnia pięknie unosiło się nad spotkaniem dwóch wielkich rzek- Parana i Iguaçu. Załadowaliśmy się na prom, przepłynęliśmy i po stronie argentyńskiej sytuacją się mniej więcej powtórzyła. Znowu musieliśmy szukać jakiejś budy z oficerem. Tym razem, różnica polegała wyłącznie na tym, iż oficer był w mundurze i obejrzał nasze fotografie. Po wbiciu pieczątki spokojnie wróciliśmy do ogórka i oficjalnie byliśmy już w Argentynie. Tak mniej więcej wygląda większość przejść granicznych w Ameryce Południowej. Lecz nie chilijskie, a w zasadzie nie północno chilijskie.

_DSC0190

Chile postanowiło sobie zafundować super reguły dotyczące przewozu produktów pochodzenia organicznego. Nie wolno wwozić owców, warzyw, mięsa, nawet piór ptasich umieszczonych w jakiś pamiątkach. Do tego trzeba wypełnić za każdym razem dwie deklaracje. Jedną dotyczącą tego czym się zajmujemy (ja najczęściej podaję się za artystę, Kisiel zaś za projektanta mody lub lumpa), gdzie jedziemy i po co (tej absolutnie nikt nie czyta) i drugą obszerniejszą dotyczącą zawartości naszych plecaków (na tę ktoś może tam zerknie). O ile w Patagonii, granicznik zapyta się nas, czy na pewno nie mamy owoców i nawet jeżeli z naszych plecaków będzie się dobywał zapach empanad i szczekanie pudla, usłyszawszy odpowiedź, że nie, oddali się ukontentowany, o tyle na północy robi się już jebliwie. Na przejściu Avanzada los Libertadores, chyba największym południowoamerykańskim przejściu granicznym, położonym u stóp masywu Aconcagua, na drodze łączącej Santiago de Chile z argentyńską Mendozą graniczników wyposażono w aparaty roentgenowskie. Prześwietlają wszystko i wszędzie znajdują coś podejrzanego, więc każdy musi otwierać swoją ruchomość i prezentować co tam podejrzanie ciekawego przewozi. Niekiedy dochodzi do sytuacji dość absurdalnych. Raz po prześwietleniu, zostałem wzięty na stronę i dyskrecjonalnie zapytany, czy przewożę szpadę. Odpowiedziałem, że nie, więc zapytano mnie o miecz. Powiedziałem, że miecza też nie mam, ale za to wiozę maczetę. Pokaż!- zaordenował oficer. Wyciągnąłem więc maczetę, po czym panowie znaleźli jeszcze duży nóż, mały nóż, scyzoryk, kompas, manierkę i hamak. Po co ci to Gringo!?- zapytano mnie, uznając najwyraźniej, że jestem jakimś chilijskim rezydentem FARC lub Sendero Luminoso (Świetlisty Szlak).

– Żeby przetrwać w dżungli- odparłem.

– W Chile nie ma dżungli gringo– usłyszałem odpowiedź.

Wzruszyłem ramionami i stwierdziłem, że nic na to nie poradzę.

Celnicy zebrali się, pooglądali dokładnie moje rzeczy, potem jeszcze, dorwali się do robiącego wrażenie noża Kiśla i będąc już nacieszonymi widokiem, oddali nam wszystko stwierdzając, że powyższe przedmioty nie znajdują się liście rzeczy zakazanych.

W San Pedro nie ma jednak roentgena, więc urocza pani oficer przywdziewa gumową rękawiczkę, co wygląda, jak gdyby chciała zbadać nam prostaty i zaczyna macanko wnętrzności naszych plecaków. Wyłącznie po ruchu jej brwi i zmianie kształtu oczu domyślam się do czego właśnie się dobrała. Oczywiście pomija przy tym połowę rzeczy lecz już po chwili stwierdza, że wszystko jest ok. My tymczasem bezczelnie zawsze wozimy wałówę, bo wiemy, że te lenie nigdy się do tego nie dobiorą. Po za tym tracimy zawsze na tym jakąś godzinę a nasze brudne skarpety walają się zazwyczaj po całym pokoju. Taki jest właśnie sens chilijskich, wysoce upierdliwych kontroli.

Cóż jednak począć, suweren zadecydował, my pokornie musimy się poddać, skoro wjechać i zobaczyć chcemy. W Chile, a w szczególności w San Pedro, to wcale nie kontrola graniczna najbardziej odstrasza. Czymś, co ciężko przeżyć są ceny. Szczególnie dotkliwie odczuwa się to przyjeżdżając tu z Boliwii. Niemniej jednak, po doświadczeniach argentyńskich tez włos na głowie się jeży. Nie przesadzając ani odrobinę, za trzy porządne obiady, możnaby przejechać Boliwię wzdłuż i wszerz, tutaj zaspokoimy jedynie na kilka godzin potrzeby żołądka. Wszędzie, gdzie chce się pojechać trzeba dołączyć się do zorganizowanej wycieczki. Jedynie, połowiczną wolność daje wypożyczenie rowerów, co rzecz jasna za darmo też nie jest. Bicyklem jednak dojedziemy tylko do części rozsianych po Atacamie miejsc.

galeria zdjec z Atacama

Postanowiliśmy zatem żyć niemal o wodzie i chlebie i zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Zaczęliśmy od wizyt w biurach podróży celem porównania ofert. Efekt? Spodziewany- mamy rzecz jasna do czynienia z oligopolem lub najprostszą pod słońcem zmową cenową. Wszędzie wszystko kosztuje tyle samo, żadnej konkurencji, golenie frajerów musi przebiegać gładko i bezkonfliktowo. Zrobić z tym jednak nic nie możemy. Kupujemy zatem pierwszą naszą wycieczkę (bo nazwanie tego wyprawą byłoby świętokradztwem) do miejsca dość wyjątkowego i zupełnie nie pasującego do tutejszego otoczenia.

W miejscu zwanym Puritama, z ziemi wytryskają gorące wody, tworząc zieloną oazę otoczoną przez surowe, rude piaski pustyni. Miejsce z pewnością zasługuje na uwagę ze względu na swoją oryginalność, ale także dlatego, że woda zbierająca się w basenikach, które tworzą tarasy jest po prostu fantastyczna. Jako gorący puritama14zwolennik wanien, w Ameryce Południowej niebywale cierpię. Niedawno stuknął nam rok i cztery miesiące na kontynencie niegdyś zwanym nowym światem i ani razu nie miałem okazji wyłożyć się z książką i słuchawkami na uszach w gorącej wodzie i przez kilka godzin doświadczyć tego niezwykłego uczucia jakim jest najprostsza w świecie kąpiel. Tym bardziej przybycie do Puritama stawało się priorytetowe. Oczywiście zdjęcia należy zrobić, podziwiać kaprys natury tworzącej tak niezwykłą słodko – wodną oazę pośród piasków najsuchszej pustyni świata, lecz ukoiwszy podróżnicze sumienie, można przywdziać gacie plażowe i trzęsąc się z zimna dobiec do parującej wody, wskoczyć, ulokować plecy pod malutkim wodospadem i będąc masowanym przez siły przyrody, zapomnieć o bożym świecie.

Miejscami wartymi odwiedzenia na pustyni Atacama są z pewnością Doliny Śmierci i Księżycowa. Początkowo chcieliśmy wybrać się tam na rowerach. Niemniej dość szybko spostrzegliśmy kuszącą ofertę, której uledz musieliśmy. I tym razem dać znała o sobie tęsknota. Tym razem za snowboardem. O ile o śniegu, na Atacamie, rzecz jasna mowy być nie może o tyle, jest na niej pod dostatkiem piasku. Również wysokie wydmy nie są tu rzadkością. Ten splot okoliczności oraz zatrzęsienie turystów sprawiło, iż miejscowi znaleźli Europejczykom kolejną rozrywkę, czyli sandboarding. Jako że oprzeć ofercie się było nie sposób, kolejnego dnia dopasowaliśmy sobie przed małym biurem podróży w San Pedro deski, wrzuciliśmy na bagażnik jeepa i ruszyliśmy na wydmy Doliny Śmierci by sprawdzić z czym owy sport przypominający do złudzenia kochany snowboard się je. Najpierw należało jednak jeszcze przekręcić wiązania, ustawić je w ulubioną kaczuchę, nasmarować świeczką deski i wspiąć się na około stu pięćdziesięcio metrową wydmę. Później pozostawała już sama jazda. Ta jak się okazało, wcale nie była taka prosta. Sandboarding ze snowboardingiem jest niewątpliwie spokrewniony, niemniej oba sporty trochę dzieli. Przede wszystkim na piasku wszystko odbywa się wolniej i oporniej, co chwilę, nie pamiętając o unoszeniu nosa zakopujemy się w piachu, który momentalnie nas hamuje i kończymy z umorusaną gębą. Skręcanie też nie jest intuicyjne jak to ma miejsce na śniegu. Tu przechyliwszy się nieco celem ułożenia deski na piachu, już po chwili układamy na nimSL270488 nasze zęby, gdyż deska najnormalniej w świecie odmawia złapania właściwego promienia skrętu. Być może to kwestia praktyki, gdyż ostatnie zjazdy były już znacznie lepsze od pierwszych, niemniej jednak pomimo, iż sandboarding to wspaniała zabawa, to nie dorównuje ani odrobinę swemu starszemu bratu ze śniegu. Zresztą potwierdził to mimochodem towarzyszący nam instruktor. W trakcie rozmowy zapytałem go, czy miał okazję szusować na snowboardzie. Odparł, iż owszem, raz miał przyjemność, ale mu się nie za bardzo podobało, bo było za ślisko i czuł się jakby jeździł na mydle…

Valle de la luna i Valle de la Muerte to wyrzeźbione w piaskowcu przez wiatr doliny, urozmaicające monotonie płaskiego krajobrazu. Mamy tu do czynienia z postrzępionymi pagórkami, wąskimi skalnymi ścieżkami, nieraz układającymi się w labirynt, niczym znane z Polski sudeckie Wambierzyce czy Szczeliniec. Mocno postarawszy się, znajdziemy dziurę, która okazuje się wrotami jaskini. Wszechobecny jest też autor owych dolin, czyli wiatr, niosący ze sobą piach docierający do oczu, nozdrzy i uszu w ilości zapewniającej możliwość budowy osiedlowej piaskownicy. Dominującym kolorem, zresztą nie tylko dolin ale i całej Atacama jest specyficzny rdzawy odcień czerwieni. Podobnie jak święta aborygeńska góra Uluru (w języku białego człowieka nazywana Ayers Rock), wraz z zachodzącym słońcem możemy tu obserwować niezwykłą transformację kolorów, przejść po całej gamie, od czerwieni jasnej, niemal szarej, przez coraz ciemniejszą, ogniście pomarańczową, aż do karmazynu i nagłego zapadnięcia się w czerń. Nie jest to show tak niezwykły jak ten australijski, niemniej tu, na Atacama również skala jest nieporównywalna. Siedząc na jednym z wyższych wzgórz Księżycowej Doliny, owy koncert podziwiamy na całej szerokości horyzontu. Ów niezwykły obraz, niczym na kinowym płutnie, słońce wyświetla nam na stokach wulkanów, których graniami przebiega chilijsko- boliwijska granica. I tylko ośnieżone szczyty pozostają nieczułe na twórczą siłę oświetlającej je gwiazdy.

Valle de la Luna

Valle de la Luna

cdn…

PiK

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.