Najsuchsze miejsce świata cz. II

Posted by Admin on Cze 1, 2011 in Kategoria główna |

Dnia kolejnego przyszedł czas na nieco więcej wysiłku fizycznego (szczególnie, że przygotowujemy się do dość wymagającej wyprawy, podczas której krzepa _DSC0122niewątpliwie się przyda) i wypożyczyliśmy dwa zajechane jak rolnicze chabety rowery. Plan, tym razem, po za oczywistymi urokami krajobrazów, skupiał się na wydarzeniach kulturalnych. Pierwszym wydarzeniem kulturalnym było zwiedzanie preinkaskich ruin, drugim wydarzeniem kulturalnym było zwiedzanie preinkaskich ruin. Owa monotonia wynikała przede wszystkim z faktu dostępności. Łącznie pokonaliśmy około trzydziestu pięciu kilometrów (wliczając załatwianie wszelkich spraw w miasteczku, których nie chciało nam się robić na piechotę) i absolutnie wystarczyło, aby wieczorem nogi ciążyły jak ołów, a tyłek bolał tak, że na samą myśl o dłuższym korzystaniu z ubikacji jeżył się włos na głowie. W zasięgu naszych rumaków pozostawały zatem zaledwie te dwie pozycje, które wbrew pozorom zapowiadały się całkiem nieźle. Wyruszyliśmy zatem do pierwszego- ruinas de Tulor. Początkowo pokonywaliśmy wygodną, asfaltową, rzadko uczęszczaną, równą drogę. Następnie zjechaliśmy z niej, na znacznie mniej wygodną szutruweczkę, która przejechaliśmy przez  jakąś miniaturową wioskę, o której, bardzo wątpię, czy pamięta Pan w niebie.

Nawiasem mówiąc, zastanawiając się głębiej, nad tematem, który, przynajmniej jeszcze przed naszym wyjazdem przewijał się w dyskursie społecznym, czyli nad tzw. wyrównywaniem szans w Polsce (szczególnie dotyczyło to dzieci z regionów wiejskich i tzw. Polski B), kiedy wjeżdża się w takie miejsce jak ta bezimienna osada ludzka, owa dyskusja staje się na prawdę śmieszna. Urodziwszy się w takim miejscu, gdzieś na obrzeżach najsuchszej pustyni świata, bez dostępu do podstawowych mediów, nigdy nie widząc zbiornika wody większego niż micha, ma się szanse, których już nie da się wyrównać. Tutaj, człowiek rodzi się, na starcie niepełnosprawny. I, o ile Brazylijczykowi z wielkiego miasta, po prostu, nie wolno stwierdzić, że Polska leży niedaleko Nowej Zelandii, i takiego delikwenta wprost należy wyśmiać, wypunktować i sprowokować do dalszego ośmieszania się, o tyle bachor z Atacama, nie ma skąd tego wiedzieć. Jego percepcja geograficzna nie sięga prawdopodobnie dalej niż Santiago i najbliższy łańcuch górski, oddzielający go od reszty świata. Czerwony piasek to jeden z nielicznych kolorów jakie zna, pojęcie morza jest wyłącznie abstrakcją, odległości geograficzne, kontynenty, półkule, oceany, hemisfery, doliny, wyżyny, płaskowyże, rzeki, rasy ludzkie, gatunki zwierząt, to już nieosiągalne przez racjonalizm obiekty ze świata mitów i legend. Kończąc już ten przydługi abstrakt, przypomina się piosenka, znanego, zresztą przeze mnie lubianego, polskiego zespołu pt. „Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja”, oczywiście traktującym o naszej kochanej i biednej Ojczyźnie. Otóż, w stu procentach się zgadzam, tyle że są miejsca na ziemi, a nawet spore regiony, gdzie rodzimy się od razu zrobieni w ch…, z niezmazywalnym znamieniem na czole. U nas, w Polsce, przynajmniej można spróbować się nie dać.

boisko na koncu swiata

boisko na koncu swiata

W owej bezimiennej dziurze, dojechaliśmy w końcu do miejsca, które po raz kolejny potwierdziło, iż ludzkość globalizuje się w skali wprost niewyobrażalnej. Na tym suchym, biednym, zapomnianym skrawku ziemi ktoś się pokwapił, sprzątnął cały żwir i kamienie z placu o długości jakichś stu dwudziestu metrów i szerokości, powiedzmy, osiemdziesięciu, następnie nazbierał drobnych białych kamyczków, którymi wyrysował linie, skombinował, Bóg jeden wie skąd, jedną bramkę, po przeciwnej stronie wbił w ziemię dwa patyki i tym samym stworzył pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej. Być może wydaje się to prozaiczne, ale uwierzcie mi drodzy czytelnicy, w miejscach takich jak to, rzeczy, które dla nas, europejskich białasów są prozaiczne, tutaj mogą uchodzić za obiekty kultu.

Dalej, pełna piachu, który dotarł już do wszystkich zakamarków naszych ciał, droga wprowadziła nas z wiochy i przejechaliśmy jeszcze jakieś trzy kilometry, gdzie w końcu dotarliśmy do bramy czegoś co się bodajże nazywało Reserva biologica de Flamencos- Tulor, czy coś w tym rodzaju. W każdym bądź razie, już na kilometr widać było, że ktoś chce nas zrobić, w to, w co, chcą zrobić autora wspomnianego wyżej polskiego utworu. ¿¡Bo, skąd, do diabla, na suchej jak zapałka pustyni flamingi!? Owszem, po drugiej stronie gór, w Boliwii są jeziora i są tam flamingi i owszem, w innym regionie Atacama, też są jeziorka i być może, są tam flamingi (chociaż, na pewno nie teraz, zimą, za zimno), ale nie tu, gdzie się znajdujemy, tu z pewnością, w tym miejscu nie ma żadnych jezior, a nie wynaleziono jeszcze flaminga napędzanego żwirem. Poza tym, tu miały być ruiny, a nie flamingi, jak będę chciał obejrzeć flamingi, to wypożyczę rower i pojadę oglądać flamingi, a teraz przyjechałem na preinkaskie ruiny. Za tymi flamingami musiał kryć się jakiś przekręt, bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. No i faktycznie, wszystkie przewodniki i informatory z San Pedro mówią jasno: Tulor- ruiny, wejście- 2000 peso chileno. O żadnych flamingach ani słowa, tak samo, jak nikt nie twierdził, że wejście kosztować będzie pięć tysięcy. A tu, na bramie, nowiutka tekturka, wyrwana prosto z jakiegoś pudełka po butach, na której nabazgrano, że entrada kosztuje pięć kafelków, oznajmia nam, że właśnie ktoś nas robi w znany już z wcześniejszej partii tekstu narząd męski. No, ale co tam, niezrażeni przekraczamy bramę, ja wierzchem, Kisiel piechotą, gdzie zatrzymuje nas umundurowana kobiecina. Pytam zatem, jak z tym wejściem, a ona, że pięć, a ja, że miało być nie pięć, tylko dwa, a ona, charakterystycznie po latynosku, nic sobie z tego nie robiąc, ze pięć. Na to, ja- że my chcemy ruiny zobaczyć, żadne flamingi nas nie obchodzą. Ona _DSC0149odpiera, że ruiny są tu, zaraz, sześćset metrów stad i milknie zadowolona, nic nie robiąc sobie z mojej pogardy dla oglądania flamingów na pustyni Atacama. Czekam jeszcze chwilę, aż ustosunkuje się do mojego kategorycznego sądu, nie uzyskuję nic, rzucam zrezygnowane gracias i się wycofuję.

Konsultujemy się z przyjacielem i zgodnie, stwierdzamy, że się ewakuujemy, bo nas tu chcą zrobić w jajo, tymczasem w naszych głowach rodzi się złowieszczy plan wydymania ich. Bo, jak mówi Adam Miałczyński w „Dniu Świra”, co mi będzie ta żółta kukiełka p……ić, oni mogą sobie chcieć swoich pięciu tysięcy, a my nie na darmo, urodziliśmy się nad Wisłą i skoro już, tu się przywlekliśmy, to te ruiny zobaczymy, czy tego chcą, czy nie. Wracamy wiec szutrówką, pozornie dając do zrozumienia funkcjonariuszce, że się poddajemy, tymczasem, przejechawszy jakieś sześćset metrów, zniknąwszy z pola widzenia strażnicy, odbijamy w pustynię, zjeżdżamy jeszcze kilka set metrów w dół, porzucamy rowery, spinając je tylko ze sobą, kamuflujemy się z lekka i zaczynamy manewr okrążający.

Na pustyni nie stawia się płotów, jest to bez sensu, bo nikt po pustyni się nie włóczy. Wystarczy postawić punkt kontroli, czy szlaban na drodze i nikt nie wlezie. W teorii, bo jak się jest z Polski, to się wlezie, gdzie się chce, nawet jeżeli trzeba będzie łazić po najsuchszej pustyni świata. Także, wątpiąc w umiejętności obserwacyjne żółtej kukiełki, jednakże, wciąż przyczajeni nieco za wydmami, zaczęliśmy obłazić całą tę budę strażniczą, z utrzymaniem jak największej odległości. Środek dnia, więc słońce praży niemiłosiernie, nieopuszczający nigdy tych stron wiatr wieje, oczywiście w oczy, jakby świadomy, popełnianego przez nas czynu, próbuje skarcić.

galeria zdjec z pustyni Atacama

Trzeba przyznać, że marsz po pustyni nie jest frajdą, idzie się ciężko, jeszcze ciężej oddycha, półtora litra wody, które ze sobą wzięliśmy szybko się wyczerpuje. Ponadto, na zbitym podłożu niemal nie zostawiamy śladów, co nie wróży najlepiej na powrót. Niemniej, dookoła jest niezwykle. Nie można tego obrazu nazwać pięknym, on jest raczej kolosalny. Bezmiar pustki jest oszałamiający. Gdzieś za plecami, w oddali, ograniczają ją wspominane już wcześniej wulkany, przed nami zaś, schodząca wciąż w dół, przestrzeń, na której obserwujemy tylko piach, żwir, wydmy i suchusieńkie o tej porze roku, porosty (w tych okolicach pada raz, czy dwa razy w roku, zawsze pod koniec lutego). Nad nami, nieboskłon o niespotykanej wcześniej głębi błękitu, ciemniejącej nieco, im bliżej horyzontu i jaśniejącej u szczytu, który zajmuje król, ognista kula,_DSC0156 gwiazda zwana słońcem, która suszy tutejsze równiny z niemiłosierną precyzją, nie odpuszczając nawet najmniejszemu skrawkowi ziemi, który z nieznanego nikomu źródła, zażył nieco wilgoci.

Nie muszę chyba zaznaczać, że Flamingów żadnych nie ma, gdybyśmy zabulili i się zapytali, prawdopodobnie powiedzianoby nam, że odleciały. Zresztą, bardzo możliwe, że wszystkim, którzy płacą, tuż po uiszczeniu opłaty, oświadcza się, że niestety, dnia dzisiejszego nie przyleciały. Jak już wcześniej zostało wspomniane, golenie frajerów musi przebiegać sprawnie i przyjemnie.

Były za to ruiny, otoczone małym murem, co nam niewątpliwie sprzyjało, gdyż dobiegłszy szybko do niego, znaleźliśmy się poza możliwościami obserwacyjnymi strażnicy. Obok stanowiska archeologicznego, znajdowały się też dwie budy, co do których mieliśmy małe podejrzenie, że może w nich rezydować jakiś cieć, czy inna persona o podobnej profesji. Ustaliliśmy zatem dwie taktyki, zgodnie z doskonale sprawdzającym się w Ameryce Południowej kluczem rasowym. Jeżeli będzie biały, to rżniemy głupa i stwierdzamy, że sobie tylko tak, spacerowaliśmy po pustyni i zaszliśmy w te strony, nie wiedzieliśmy, że tu jest rezerwa i że już sobie idziemy. Natomiast, o ile urzędującym okaże się indianin, to wchodzimy na bezczela, zachowując świetny nastrój i udając, że zapłaciliśmy i wszystko jest w najlepszym porządku.

Żadnego ciecia jednak nie było, więc podeszliśmy do tego, co lokalni Tutsi zwą preinkaskim stanowiskiem archeologicznym i ogarnął nas pusty śmiech. W miejscu wykopaliska znajdowało się rozrzuconych bez żadnego ładu, kilka kamieni. Ktoś, kto w tym doszukał się śladów działalności ludzkiej, musi być na prawdę, niezwykle spostrzegawczym znawcą. Nie poświęcając tej nędznej stercie więcej czasu, uznaliśmy, że w naszym strategicznym interesie znajduje się odwrót.

Tak też uczyniwszy i z nijakim trudem odszukawszy nasze ślady, doszliśmy po nich do chabecin, zwanych przez miejscowych irokezow z San Pedro de Atacama, rowerami.

Udaliśmy się w kolejne miejsce, które zapowiadało się nieco ciekawiej, niż Tulor. Zresztą, chyba nawet, dla trzecioklasisty, wystawienie Halki w Narodowym, zapowiada się ciekawiej niż Tulor.

Pukara de Quitor, to niemałych rozmiarów preinkaska forteca zbudowana na stokach jednego z najwyższych w okolicy San Pedro de Atacama wzgórz. Leży zaledwie trzy kilometry od miasta i poza faktem konieczności pokonania po drodze rzeki,  szutrową drogą dociera się tam szybko i przyjemnie. Już z daleka widać, że Quitor będzie znacznie ciekawszy od Tulor. Pomimo upływu lat na stoku wciąż możemy podziwiać zbudowane w systemie tarasów ruiny fortecy. Mury wytrzymały próbę czasu i wciąż wznoszą się na około półtora metra, dając dzięki temu pełen obraz królującej niegdyś nad okolicznymi terenami warowni.

Pukara de Quitor

Pukara de Quitor

Ponadto ze szczytu rozciąga się widok na całą pustynię. Tuż przed nami widzimy małą oazę, gdzie wybudowano San Pedro de Atacama, kilkanaście kilometrów za nim z płaskowyżu wyrastają potężne pięcio i sześcio tysięczne wulkany, z położonym najbliżej Licancabur na czele. Gdzieś w oddali, próbujemy też dojrzeć szczyt potężnego Ojos del salar (6891 m n.p.m.), najwyższego wulkanu świata i drugiej najwyższej góry w zachodniej hemisferze, na którą wyprawę zniweczyła wyłącznie zbyt wygórowana cena stawiana przez przewodników. Warto też dodać, iż Ojos del Salar został zdobyty po raz pierwszy przez polską ekspedycję andynistyczną. W 1937 roku, pierwszymi ludźmi na szczycie tej potężnej góry byli Jan Alfred Szczepański i Justyn Wojsznis. Obecnie Ojos del Salar jest dostępny dla śmiałków chętnych spróbować swoich sił. Ekspedycja trwa dziesięć dni i nie wymaga umiejętności wspinaczkowych. Niestety, tak jak napisałem powyżej, cena skutecznie odstrasza amatorów takich jak my.

Powracając do szczytu Quitor, u stóp wulkanów, na południe od San Pedro de Atacama, rozciąga się płaskowyż, na którym leży właściwa pustynia Atacama. Ten płaski jak stół teren urozmaicają wyłącznie jaśniejsze nieco plamy na rdzawym tle, które są słonymi jeziorami, a właściwie to stawami lub też pozostałościami po nich, czyli skrawkami ziemi pokrytej kilku centymetrową warstwą soli, nazywaną lokalnie salar.

Okolice San Pedro oferują znacznie więcej, aniżeli zobaczyliśmy. Rzecz jednak w tym, że kolorowe słone jeziora, których skład wyczerpuje połowę tablicy Mendelejewa, gejzery, czy słone pustynie, mieliśmy okazję podziwiać przy okazji eksploracji części Altiplano znajdującej się w południowo- zachodniej Boliwii, na południe od miasta Uyuni i największej solnej pustyni świata Salar de Uyuni. Ta kraina znajduje się po drugiej stronie łańcucha wulkanów, tak doskonale widocznego z San Pedro i z pewnością zasługuje na osobny tekst, którego na pewno się doczeka.

Z San Pedro de Atacama powrót do Boliwii okazał się odyseją. Nie będę się rozwodził nad szczegółami tej podróży, streszczę tylko podstawowe fakty, które być może posłużą innym podróżnikom, którzy zawędrują w te okolice.

Pierwszym błędem jaki popełnia się nagminnie w Ameryce Południowej (szczególnie w rejonach zamieszkanych przez indian, lecz nie tylko, dezinformacja tego typu jest także szeroko spotykana w dużych miastach Brazylii) jest sposób zadawania pytań. Latynos nigdy w życiu nie odpowie, że nie wie. Jest dla niego dyshonorem przyznanie się do niewiedzy. Ta sytuacja szczególnie się potęguje, jeżeli pytamy o rzeczy lub miejsca związane bezpośrednio z miejscem, w którym żyje. Nie sprzyja też obecność kolegów lub lubej, przy których to wykazanie się precyzyjną odpowiedzią jest wprost nieodzowne.

Dlatego właśnie w Ameryce Południowej nigdy nie należy formułować pytań, na które możliwa jest odpowiedź tak/nie. Wyłącznie, gdy zmusimy naszego interlokutora do dłuższej wypowiedzi, po sposobie w jaki będzie odpowiadał, jesteśmy w stanie, czy faktycznie udziela nam wskazówek, czy najnormalniej w świecie konfabuluje. Z czasem doświadczenie pozwala odróżniać te dwa typy wypowiedzi bez pudła.

Jeżeli jednak, będziemy zadawać pytanie typu, czy autobus do miasta x, odchodzi jutro o czwartej, to pomimo iż indagowany, w życiu nie słyszał o mieście x, nie ma pojęcia, co to jest autobus i w ogóle nie zna się na zegarku, ze szczerością wypisaną na swej fizjonomi, bez nawet najkrótszego momentu wahania, odpowie, że owszem. W takich sytuacjach, zawsze uzyskamy odpowiedź twierdzącą. Dzięki temu, my, jesteśmy zadowoleni, a zapytany, ma święty spokój i uniknął kompromitacji związanej z popisaniem się niewiedzą.

_DSC0071

Dzięki tej postawie, w Ameryce Południowej można naprawdę solidnie pobłądzić. I stanie się to zarówno w wymiarze lokalnym, jak i nieco szerszym.

Pierwszą próbę przekroczenia granicy podjąłem w poniedziałek. Chciałem dojechać z San Pedro do przejścia granicznego znajdującego się na pustynnej przełęczy, na wysokości pięciu tysięcy metrów, skąd, jak mnie poinformowano, będzie odjeżdżał jeep jadący bezpośrednio do boliwijskiego Uyuni. Transport z San Pedro to mały autobus, który zabiera turystów wybierających się na objazd okolicy, właśnie na pożądane przeze mnie przejście graniczne. Niestety, po tym, jak odprawiliśmy się na granicy chilijskiej, reszta pasażerów z naszego autobusu utknęła na dobre, z niewyjaśnionych przyczyn, w kolejce. W ten sposób straciliśmy jakieś półtorej godziny. Gdy dojechaliśmy na przełęcz, zachowujący świetny nastrój kierowca zapytał: <<kto jedzie bezpośrednio do Uyuni?>>. Odpowiedziałem, że ja. Na co on, odparł, że ponieważ się spóźniliśmy, jeep już odjechał. Także turyści się zapakowali do swoich firmowych samochodzików i opuścili przełęcz, na której po zimnej nocy, słupek rtęci w termometrach, wciąż jeszcze nie wspiął się powyżej zera. Ja natomiast, zostałem, nie do końca przekonany, co robić dalej. Spotkałem jednak, pewnego indiańskiego gentelmena, który twierdził, że jedzie do Uyuni. Ulokowałem zatem plecak, przy jego samochodzie i poszedłem dopełnić obowiązków paszportowych. Po otrzymaniu pieczątki boliwijskiej, czekałem już tylko na nasz rychły odjazd, który rzecz jasna, z niewiadomych mi przyczyn nie nastąpił. Inaczej, nastąpił, tyle, że beze mnie. W pewnym momencie bowiem, gentelmen ni stąd ni zowąd odpalił silnik i odjechał pozostawiając na środku mój zakurzony plecak. Całą sytuację obserwował tylko pustynny lis, który akurat nie bojąc się ani odrobinę zawędrował w okolicę parkingu przed budą graniczników i wpatrywał się obecnie we mnie jakby chcąc stwierdzić: _DSC0001<<Co się dziwisz!? Siedzisz na tym kontynencie tyle czasu i naprawdę Cię jeszcze takie sytuacje ruszają !?>> Rację miał mój jedyny, w tej sytuacji, żółtawy przyjaciel. Niewiele więcej mogąc począć, powróciłem do budy, dostałem pieczątkę wyjazdową (godzinę po wjazdowej), złapałem jeszcze jakiegoś marudera (nie mogłem niestety wrócić z poprzednim kierowcą, gdyż ze względu na całą sytuację zdążyliśmy się już dość surowo zwyzywać) i powróciłem do San Pedro, gdzie… musiałem przejść całą procedurę odprawy granicznej. Po co!? Nie mam pojęcia, widzą w paszporcie, co się stało, gdzie byłem, na dodatek jeszcze wytłumaczyłem całą sytuację. Jednak nie, muszą rozpruć plecaki i sprawdzić, nie wiem co, chyba, czy z pustyni nie wwożę do Chile jakiś organicznych kamieni, albo tego lisa (chociaż w tym wypadku, należałoby ustalić, czy on nie jest chilijski i nie ma świętego prawa na wjazd).

Jak zatem dojechać inaczej do Boliwii? Ano, należy pojechać do miasteczka Calama, skąd w poniedziałki, środy i piątki odjeżdża autobus do Uyuni. Idę więc do biura firmy, żeby kupić bilety. Wszystko w porządku, pracownik Atacama 2000, bo tak nazywa się przewoźnik, informuje mnie , że bilety do Boliwii będę musiał już kupić w Calama, bo tutaj nie mają systemu komputerowego. <<Nie ma sprawy, byle tylko, ten autobus tam był>> stwierdzam i dostaje szybkie potwierdzenie, że absolutnie, że wszystko jest ok. Nie wyczułem jeszcze wtedy, że zapewnia mnie zbyt wylewnie i gorliwie. Ahhh!!! Jakiż naiwny byłem… Oddając sobie sprawiedliwość, będąc wściekłym po porannej wyprawie, uwierzyłem, gdyż miałem nadzieję, na odwrócenie pechowej karty.

Dojechałem do Calama, zadowolony zmierzam, więc do biura Atacama 2000.

– O której odchodzi Autobus do Uyuni?- zapytałem szykując już portfel, do przeprowadzenia transakcji.

– Nie odchodzi- odparła kobieta z tym charakterystycznym, wkurzającym niekiedy niebywale spokojem.

-!!!??? Jak to nie odchodzi? Przecież, powiedziano mi, że odchodzi!!!- wysyczałem między zębami zbity zupełnie z pantałyku.

– Kto ci tak powiedział?- odparła kobieta, wciąż z tym niezachwianym spokojem, za który mam ochotę mordować.

– W waszej firmie mi tak powiedziano, w San Pedro. Zresztą nieważne, jak mam zatem się dostać do Boliwii?- Zacząłem pytać, co brzmiało zapewne nieco desperacko…

– Ałika- odparła kobieta, przewalając przy tym jęzorem gumę do żucia ze strony lewych trzonowców za prawy polik.

– Ałkia, to firma, która jeździ do Boliwii-? zapytałem z powracającą nadzieją.

– Arica, to miasto, skąd jeżdżą autobusy do Boliwii- poprawiła mnie kasjerka, uśmiechając się przy tym jakoś tak, nieszczerze.

Wtedy sobie przypomniałem… Arica, ostatni port Chile, w zasadzie ostatnie miasto na północy kraju. Położone prawie na granicy z Peru. Czekała mnie co najmniej całonocna podróż.

Zmierzyłem więc kasjerkę wzrokiem i zażądałem bilet do Arica… Podróż trwała do czwartku rano. Łącznie jeździłem czterema autobusami. Podobne, absurdalne sytuacje zdarzały się jeszcze kilkakrotnie. Opowiadanie ich mija się z celem, niemniej należy jeszcze wspomnieć o innym fakcie, który podróżowania bynajmniej nie ułatwia.

W północnym Chile i w Boliwii standard argentyńskich autobusów jest już tylko odległym, rzewnym wspomnieniem. Do tego odnosi się dość szczególne wrażenie, iż panują tu dość specyficzne regulacje dotyczące przewozu osób.

Po pierwsze, żaden autobus nie może odjechać punktualnie. O godzinie odjazdu, należy rozpocząć załadunek bagaży. Wcześniej, chociaż wszyscy są już gotowi (łącznie z kierowcami i obsługą), po prostu nie wolno nic robić.

Po drugie, autobus nie może opuścić peronu, o ile na jego pokładzie nie znajduje się co najmniej jedno rozwrzeszczane dziecko. Jeżeli bachor jest spokojny, nie liczy się, trzeba znaleźć innego, który płacze lub też spokojnego rozzłościć, tak jak dzieciaki z podstawówki wkurzają tygrysy w zoo, jeżdżąc w tę i z powrotem patykiem po kratach klatek.

Po trzecie, jeżeli na pokładzie autobusu znajdują się Polacy, to sprzedawca biletów jest zobowiązany umieścić rozwrzeszczanego bachora jak najbliżej słowiańskich przybyszów. Przy czym rodzic jest zobowiązany dopilnować aby dziecko NA PEWNO płakało, natomiast dziecko, pomimo, iż jeszcze nie zdolne do czynności prawnych, w tym wypadku (wyjątek prawny) zobowiązane jest przez ustawodawcę dać z siebie absolutnie wszystko. Steward na pokładzie dogląda zaś, czy pacholę drze się wystarczająco.

_DSC0115

Po czwarte, jeżeli autobus nie jest pełen, należy go wypełnić. Dlatego, po odjeździe z peronu, podróżujemy przez miasto z prędkością pięciu kilometrów na godzinę, z otwartymi drzwiami, z których wychylony Steward drze się w niebo głosy, oznajmiając dokąd zmierzamy. Tym sposobem, poza wiedzą firmy, personel pokładowy zbiera osoby na puste siedzenia i korytarze, zarabiając na tym i dzieląc się miedzy sobą. Niestety, powoduje to, że w przejściu, na schodach i wszędzie gdzie tylko się da, śpią, siedzą, jedzą i w ogóle są, stare, śmierdzące, obmierzłe boliwijskie kobiety zwane Cholas. Każda z nich jest łatwiejsza do przeskoczenia aniżeli obejścia, więc potępiony ten, obok którego taka osobistość się ulokuje. Ponadto, zawsze, ale to absolutnie zawsze, posiadają one olbrzymi toboł przewieszony przez tułów i dzierżony na plecach, który w tym nieszczęsnym autobusie trzeba gdzieś umieścić. Czasami w owym tobole znajduje się niemowle, które rzecz jasna, zobowiązane jest przez prawodawcę drzeć się jak opętane. Innym razem rodzina, już nieco starsza podróżuje o własnych siłach. I wtedy na Chola, obok niej, pod nią, nad nią, na mnie, obok mnie, pode mną podróżują nieco starsze zasmarkane, brudne boliwijskie dzieciory.

Smród w takim autobusie jest nieopisany. Higiena Boliwijczyków to koszmar. W zamkniętej przestrzeni pojazdu kwaśny zapach potu miesza się z cierpkim nieznośnym, męczącym aromatem moczu. Do tego dochodzi ryk tych małych potworów i wyraz twarzy tych kobiet, który w moim prywatnym odczuciu jest brutalnym zamachem na estetykę.

Także wyobraź sobie czytelniku stan umysły biednego zmordowanego chłopaczyny z odległej Polski po tych wszystkich przejściach, po trzech dniach, po chyba ze dwóch tysiącach kilometrów… W końcu jednak, przeżyliśmy, to słowo rozlicza nas ze wszystkiego.

PiK

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.