Dolina Urubamby, czyli w imperium Inków cz. III

Posted by Admin on Sty 22, 2012 in Kategoria główna |

Aguas Calientes to bez wątpienia miejsce wyjątkowe. Nie jest to twierdzenie ani pozytywne ani negatywne, ot po prostu, mieścina ta wymyka się jakimkolwiek standardom, zarówno w percepcji człowieka zachodu, jak i Latynosa, czy ściślej aguas calientes 1Peruwiańczyka.

Kwestią zasadnicza wyróżniającą to miejsca, a być może także i powodem istnienia Aguas Calientes jest jego rola, jaką odgrywa w przemyśle (słowo to w tych okolicznościach jest jak najbardziej uzasadnione) turystycznym. Położone jest zaledwie sześć kilometrów od legendarnego Machu Picchu. Ta zaginiona przez stulecia inkaska osada stanowi obecnie obiekt klasy zerowej, turystyczną Mekkę, przyciągającą przybyszów ze wszystkich zakątków świata. To tutaj przybywają przywożone pociągiem, bądź o własnych siłach, zastępy podróżników i wczasowiczów o rozpalonych mitycznym żarem Machu Picchu, wyobrażeniach.

Niemniej, nie to stanowi o owej wyjątkowości, jak zostało to określone w pierwszym akapicie, Aguas Calientes. Miejsce to swą unikalność zawdzięcza kontrastom. Już jej położenie zapiera dech w piersi. Trzeba wyobrazić sobie głęboką dolinę, otoczoną dookoła przez niezwykłej stromości stoki gór, pałających tak soczystą zielenią dżungli, iż każda z dotychczasowo widzianych w życiu łąk, każdy z wiosennych lasów wyda się przy nich zaledwie bladym mirażem. Ową doliną wiedzie szutrowa droga, lekko wspinająca się ku górze. Tuż obok niej, w przeciwnym do marszu kierunku, spada z niezwykłą siłą brązowawy, pieniący się na obmywanych przez siebie skałach, potok. Ten zagłusza wszelkie inne odgłosy, które mogłyby ewentualnie dotrzeć do ludzkiego ucha.

Tak wędrując, w pewnym momencie, zza któregoś z zakrętów wyłania się obraz pierwszego budynku. Nasza ścieżka zmienia swą nawierzchnię i teraz idziemy już po nieco zabłoconej, lecz bardzo skrzętnie ułożonej, kostce. Nad brzegiem rzeki zaś, powstał deptak, po którym przechadzają się schludni wycieczkowicze. Chwilę później, z każdej strony, czy to za pomocą niemych, acz jaskrawo kolorowych szyldów, czy osobiście przez ludzkie istoty, namawiani jesteśmy na konsumpcje w określonej knajpie, wycieczkę, czy masaż.  Przekonuje się nas do zamieszkania w jednym z tutejszych pensjonatów lub też nakłania do wynajęcia prywatnego transportu zmierzającego do Machu Picchu.

2

Sto lat przed naszym przybyciem, dolinę Urubamby eksplorował Hiriam Bingham. Wyruszył on śladami Manco Inka, cesarza upadającego imperium, który w tych okolicach postanowił ukryć się przed szukającymi go Hiszpanami. Amerykanin postawił sobie za zadanie odkrycie legendarnej, ostatniej stolicy państwa Inków. Nie udało mu się tego dokonać. Na otarcie łez, odnalazł  Machu Picchu, które co prawda nie było miastem, w którym był się skrył cesarz, niemniej stanowiło, co potwierdzają dzisiaj niezmierzone hordy turystów,  dość cenne znalezisko.  W każdym bądź razie, gdy odkrywca Machu Picchu i Choquequirao przedzierał się przez okoliczną dżunglę, Aguas Calientes jeszcze nie istniały.

Dzisiaj zaś, w tym miejscu, które nie jeden uznałby za koniec świata, mityczne kreacje szalonych geografów, archeologów, podróżników, którzy w charakterystycznych kapeluszach, z batami w dłoniach przemierzają niedostępne lasy w pogoni za swą obsesją, znajdujemy liczne pensjonaty, trzy banki, multum sklepów wielobranżowych, stoiska z pamiątkami, kafejki internetowe, dość nasilony ruch mijających nas co chwile autobusów wypełnionych przybyszami z czterech stron świata i wiele innych rzeczy, które raczej kojarzą się z miejscami już od dawna opanowanymi przez cywilizację. Nad wszystkim zaś panuje stojący wysoko nad wybrukowanym głównym placem miasteczka, Inka Pachacutec, czyli cesarz imperium inkaskiego, podczas którego panowania, wzniesiono (zapewne) Machu Picchu. Jego dostojną postać otaczają knajpki serwujące przy dźwiękach etnicznej peruwiańskiej muzyki, najchętniej włoską pizzę.

Stąd też wyruszają wszystkie ekspedycje kierujące się do Machu Picchu. Ekspedycje autobusowe docierają na oddalony o sześć kilometrów od Aguas Calientes, parking u stóp zaginionej w Andach inkaskiej osady, w około dwadzieścia minut. Wyprawy piesze, jak udało nam się empirycznie stwierdzić, są w stanie pokonać dystans w mniej niż godzinę. I na tym w zasadzie owa turystyczna fabryczka bazuje. Nikt nie spędza tu więcej, aniżeli dwa dni, jest to po prostu zbędne. Jedynymi wyjątkami są niedoinformowani, tacy jak chociażby my.

Dla wędrowcaguas calientes 2a, który przybywa do Aguas Calientes skrajnie wygłodzony, brudny i stęskniony za ciepłym kątem, pierwsze chwile spędzone w miasteczku są dość szokujące i powodują rekcję zbliżoną do tej, która charakteryzuje dzieci,  przekraczające próg sklepu ze słodyczami.

Zanim jeszcze gdziekolwiek się ulokowaliśmy, zasiedliśmy wygodnie w jednej z knajpek i wzięliśmy się za dość mało dystyngowaną konsumpcję znacznych ilości pożywienia. Przy okazji, obsługujący nas kelner, wyraźnie ukontentowany dopisującym nas apetytem informował o postępach w Copa America. Wobec naszej nieobecności, na argentyńskich boiskach, doszło do dość znacznych wydarzeń, szczególnie dla miejscowych. Oto Peru, pierwszy raz chyba w historii, stanąć miało do meczu decydującego o medalu najważniejszego z latynoamerykańskich, piłkarskiego turnieju. Tymczasem murowani kandydacie do zwycięstwa, w trakcie, gdy my wypruwaliśmy sobie żyły na górskich przełęczach prowadzących do Aguas Calientes, czyli Brazylia i gospodarz Argentyna, znaleźli się za burtą turnieju. Zdziwiło nas to bardzo, niemniej odczuliśmy nieznaczną satysfakcję na wieść o odpadnięciu kanarkowych. Zarozumiali i aroganccy, brazylijscy dziennikarze komentujący mistrzostwa, musieli doświadczyć czegoś w rodzaju załamania nerwowego, w trakcie oglądania konkursu rzutów karnych w meczu ćwierćfinałowym z Wenezuelą. Nie da się ukryć, iż ta lekcja pokory dla obstawiających grupowy pojedynek obu drużyny po pięć do zera, dla własnej drużyny, wesołych chłopców, wyrysowała na naszych twarzach, dość złośliwy zapewne, uśmiech.

Gdy napełniliśmy już nasze żołądki, zwinęliśmy nasze plecaki, które niechętnie ponownie zarzuciliśmy na plecy i postanowiliśmy po raz pierwszy od dziesięciu dni, zamieszkać w czymś co zostało zbudowane z cegły. Nie chodziło tylko o fakt, iż spędzanie nocy w naszym namiocie nam obrzydło, a jedynym schronieniem, poza materiałowym domkiem w kolorze przeżutego szpinaku, raz, w trakcie ulewy stał się drewniany, przeciekający kurnik, gdzie wespół z wyglądającym chyba w tamtej sytuacji, nawet raźniej niż my, drobiem klęliśmy na zmienna aurę, ale także o stan naszej higieny. Zwierzętami mi najbliższymi są niewątpliwie gatunki spośród kotowatych.  W trakcie długiego trekkingu ciepło nas bynajmniej nie rozpieszczało. Problem dotyczył też wilgoci. To też, chwile spędzane przy suchym i ciepłym ognisku stanowiły najprzyjemniejszą część dnia. Niestety, w trakcie takiego marszu, inna aniżeli lodowata kąpiel jest niedostępna. Dopóki aura sprzyja i maszerujemy w cieple, wejście do lodowatej wody nie stanowi jeszcze aż tak dużego problemu. Niemniej jednak, wraz ze spadkiem temperatury zimna kąpiel jest nie tylko czymś niezwykle przykrym, ale najzwyczajniej w świecie dla mnie, niemożliwym.

Możliwość wzięcia długiej, gorącej kąpieli, która akurat w Aguas Calientes jest czymś całkiem zwyczajnym i dostępnym stanowiła nieodpartą pokusę. Tak więc, nie zwlekając zbyt długo, kierowani przez kolegę naszego zaprzyjaźnionego już nieco, kelnera, dotarliśmy do jakiegoś pensjonatu, w którym faktycznie, zgodnie z obietnicami naszego nowego znajomego, ceny były niższe, aniżeli w innych, podobnych miejscach. Zrzuciliśmy wszystko z siebie, śmierdzące buty, wraz ze sztywnymi skarpetkami postawiliśmy przed drzwiami, na korytarzu i o dziwo, nikt nam nawet nie kazał ich stamtąd zabierać i rzuciliśmy się na łazienkę.

Odświeżeni, w najmniej ubrudzonych spośród posiadanych, rzeczach wyruszyliśmy na eksploracje, tego dość specyficznego, turystycznego zakątka zgubionego (i odnajdowanego codziennie przez setki turystów) pośród odwiecznych gór i dżungli , jakim są Aguas Calientes. Oczywiście nic nie mogło w owej sytuacji pójść zgodnie z planem. I tak, nieco już późna porą, od grupki miejscowych, o ile można tak nazwac pracujących w miasteczku Peruwiańczyków, zostaliśmy wypytani co do naszych planów na dzień następny.

Stoki doliny Vilcabamby. Jednym z nich prowadzi droga do Machu Picchu

Stoki doliny Vilcabamby. Jednym z nich prowadzi droga do Machu Picchu

<<  Idziemy na Machu >> odrzekliśmy z małą doza zdziwienia. Pytanie wydało się bowiem nieco dziwne, skoro w zasadzie, każdy w owym miejscu, robi dokładnie to samo. << A macie bilety? >> zapytało nas dziewczę tym uroczym, latynoskim tonem, który z zasady, do której już przywykliśmy na kontynencie południowoamerykańskim, skrywał pułapkę. << niiiie… >> wydusiliśmy nieco przeciągle, jakby w poszukiwaniu ukrytego haczyka i wbiliśmy spojrzenia w naszych nowych towarzyszy, w oczekiwaniu na rychłe wyjaśnienie nam naszego położenia.

–  No to, jutro nigdzie nie idziecie, nie dość, że na jutro już nie ma biletów, to i tak kasy są już zamknięte. – Zostało nam wyjaśnione.

– Jak to? – Zapytaliśmy z lekkim zrezygnowaniem, ale bez dozy zaskoczenia, jako że przyzwyczailiśmy się już do podobnych sytuacji. I zapytaliśmy: – to biletów nie kupuje się tuż przed wejściem, na górze.

– Nie, bilety kupuje się tutaj, obok głównego placu. Poza tym, liczba osób, które mogą wejść każdego dnia, jest limitowana. – ponownie zostaliśmy oświeceni.

Spojrzeliśmy na siebie w obaj, wraz z przyjacielem nabraliśmy tego charakterystycznego grymasu, który trudno dość, zdefiniować jednoznacznie. Po trochu wyraża on lekką rezygnację z powodu własnego niechlujstwa w planowaniu, ale też utratę nadziei związaną z przekształceniem wielu wartych zobaczenia miejsc, w rodzaj turystycznych fabryk, które odbierają przyjemność podróżowania i zamieniają je w biurokratyczny chlew znany z rodzimych urzędów. W każdym bądź razie, następnego dnia, mogliśmy jedynie usiłować kupić bilety na pojutrze. To stało się naszym planem.

Nowa sytuacja zaś, wyeliminowała potrzebę wczesnego wstawania, co oczywiście oportunistycznie wykorzystaliśmy, towarzysząc naszym nowym znajomym w trakcie peruwiańskiego karaoke. Peruwiańskie karaoke jest warte kilku słów dygresji. Jest to chyba ulubiona forma rozrywki spadkobierców potężnej inkaskiej cywilizacji. Zbierają się oni w miejscach, gdzie przy kilku stolikach, grupy znajomych zagłębiają się w lekturę potężnych ksiąg z wypisanymi tytułami tysięcy, jeżeli nie dziesiątek tysięcy, latynoskich, rzewnych (w zasadzie określenie to stanowi tautologizm, gdyż każda latynoska piosenka traktuje o gorącej miłości, bolesnym rozstaniu i doskwierającej tęsknocie, która niejednokrotnie popycha człowieka do strasznych czynów, jak chociażby napisanie rymowanki  o swych przeżyciach i okraszenie jej muzyką) ballad. Następnie jeden po drugim przejmują mikrofon i wyją jak szlachtowane świnie w rzeźni z wypisaną na twarzy ekspresją człowieka z ostrą biegunką, który zdał sobie właśnie sprawę, że toaleta jest zamkniętą.

Hiriam Bingham - Odkrywca Machu Picchu i protoplasta postaci Indiana Jonse'a

Hiriam Bingham - Odkrywca Machu Picchu i protoplasta postaci Indiana Jonse'a

Zupełnym przypadkiem wspinaczkę na Machu Picchu rozpoczęliśmy rankiem dwudziestego czwartego dnia  lipca 2011 roku. Na niebie panowało słońce i można było bez obaw oczekiwać, iż tego dna żadna złośliwa chmura nie zechce zmącić błękitu nieboskłonu. Niemniej jednak, dokładnie sto lat wcześniej,  na szykującego się do podobnej wspinaczki Hiriama Binghama padał deszcz. Amerykański podróżnik gnał za swą obsesją, w poszukiwaniu Vilcabamby, ostatniej, legendarnej stolicy Inków. Dzięki wywiadowi, jaki przeprowadził wśród mieszkańców okolicy, wiedział, iż zmierza w kierunku ruin. Nie potrafił określić, co kryło się za opowieściami o enigmatycznej osadzie górskiej. Tym bardziej podniecała go wizja czekającej na niego przygody.

Binghama prowadził jedenastolatek Pablito Alvarez, którego ojcu, Amerykanin zapłacił trzy Sole. Dzisiaj za przebycie podobnej drogi musimy uiścić opłatę ponad stu peruwiańskich Soli. W dodatku, pomocne jest sprzyjające nam szczęście i bilet musi być w ogóle dostępny. O ile Bingham, w trakcie swej wyprawy musiał zmagać się z przyrodą i jej siłami, przekraczać wpław rwący potok, czy przedzierać się przez niedostępną dżunglę, o tyle my, wydając wyżej wspomniane pieniądze, możemy oczekiwać znacznych ułatwień. Po jakiś piętnastu minutach po wyjściu z Aguas Calientes dochodzimy do drewnianego mostu. W posterunkach weryfikuje się nasze bilety wraz z dowodami tożsamości, jako że każdy bilet jest imienny. Przekraczamy rzekę i możemy rozpocząć nie nazbyt mozolną wspinaczkę.

Ponieważ są to czynności niezwykle banalne, nużące i nudne, przenieśmy się w czasie, powróćmy do Binghama i spróbujmy spojrzeć na świat okiem kamery na czarno biały film. W miejscu, gdzie dzisiaj jeden za drugim pruje niewielki autobusik, Amerykanin musiał iść na czworaka, paznokciami wbijając się w mokrą ziemię, wspinać metr po metrze. Wilgotność w tych okolicach jest okrutna. Pokrywa ciało warstwą wody zmieszanej z potem. To zatrzymuje parowanie i organizm traci naturalną możliwość schładzania się.

W swych wspomnieniach odkrywca pisał:

Tu i ówdzie umieszczono prymitywną drabinę z nierówno naciętego cienkiego pnia, ułatwiającą pokonanie skalnej ściany tam, gdzie inaczej nie było to możliwe. W innym miejscu stok pokrywała śliska trawa i trudno było znaleźć punkt zaczepienia dla rąk czy stóp.

Niemniej to właśnie zafascynowany inkaską kulturą i jej tajemnicami, niezłomny Hiriam Bingham był najodpowiedniejszym człowiekiem do podjęcia się owej misji. Urodzony na Hawajach w Honolulu podróżnik, jeszcze jako małe dziecko zobaczył rycinę inkaskiego mostu przewieszonego nad rzeką Apurimac. Obraz ten głęboko wrył się w psychikę i rozpalał wyobraźnię. Wkrótce Bingham rozpoczął swe wyprawy do Ameryki Południowej. Wędrował po Kolumbii i Wenezueli. Przełomową okazała się konferencja naukowa poświęcona cywilizacji Inkaskiej w Chile, podczas której Bingham przypomniał sobie obrazek z dzieciństwa i bezpowrotnie zarażony został bakcylem ciekawości. Jego życie i odkrycia stały się pierwowzorem dla Indiana Jonesa. Gdy czyta się jego wspomnienia i opisy wypraw radzącego sobie człowieka  w pozbawionym udogodnień czekających na dzisiejszych turystów świecie, trzeba z szacunkiem przyznać, iż pierwowzór wielokrotnie przewyższa wyimaginowanego bohatera filmów Spielberga.

Gdy wyprawa dotarła na szczyt, jej członkowie zaniemówili. Bingham stwierdzał, iż wszystko, co zobaczył przewyższało swą atrakcyjnością najlepsze spośród inkaskich murów Cuzco. Wszystko co Ujrzana osada „wyglądała jak nierealne senne marzenie”.

Jeden z autorów w setna rocznicę odkrycia ruin

Jeden z autorów w setna rocznicę odkrycia ruin

Tymczasem sto lat później, tam gdzie ostatnie swe kroki ociekając potem i padając z wyczerpania, stawiała wyprawa Amerykanina, dzisiaj stoi elegancki parking będący w stanie pomieścić co najmniej kilkadziesiąt autokarów. Od samego rana jest on niezwykle żywy. Przypomina swą atmosfera nieco jarmark. Panuje tu osobliwy rumor, pogłos ciągnący się pomiędzy toaletami a barkiem o astronomicznych wprost cenach. Jest on zupełnie niezrozumiały, gdyż przypuszczać można, iż mało na świecie jest miejsc, swym brzmieniem, tak zbliżonych do Wieży Babel, tuż po tym, gdy Stwórca stwierdził, że ludzkość wpadła na kolejny głupawy pomysł. Przybysze ze wszystkich zakątków świata w nerwowej krzątaninie, z kanapką, czy hot dogiem w dłoni poszukują toalet, zagubionych grup, dla których znakiem rozpoznawczym z założenia są wzniesione w powietrze parasolki przewodników (liczba mnoga nie jest tu przypadkowa). Zagłębieni w lekturze książek miłośnicy historii, objaśniają pozostałym członkom rodziny, czego zaraz staną się świadkami. Żona drze się na męża, gdyż zawsze gdy go o to prosi, on jej zupełnie nie słucha… i faktycznie męża ciężko rozpoznać, gdyż żaden spośród znajdujących się w pobliżu mężczyzn nie wygląda na poświęcającego choćby krzty swej uwagi słowom zdenerwowanej damy. Mały chłopczyk liże lizaka i puszcza rękę zaaferowanej czymś matuli, co niechybnie musi doprowadzić do zgubienia się pociechy. Jakaś kobieta głośno komentuje fakt, iż nie wolno wejść je z małym pieskiem w torebce, nazywając owa regułę faszystowską i dyskryminacyjną. Młoda dziewczyna oznajmia, najprawdopodobniej, swym rodzicom, iż ona ma w dupie jakieś stare ruiny i że na owym zadupiu jej komórka nie ma zasięgu. Kto inny kłóci się, będą wielce rozczarowanym, że podstawowy bilet nie daje wstępu, na któraś z panujących nad Machu Picchu górą i tak opowiadać można by jeszcze długo lecz kto mieszka w dużym mieście niech po prostu wyjdzie w godzinach szczytu na główną aleję i przez moment poobserwuje otaczającą go społeczność, a otrzyma w ten sposób namiastkę tego, co dzieje się na parkingu pod legendarną osadą.

Stajemy zatem w kolejce, gdzie po kilkudziesięciu minutach oczekiwania dostajemy się do bramek. Tam weryfikowana jest zawartość naszych plecaków. Następnie możemy wejść. Pokonując kilkadziesiąt metrów w górę, rzecz jasna znajdując się wciąż w kolejce, docieramy do pierwszego tarasu, z którego rozciąga się widok na legendę.

Wielokrotnie o tym już wspominałem i nie chcę otwierać tego wywodu ponownie lecz masa ludzi i łatwość w podróżowaniu i docieraniu do celów zasadniczo zubaża doświadczenia i emocje związane z przebywaniem w miejscach wyjątkowych i z pewnością mających potencjał zapierać dech w piersiach. Niestety, przeżycie towarzyszące Binghamowi w pierwszym zetknięciu się z Machu Picchu, nijak, nie mogło stać się naszym udziałem. Już po kilku chwilach wpatrywania się w osadę, jakaś przewodniczka, bardzo grzecznym tonem, kazała mi się przesunąć, gdyż grupa kilkunastu Japończyków chciałby wykonać kilka fotografii, dokładnie w miejscu, w którym  stałem. Ona jeszcze zasłużyła sobie na kilka ciepłych słów z mojej strony, wypowiedzianych w języku polskim. Później jednak, zrezygnowanie wzięło górę i nie wyklinaliśmy już nawet największych natrętów.

Cała zabawa, na która należy poświęcić od dwóch do trzech godzin odbywa się w kolejkach. To troszeczkę tak jakby w tę i powrotem dreptać po Krupówkach w okresie przed sylwestrowym. Jeżeli ktoś ceni sobie obecność bliźniego w swoim otoczeniu, szczególnie w dużym natężeniu, będzie na Machu Picchu niezwykle szczęśliwy.

Jeżeli jednak ktoś marzy o przecieraniu szlaków zaginionej cywilizacji. Podróży nie tylko fizycznej, ale także pewnej wędrówce wyobraźni w okolice sprzed pięciuset lat, gdzie w tej niezwykłej osadzie, jej mieszkańcy, tak dalecy różniący się od nas, tworzący tak diametralnie różną cywilizację, wznosili swe czoła w kierunku słońca, najważniejszego z Bogów, przekona się, iż daremny był jego trud. Podobnie gdy ktoś marzy o przygodach pochodzących z książek Haggarda czy Londona rozczaruje się dotkliwie. O przygoda bowiem leży od z komercjalizowanych i poddanych rutynowym, jakby pochodzącym z portów lotniczych czynności, tak daleko jak uczciwość od polityka.

Tłumy ludzi w zaginionym inkaskim mieście

Tłumy ludzi w zaginionym inkaskim mieście

Nie chcę Machu Picchu nic odbierać. Jest to miejsce wspaniałe pod wieloma względami. Jego lokalizacja, na wysokiej górze u stóp znanej ze wszelkich fotografii przedstawiających miasto, skały jest faktycznie czymś fantastycznym. Architektura i pieczołowitość z jaką wykonano budynki budzi podziw. Nie to jednak, miało stanowić o tym miejscu. Tu miało być magicznie, a nie jest, nie może być, jeżeli nie możemy postawić dwóch kroków nie wchodząc komuś niechcący w kadr aparatu fotograficznego. Nie możemy się nawet na chwilę skoncentrować na tym co inkaskie, nie mówiąc już o puszczeniu samopas wodzy wyobraźni. Skazani jesteśmy na innych turystów, na słuchanie ich, kontakt fizyczny. Nie jest możliwym zignorowanie ich. Nie ma wyjścia, trzeba zapamiętywać jak najwięcej i liczyć na to, że po pewnym czasie, nasza wyobraźnia nada tym obrazkom jakiegoś wyjątkowego znaczenia. Jeżeli jednak, ktoś wraca z Machu i opowiada o niezwykłej transcendentalnej podróży jaką przeżył w tym miejscu, to w języku polskim znajduję tylko jedno określenie na te słowa – pierdoli głupoty. Jest to po prostu niemożliwe. Takie doświadczenia oferuje Choquequirao ale nie rozsławione Machu Picchu, niestety.

galeria fotografii z Machu Picchu i galeria stylizowana ze względu na setną rocznicę

Powinno w tym teście znaleźć się również kilka słów o tym, czym jest Machu Picchu, jednak wszystko co wyżej wspomniałem, jak i mdła wtórność takiego zabiegu niezwykle odstręcza. Miejscu temu poświęcono tysiące publikacji. Wiele z nich jest dostępnych w Internecie, podejrzewam, że sama Wikipedia kipi wprost informacjami encyklopedycznymi na ten temat. Każde nowo napisane słowo będzie w tym wypadku niezwykle wtórne, a brak oryginalności jest czymś wprost paskudnym. Z tego względu odpuśćmy sobie tą wątpliwą przyjemność. Każdego rozczarowanego odsyłam do internetowych wyszukiwarek, które z pewnością zaprowadzą do tekstów obfitujących w informacje na temat ruin.

Każdemu kto z tych czy innych przyczyn odpuścił sobie Machu i kto kiedykolwiek pytał i pewno w przyszłości pytać jeszcze będzie, chciałbym powiedzieć, że dla samych ruin, nie warto udawać się w to miejsce. To straszne i przykre, gdyż jak już zostało stwierdzone, jest to miejsce niezwykłe i wyjątkowe i być może właśnie z tego powodu rozczarowanie jest niezwykle dotkliwe. Jeżeli jednak, ktoś ma nieco więcej czasu i okazję powłóczyć się po tutejszych dolinach i przełęczach, jeżeli ktoś szczególnie zainteresowany historią Inków ma ochotę usłyszeć huk Apurimac, przejść się dolinami Vilcabamby i Urubamby, stąpać śladami Manco Inca zbiegającego przed ścigającymi go konkwistadorami, jeżeli ktoś kocha góry i wędrówki po nich, z pewnością nie będzie rozczarowany, kończąc i koronując swą przygodę w tych stronach, zdobyciem, czy jak powinno się w zasadzie napisać, odhaczeniem Machu Picchu.

PiK

Tagi: , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.