Czarna Huayna

Posted by Admin on Lip 9, 2011 in Kategoria główna |

Góry mają tę magiczną cechę, że gdy stanie się u ich stóp, zadziera się głowę, spoglądając ku wierzchołkom. Majestatyczne szczyty wprawiają w niemą kontemplację. Zdają się chcieć uświadomić, jak marną drobiną na naszym ziemskim padole, jesteśmy. Milczące i niewzruszone emanują potęgą. Człowiek, tak wpatrzony w dziewicze, wieczne śniegi, których ludzkość nigdy nie podbiła, pokrywające skaliste granie, zdaje się zmieniać. Zapomina kim jest i skąd pochodzi, Huayna_Potosi1gdzie jego miejsce i życie. Zaczyna marzyć o stawieniu czoła krainie, gdzie jedyną nagrodą za morderczy wysiłek obarczony ogromnym ryzykiem, są tylko chwile spędzone na szczycie. Jak gdyby jakiś zew natury pchał go, penetrując nieznane zakamarki świadomości, czy podświadomości. Sprawia, że racjonalny na co dzień umysł porzuca wszystko, aby w irracjonalnym pędzie przeć pod górę. Zdaje sobie sprawę z piekielnego wysiłku, który go czeka i z marnej nagrody, która sprowadza się wyłącznie do własnej satysfakcji. Czym jest ten zew, co kryją zakamarki ludzkiej natury? Czy to chęć ujarzmienia tego, co w pierwszym odczuciu każe paść na kolana? Czy to chęć dotarcia najwyżej, najdalej, jak tylko się da? Czy to piękno zaklęte w tych kolosach omamia i przyciąga, niczym śpiew pięknej syreny? A może, to odwieczny sen Ikara i chęć bycia jak ptaki, wysoko ponad chmurami sprawia, że chcemy płacić tę niewiarygodną cenę? Nie wiem, ale płacimy. Płacą najwięksi. Swe życie na stokach ośnieżonych gigantów zakończyli ludzie tacy jak Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka. Samotne krzyże, świadkowie historii, nieme symbole ofiar złożonych na ołtarzach marzeń, niewzruszone sterczą z usypanych stert kamieni i szczelin skalnych, przypominając, iż jesteśmy śmiertelni, a góry to godny przeciwnik, który niczym arcymistrz szachowy, nie wybacza błędów. One swej skóry nigdy tanio nie sprzedają. Często bywają okrutne, nie uznają półśrodków. Człowiek pomimo to, od pokoleń, decyduje się zmierzyć z nimi w tej nierównej walce z naturą. I będzie zapewne to wyzwanie nadal podejmował, bo najwyraźniej leży w ludzkiej naturze by spoglądać na szczyty gór, nie zaś na ich podstawy, marzyć o nich i w końcu zdobywać je.

 

Dotarliśmy w miejsca, gdzie naszym pradziadom się nie śniło. Eskimosi żyją za kołami arktycznymi. Na biegunie południowym stoi zamieszkana przez cały rok stacja polarna. Zaludniliśmy niedostępne kiedyś dżungle i puszcze. Spłynęliśmy wielkimi rzekami. Zbudowaliśmy na nich gigantyczne zapory, które dają życie miastom i państwom. Osuszyliśmy bagna, na których stoją dzisiaj stolice państw. Wkopaliśmy się głęboko pod powierzchnię ziemi, skąd dzień za dniem, wydobywamy minerały. Ludzkość przemierzyła siedem mórz. Nawet długo nieugięty Horn poddał się i okrążyliśmy świat. Przepłynęliśmy oceany i odkryliśmy kontynenty. Gdy ziemia stanęła nam na przeszkodzie, wykopaliśmy kanały i połączyliśmy Pacyfik z Atlantykiem. Na orbicie naszej planety unosi się stacja, na której permanentnie ktoś przybywa. Inną chcemy zbudować na Księżycu. W planach mamy kolonizację Marsa. Przemierzyliśmy i ujarzmiliśmy pustynie. Beduini żyją na nich od tysięcy lat. Już starożytni Babilończycy zbudowali tam wiszące ogrody. Dzisiaj z piasków niedostępnych onegdaj bezdroży, wyrastają wielkie wieżowce, świecące kolorami neonów. Ludzie o te suche skrawki ziemi potrafią się bić i umierać. Bo gdzie, jak nie po pustyniach gnali przez pół XX wieku swe zagony pancerne Żydzi, Jordańczycy, Syryjczycy i Egipcjanie. Gdzie, jak nie właśnie na pustyni, ziemia drżyHuayna_Potosi2 pod gąsienicami amerykańskich czołgów. Ślady kultur i cywilizacji znajduje się w niemal wszystkich strefach klimatycznych, w miejscach, gdzie zdawałoby się życie musiało być koszmarem. Niemal wszędzie.

 

O góry nie walczymy. Ich szczytami przebiegają granice. One stanowią barierę. Góry zdobywamy, ale tylko jako goście. Nie żyjemy tam. Nie ujarzmiliśmy ich, są potężniejsze od naszej cywilizacji. Tam bowiem, żyć się nie da. Ludzki organizm umiera. Albo gwałtownie, gdy nie wytrzyma uchwyt, którego się właśnie złapała ręka i ciało frunie setki metrów w dół, rozbijając się na miazgę i niczym nie różniąc się od robaka ginącego pod butem, lub też powoli. Nie trzeba bowiem wypadku. Brak tlenu, ciśnienie i temperatura w wysokich górach, sprawiają, że ciało słabnie w błyskawicznym tempie. W końcu obumiera i serce zatrzymuje się. Tam właśnie jest prawdziwa strefa śmierci.

 

My jednak, gnani niczym ćma do ognia, spoglądamy w górę i stawiamy pierwszy krok, potem następny i już wiemy, nie zatrzymamy się nie zwyciężając, bądź zostawszy pokonanymi. Takie właśnie są góry.

 

O poranku piętnastego czerwca 2011 roku, wraz z przyjacielem i naszym inkaskim przewodnikiem, wszyscy trzej przywiązani liną i zmordowani niemiłosiernie, zdyszani, na skraju wyczerpania fizycznego i mentalnego stanęliśmy na szczycie Huayna Potosi, góry leżącej w łańcuchu Cordiliera Real w boliwijskich Andach, która wspina się na sześć tysięcy osiemdziesiąt osiem metrów ponad poziom morza. Nie czuliśmy dumy, nawet odrobiny satysfakcji. Jedynie uczucie ulgi przebiegało po ciele, gdy zamglone brakiem tlenu oczy wpatrywały się gdzieś w linię horyzontu, za którą, nisko poniżej naszych stóp, wschodziło ogniście pomarańczowe słońce i tym samym rodził się nowy dzień.

 

Są takie wydarzenia w życiu, których oczekujemy. Ba! Są takie chwile, co do których mamy pewność, że gdy się wydarzą, pamięć emocji towarzyszących nam w ich trakcie , będziemy skrzętnie pielęgnować w specjalnym miejscu w pamięci. Tak też było z nami. Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Huayna, wiedzieliśmy, że spróbujemy stanąć na jej szczycie. Wyobrażaliśmy sobie tę chwilę, zresztą, każdy z nas zapewne inaczej, jako moment wyjątkowy. Dla mnie, ten ostatni krok miał być ruchem, którym przekroczę magiczną barierę. Jednym jedynym takim, za którym wszystko się zmieni, nabierze innego wymiaru, poszerzy horyzonty i zwiększy perspektywę. Miałem poczuć coś wyjątkowego. Ja miałem poczuć się wyjątkowo. To był moment, o którym myślałem zasypiając i budząc się.

Huayna_Potosi3

 

 

Z myślą o nim przygotowywaliśmy się i trzy dni wcześniej wsiedliśmy do samochodu, który zawiózł nas do Campo Base, pierwszego obozu, położonego na czterech tysiącach siedmiuset metrach ponad poziomem morza. Odtąd, wszystko zależało już od naszych nóg, płuc, umiejętności, które mieliśmy nabyć i może przede wszystkim, psychiki, która musiała wytrwać wyginana do granic możliwości przez górę, ale nigdy się nie złamać, nie poddać się. Byliśmy zdeterminowani niczym spartańscy wojownicy, wrócić z tarczą, bądź na niej.  Nie wiedzieliśmy tylko, na ile tej determinacji nam starczy. Gdzie są nasze granice i czy nasze wątłe ciała podołają.

 

Do schroniska przybyliśmy wcześnie. Był piękny dzień. Słońce królowało na niebieskim, niezmąconym niczym niebie. Powietrze było jednak zimne i ostre. Już tutaj oddychało się dość ciężko, a przecież przed nami było do pokonania jeszcze tyle setek metrów w górę.

 

U dołu, pod schroniskiem rozciągało się malownicze, urozmaicające nieco monotonię suchych i gołych stoków górskich, jezioro koloru turkusowego. W zasadzie, winnym napisać zbiornik, gdyż z jednej strony ograniczony jest on gigantyczną tamą. U jej stóp znajduje się zaś dwanaście turbin, zasilających w energię elektryczną całe La Paz. Za zaporą, głęboko wryta w ziemię, ciągnie się dolina, z której wyrastają strome, niekiedy pionowe stoki, tworzące po obu jej stronach wysokie łańcuchy. Tuż, na przeciwko nas, przeglądając się w turkusowych wodach, znajdowała się Huayna Potosi. Wysoko ponad schroniskiem zaczynała się strefa, w której zalegają wieczne śniegi i jeszcze sporo powyżej, skalisty, monumentalny i dumny szczyt. Z jego lewej strony, jakieś pięćset metrów poniżej, z cyrku lodowcowego spływał błękitno- szary jęzor lodowca. Zakręcał gdzieś w połowie Huayna_Potosi4swej długości, tak aby swoje czoło skierować w naszym kierunku. Jakąś godzinę marszu od schroniska, ustępował temperaturze i oddawał swe wody do położonego nieco nad zbiornikiem, jeziora górskiego. Te, ze względu na minerały zawarte w wodzie, miało kolor nieco szarego mleka.

 

Nas interesował szczyt. Rzuciliśmy pobieżnie okiem na okolicę, ale już chwilę później, zaczęliśmy wpatrywać się w wierzchołek. Potem zaś, poczęliśmy spuszczać nieco wzrok i posługując się przy tym obiektywem aparatu, poszukiwaliśmy dróg. Ledwie udało się dostrzec dwie, cieniutkie niteczki wydeptane w śniegu. Wiły się one od grani schodzącej ze szczytu, za którą widzieć już nic nie mogliśmy, długim trawersem, opadając z wolna, w lewą stronę stoku. W pewnym momencie rozdzielały się i jedna zaczęła opadać nieco mocniej. Pierwsza zaś, osiągając sporych rozmiarów występ skalny, ginęła. Drugą, byliśmy w stanie jeszcze przez moment śledzić, gdy kończyła się na innej, położonej kilkaset metrów poniżej poprzedniej, półce. Gdy wpatrywaliśmy się dłużej, udało się dostrzec mikroskopijnych rozmiarów obiekt. Po zrobieniu mu zdjęcia i przybliżeniu obrazu, odgadliśmy kształt chaty. Podobnie, sfotografowaliśmy wyższą skałę, sterczącą z wiecznych śniegów. Po wielokrotnym przybliżeniu, wychwyciliśmy zarys budki, która wciąż jednak miała wielkość pinezki. Ten drugi obiekt był naszym Campo Alto. Szczyt bowiem, można zaatakować z dwóch schronisk, czy raczej obozów. Pierwszy, lepiej wyposażony, leży na wysokości nie przekraczającej pięciu tysięcy dwustu metrów, na granicy wiecznych śniegów. Stąd wyrusza do ataku większość grup. My planowaliśmy pokonać jeszcze dodatkowe dwieście metrów wysokości, by dotrzeć na pięć tysięcy trzysta czterdzieści metrów nad poziomem morza i stamtąd, przespawszy się nieco, wyruszyć w górę, w kierunku kolosa rzucającego cień na okolicę i nasze nadwątlone już nieco tym widokiem, perspektywy.

 

Pierwszy dzień służył przede wszystkim aklimatyzacji. Toteż przedpołudnie spędziliśmy na robieniu niczego, będąc przy tym bacznie obserwowani przez Mario, naszego inkaskiego przewodnika. W tym może miejscu, poświęcę mu kilka słów, gdyż z pewnością jest postacią dość nieszablonową.

 

Przede wszystkim, należy podkreślić, iż znowuż sprawdziła się stara prawda, mówiąca, iż jeżeli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Nie istnieją ludzie omnipotentni, jednak wiele osób ma pasję, w których są doskonałymi specjalistami. Podobnie jest z narodami. Charakteryzują je pewneHuayna_Potosi5 imponderabilia, predestynujące je do określonych czynności, czy zadań. Nie przypadkowo, stare porzekadło mówi, że Polak i Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki. Te dwie cech nas zbliżają. Dlatego, gdy nasi przodkowie mieli ochotę się napić, zapewne najlepiej wychodziło im to właśnie z Madziarami. Zapewne w przypływie nagłego pragnienia, można spróbować by jeszcze z Rosjanami, jednak obawiam się, że byłoby to obarczone dość sporym ryzykiem. I tak można wymieniać. Jeżeli chcielibyśmy wywołać wojnę, to pewno, najlepiej pod ręką mieć Niemca. Na zakupy, dobrze wziąć za sobą Żyda. W trakcie sztormu na morzu, lepiej poczujemy się wiedząc, że załoga jest brytyjska, a gdy lecimy samolotem, pewniej czujemy się w amerykańskim Boeingu, niż zrobionym przez Niemców i Francuzów Airbusie. Gdy trudnimy się złodziejskim fachem, skuteczniejsi będziemy mając za kompana Cygana. O książkach podyskutujemy z Argentyńczykiem, zaś chętnie zjemy z Gruzinem. Gdy zaś mamy ochotę na… to…. Nie, nie, nie zapędzajmy się i przyjemności należące do sfery intymnej pozostawmy owiane mgiełką tajemnicy. W każdym bądź razie, gdy chcemy iść w wysokie góry, weźmy ze sobą Inka. Dorównać im mogą zapewne Tybetańczycy, lecz tego jeszcze nie wiemy. Inkowie to kultura, która wyspecjalizowała się w życiu na dużych wysokościach. Ich armie przemierzały góry, przy których wyczyn Hanibala to dziecięca igraszka. Żyli i walczyli na skalistych stokach przez setki lat. Dlatego tez, jak już mówiłem, w góry tylko z Inkiem.

 

Mario z pewnością nie imponuje fizycznością. Dorósł najwyżej do metra pięćdziesięciu centymetrów i jest niemiłosiernie chudy. Jest to człek małomówny, lecz niezwykle pogodny. Sprawia wrażenie jakoby nie istniały żadne problemy, a świat był skonstruowany tak, że niemożliwością jest, aby na jego drodze spotkało go coś złego. Wykazuje też pewną ciekawość odległych lądów. Nie miał, co prawda, pojęcia, gdzie leży Polska, lecz w trakcie długich marszy, nie raz, zasypywał nas pytaniami. Jego wiedza zatem, wzbogaciła się, choć zdecydowanie bardziej przemawiały do niego plastyczne opisy, aniżeli suche liczby. Zna już, też nasze rodziny. Oczywiście, żywo interesował go także nasz stan cywilny i dowiedziawszy się, że jesteśmy kawalerami, czy ktoś, na stałe gości w naszych sercach.

 

Twarz Mario jest surowa, poorana zmarszczkami przez górskie wiatry i niskie temperatury, budząca jednak ufność. Ponad to, gdyby zestawić jego fotografię z twarzą Huayna Capac, nie dostrzeglibyśmy różnicy, uznając, że inkaski cesarz żyje i ma się dobrze.

 

Po spożyciu południowego posiłku, upewniwszy się, że mamy apetyt, którego brak jest jednym z symptomów choroby wysokościowej, Mario przeprowadził z nami wywiad dotyczący ewentualnych bólów głowy, dopytywał się jak oddychamy i czy długo wcześniej, przebywaliśmy na większych wysokościach. Najwyraźniej ukontentowany tym co usłyszał, oznajmił, żebyśmy spakowali się i przygotowali do wyjścia.

Huayna_Potosi6

 

 

Ekwipunek na taką wyprawę nie należy do lekkich, ani do małych. Po za standardowym ubraniem, które mieliśmy już na sobie, czyli butami trekkingowymi, spodniami, koszulką, bluzą (i polarem w przypadku Kiśla), oraz kurtką, plecaki nasze zawierały jeszcze plastikowe buty do wspinaczki, które swą konstrukcją i objętością przypominają narciarskie, raki, spodnie od kombinezonu, uprząż, ciepłą kurtkę, śpiwór, kask i czekan. Ponad to, mieliśmy bieliznę na zmianę i kilka dupereli, na które składały się nóż, latarka, kompas, GPS, torba koki, niezawodna na dużych wysokościach, kilka czekoladowych batonów, rękawiczki, szczoteczka do zębów i wszędobylski multitool. Całość z powodzeniem wypełniała pięćdziesięcio litrowe plecaki i ważyła, może nie zastraszająco dużo, lecz przy czekającym na nas podejściu, nawet szkolny plecak, po godzinie marszu, okazałby się głazem zalegającym na plecach.

Jako że, doświadczenia wspinaczkowego nie mieliśmy żadnego, a umiejętności wchodzenia po pionowych, lodowych ścianach, w okolicznościach, w których się znaleźliśmy, były nieodzowne, popołudnie pierwszego dnia poświęciliśmy nauce. Po około godzinnym marszu, dotarliśmy do czoła lodowca spływającego po lewej stronie góry. Tam przywdzialiśmy plastikowe buty, a na nich umocowaliśmy raki. Zapięliśmy uprzęże, uważając przy tym, by nie zagrażały najcenniejszym dla mężczyzny, precjozom, na głowy nasunęliśmy pomarańczowe orzechy, których paski dobrze zapięliśmy pod brodami.

 

Mario najpierw wytłumaczył nam, jak nosi się czekan, jak go trzymać podczas wejścia, a jak podczas schodzenia. W jaki sposób asekurować się nim, w wypadku, gdy źle wbity w ziemię rak, ześliźnie się i poczniemy na tyłku i plecach zjeżdżać w dół zalodzonego stoku. Później nauczył nas chodzenia po stromych ścianach lodowca. Nauczyliśmy się czterech technik, przy czym, obowiązującą zasadą było zawsze posiadanie „otwartych stóp”. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, aby nigdy nie zbliżać do siebie raków, te zaczepiwszy się o coś, powodują natychmiastowy upadek. Przekonałem się o tym gorzko, gdyż raz, łażąc jak ostatnia łajza, z „zamkniętymi nogami”, wywaliłem się, upadając na kolana, które rozbiły się o bazaltowe, ostre skały. Ból był tak nieznośny, że zacisnąłem tylko zęby i zamknąłem oczy, marząc, żeby już przeszedł. Lewe ucierpiało mocniej i po za krwawą raną, która do dzisiaj jeszcze do końca się nie zagoiła (a piszę te słowa już ponad dwa tygodnie później), całe kolano wkrótce zrobiło się fioletowe, dzięki dziesięcio centymetrowemu krwiakiowi. Na szczęście, nie spuchło. O ile, początkowo chodzenie sprawiało mi małe kłopoty, o tyle Mario, który skwitował moje ciamajdostwo, stwierdzając jedynie, że właśnie dlatego nalezy mieć „otwarte nogi”, wkrótce zagonił do kolejnych ćwiczeń.

Huayna_Potosi7

 

 

Tym razem, poziom trudności wzrósł. Najpierw, nauczyliśmy się wspinać z jednym czekanem. Następnie, na pionowej już, lodowej ścianie, przystąpiliśmy do poważnych zabaw. << Dwa czekany w dłoń. Najpierw wbijamy ten z prawej ręki. Pamiętaj, że pasek asekurujący czekan musi być bez przerwy napięty. Potem drugi, trochę wyżej. Teraz nogi. Wbij dobrze rak. Teraz druga noga. Podciągnij się >>, komenderował Mario. I znowu, pierwszy czekan, potem drugi… I tak wspinaliśmy się raz za razem, męcząc się przy tym niemiłosiernie.

 

Gdy nasz przyjaciel Ink doszedł do przekonania, że nasze wysiłki są już zadowalające, zarządził odwrót. Przebraliśmy się i w krótkim marszu, wróciliśmy do Campo Base. Byliśmy zmęczeni i zadowoleni. Odrobinę tez niepewni, czy ten eksternistyczny trening wspinaczki wystarczy na zdobycie sześciotysięcznika. Rozpaliliśmy jednak kominek, który ze względu na niska zawartość tlenu, nie palił się zbyt okazale i wygrzewając zmarznięte stopy, oddaliśmy się lekturze, nie zaprzątając sobie dłużej głowy problemami, na które i tak, nie mieliśmy wpływu. W gruncie rzeczy, byliśmy niezwykle ukontentowani tym, gdzie się znaleźliśmy i przyjemnie zmęczeni owocnym i sprawiającym radość wysiłkiem mijającego dnia.

 

Noc przespaliśmy nieźle, aczkolwiek kosztowało to ubranie się w niemal wszystkie ciuchy jakie mieliśmy, łącznie z kurtką. Dopiero wtedy zrobiło się ciepło. Ponieważ schronisko nie posiada ogrzewania, temperatura w nim podobna jest do tej, panującej na zewnątrz. Nocą, a pamiętajmy, że znaleźliśmy się pod Huayna w połowie czerwca, czyli już zimą, oscyluje ona w okolicach dwudziestu stopni poniżej zera. Niemniej jednak, jak już wspomniałem, spaliśmy całkiem nieźle, rzadko tylko budząc się.

 

Wstaliśmy około ósmej i niestety dokuczał mi ból głowy. Niepokoiło mnie to nieco, gdyż mimo, iż nie był silny, to jego umiejscowienie w okolicach skroni i typowe, migreniczne kłucie, nie pozostawiały złudzeń. Był to ból, którego przyczyna znajdowała się w wysokości, na jakiej się znleźliśmy. Postanowiłem jednak zataić ów fakt przed towarzyszami wyprawy. Nie chciałem być obserwowany przez Mario i martwić przyjaciela. Zdawaliśmy sobie sprawę, że albo wejdziemy na szczyt obaj, albo żaden. Gdyby któryś z nas rozchorował się, przewodnik musiałby z nim zejść, drugi, Huayna_Potosi8w tym układzie, nie mógłby pozostać sam i byłby zmuszony do przerwania wędrówki. Mario chyba jednak coś zauważył, gdyż od tej chwili, jakby częściej zagadywał mnie o samopoczucie, które wedle odpowiedzi, pozostawało w doskonałym stanie.

 

Po śniadaniu postanowiłem wpakować sobie za policzek obfitą ilość koki. Ta, po wstępnym przeżuciu, nabrała rozmiarów piłeczki pingpongowej. Zasypałem ją dwuwęglanem wapnia i gdy boliwijska, narodowa używka uwolniła swe właściwości, poczułem się znacznie lepiej.

 

Mimo to, wstałem słabszy niż poprzedniego dnia. Na tych wysokościach siły się nie regenerują. Nie zależnie, czy odpoczywamy, czy poddajemy organizm wysiłkowi, nieustannie słabnie się. Pomimo, iż wiedziałem o tym, zdziwił mnie stan w jakim obudziłem się. Wszystko to napełniło mnie odrobiną wątpliwości, jednak o rejteradzie wciąż nie było mowy.

 

Cel drugiego dnia był jasny. Mieliśmy dotrzeć do położonego na pięciu tysiącach trzystu czterdziestu metrach nad poziomem morza Campo Alto. Podróż składała się z dwóch zasadniczych etapów. Pierwszy polegał na przekroczeniu tamą jeziora i po krótkim marszu, złapaniu grani, którą następnie, dochodziło się do stromej, zasypanej osuwającymi się kamieniami ściany. Tę pokonywało się długimi trawersami, które w efekcie doprowadzały do pierwszego, leżącego na niecałych pięciu tysiącach dwustu metrach schroniska. Tam zaczynał się drugi etap, czyli pokonanie po zmarzniętym śniegu ostatnich dwustu metrów w górę, do pomarańczowej budki, w której mieliśmy nabrać sił przed atakiem.

 

Początkowo szło się bardzo dobrze. Przewodnik nawet sugerował nam, żebyśmy zwolnili. Zbyt szybkie podchodzenie może bowiem grozić nabawieniem się choroby wysokościowej. Grań przeszliśmy, odpoczywając chyba tylko raz. Stamtąd rozpościerał się piękny widok na położony po drugiej stronie doliny łańcuch i śniegi potężnego Illimani (6438 m n.p.m.). Z drugiej strony, u wylotu doliny, w oddali, na horyzoncie majaczyła bryła Sajamy (6542 m n.p.m.), najwyższego szczytu Boliwii. Zrobiliśmy kilka zdjęć, napiliśmy się odrobinę wody i odcyfrowaliśmy zamazane już przez czas, wyryte w białym kamieniu napisy, znajdujące się na dwóch krzyżach. Upamiętniały one ofiary Huayna. Jednego Boliwijczyka, członka tamtejszego klubu andynistycznego i dwójki Brazylijczyków, których góra pochłonęła jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Przewodnik żachnął się przy tym, mamrocząc coś pod nosem, w niezrozumiałym dla nas języku. Nagabywany przez nas, stwierdził tylko, że Brazylijczycy są miłymi ludźmi i dobrze się z nimi pracuje, ale w góry się nie nadają. Jak już wcześniej zauważyłem, nie ma ludzi ani narodów omnipotentnych. Kanarkowi mają inne zalety. Niemniej, pomimo ogromu przestrzeni jaką zajmuje ich państwo, gór faktycznie nie mają. Z ojczyzny, najmniejszego pojęcia o nich, mieć nie mogą. Nawet zdobycie naszego Giewontu, byłoby zapewne dla przeciętnego Brazylijczyka poważną górską eskapadą.

Huayna_Potosi9

 

 

Owe krzyże upamiętniały jednak również Boliwijczyka, członka klubu andynistycznego. Tego faktu zlekceważyć się już nie da. To, po raz kolejny, uświadomiło nam , nowicjuszom, na co się porywamy i że nie jesteśmy na spacerze, gdzie można wsadzić łapska w kieszenie i beztrosko oddać się rozmyślaniom o dupie Maryni.

 

Zarzuciliśmy plecaki z powrotem na plecy i kontynuowaliśmy tak, aż do ściany, gdzie zaczęły się owe, wspominane wcześnie, trawersy. Marsz stawał się coraz cięższy. Nie tylko, wzrastająca teraz znacznie szybciej, wysokość sprawiała trudność. Koszmarem stały się kamienie, które przy każdym niemal kroku zsypywały się, powodując osunięcie się nogi. Wszystko to powodowało, że już po kilku krokach, płuca łapczywie zasysały powietrze. Oddechy stały się tak częste, że przerwa w nich, na przełknięcie śliny, sprawiała, iż mieliśmy uczucie duszenia się. Postoje stawały się coraz częstsze. Były jednak krótkie, gdyż już chwila odpoczynku dawała poczucie świeżości. Nie mięśnie zatem, męczyły się, nie brakowało tez energii. To właśnie brak tlenu, który odtąd doskwierać miał nam coraz bardziej, stawał się z wolna katem naszych ciał.

 

Szliśmy tak dalej, momentami wspinając się już i pomimo, iż godzina była jeszcze wczesna, powoli ciemniało przed oczyma. Powrócił ból głowy i po raz pierwszy chyba, zacząłem w duchu siarczyście kląć. Nie spoglądałem już dookoła. Nie podziwiałem pięknych, andyjskich widoków rozciągających się za plecami. Nie interesował mnie też turkus zbiornika i mleczny kolor jeziora leżącego nieco powyżej, które z tej wysokości wyglądały niezwykle malowniczo. Nie patrzyłem nawet w górę, określając jak zabrać się za czekające podejście. Spuściłem głowę i gapiłem się tępo w czubki butów, wysuwających się kolejno przed siebie. Wzrok stał się jakby zbędny. Jak gdyby, przetwarzanie przez mózg sygnałów świetlnych docierających do oczu, miało zużywać za dużo tlenu. A tego nie brakowało mi tak nigdy, co w trakcie tej wyprawy.

 

Nie wiem, ile czasu trwała ta wspinaczka. Człowiek w takich okolicznościach zaczyna zachowywać się automatycznie, wyłączając część umysłu. Znajdujemy się w swoistym amoku. Może to trochę jak lunatykowanie. Ci, pomimo iż, śpią, nie spadają z krawędzi, nie wpadają na przedmioty, nie robią sobie krzywdy, a przecież, świadomi nie są. Tak też wyłącza się czas u idącego, nie mogącego mieć nadziei na rychłe dotarcie do celu.

 

Raz tylko wyrwał mnie z tego stanu Mario, który nagle, świeżym i spokojnym głosem, bez śladu zadyszki, zaczął wypytywać, czy mam dziewczynę. Zaskoczyło mnie to niezmiernie. Po pierwsze, fakt, że ten ważący góra 45 kilogramów człowiek, dźwigający pod górę plecak nie lżejszy od mojego, nie przejawia najmniejszych oznak zmęczenia. Po drugie, dlatego, że myślenie o dziewczynach było mi w tym momencie, bardziej obce niż kiedykolwiek. Najwyraźniej, jaja też się wyłączyły, bo zużywały za dużo tlenu.

 

Odpowiadać byłem w stanie tylko << si >> lub << no >>, a i to czyniłem z niemałym wysiłkiem. W duchu błagałem go, aby zdał sobie sprawę z dodatkowych katuszy na jakie mnie wystawia, tą niezobowiązującą pogaduszką.

Huayna_Potosi10

 

W końcu dotarliśmy do pierwszego schroniska. Tam odpoczęliśmy, zażywając kąpieli słonecznej w promieniach spływających na nas tuż z nad szczytu Huayana. Słodkie to były chwile. Zjedliśmy po batonie i napiliśmy się wody. Ponownie skierowaliśmy oczy w kierunku budzącego respekt monumentu natury. Teraz, drogę na szczyt mogliśmy obserwować nieco wyraźniej. Najpierw, czekała nas jeszcze kilkuset metrowa droga lewą stroną grani, której szczyt schodził prostopadle w naszym kierunku. Na swoim końcu, rozszerzała się nieco, tworząc półkę skalną, na której postawiono blaszaną budkę. Tam mieliśmy jeszcze dzisiaj dojść. Co gorsza, żeby się tam dostać, musieliśmy po przejściu zaśnieżonego stoku, schodzącego w dół pod kątem przekraczającym czterdzieści pięć stopni, wspiąć się jeszcze po skalnej ścianie i ową grań przekroczyć. Jedyna dostępna droga do schroniska, prowadziła bowiem po jej prawej stronie. Wcześniejszy marsz tą flanką był niemożliwy. Tam bowiem znajdowała się niezachęcająca przepaść.

 

Dalej, ze schroniska, wychodziła wąska, wydeptana w śniegu ścieżka, która bardzo długim trawersem pięła się w górę. Okrążała szczyt i zakręcała nieco, aby znaleźć się w szczelinie pomiędzy dwoma ogromnymi blokami lodowymi. Następnie znikała z pola widzenia, ale oczywiste było, że dochodzi do lodowej, przynajmniej kilkudziesięcio metrowej ściany, której obejść, nijak się nie da. Tam, zatem, mieliśmy wypróbować umiejętności, zdobyte poprzedniego dnia.

 

Mario stwierdziwszy, że jesteśmy już świeży, najwyraźniej zaspokoiwszy również potrzebę konwersacji, którą odbył z kumplem przewodnikiem, który wyszedł ze schroniska, zarządził zmianę obuwia. Wyciągnęliśmy więc, z mieszanymi uczuciami, ciężkie buciory i poczęliśmy wciskać je na stopy. Z jednej strony, odciążało to nieco nasze plecaki. Z drugiej jednak, chodzenie w takim obuwiu nie należy do najprzyjemniejszych. Są one ciężkie, a przecież każdym krokiem wciągamy nasze nogi wyżej i wyżej. Ponad to, nie zapewniają one żadnego komfortu. Buty trekkingowe przy nich, to babcine papucie, przyjemnie masujące stópkę.Gdy już zawiązaliśmy wewnętrzną wkładkę, a później skorupę, co sprawiło nieco mniej problemu, gdyż czynność ta jest łudząco podobna do zmagania się z butem snowboardowym, wzięliśmy się za montaż raków. Te umocowaliśmy solidnie i jeszcze dwa razy sprawdziliśmy, czy na pewno, przymocowane są tak, jak należy. Odwiązaliśmy od plecaków czekany, ich pętle asekurującą na wypadek, gdyby wypadł z ręki, założyliśmy na nadgarstek i wstaliśmy, niechętnie spoglądając w górę.

 

Chód w rakach zasadniczo różni się od zwykłego. Przede wszystkim idzie się znacznie wolniej. Kolce, nawet na płaskim terenie, wbijają się głęboko w lód, czy śnieg. Zanim zatem, postawimy krok, trzeba je najpierw wyrwać z podłoża. To trochę tak, jakby do zwykłych butów przyczepić lepiącą masę i w niej maszerować. Coś, jak stąpanie po smole. Po za tym, kroki stawia się na płaską stopę, a nie jak zazwyczaj, układając ją na ziemi, od pięty do śródstopia. Gdy idzie się pod górę, szczególnie po stromym stoku, wbija się w lód przednie kolce i opuszcza nieco tył buta, tak aby wbić jeszcze te sterczące w dół, z przodu podeszwy. Potem zaś, wchodzi się podobnie, jak po schodach. Na ścianie, rak wbijamy podobnie. Jednak, w tym wypadku, kopiemy ścianę trzy razy, aby upewnić się , że siedzi on głęboko i może na nim spocząć cały ciężar naszego ciała.

Huayna_Potosi11

 

 

Szliśmy pod górę, niemal nie trawersując. Przekroczyliśmy już barierę pięciu tysięcy stu metrów, więc nie trzeba tłumaczyć, że przestrzeń wypełniona zazwyczaj powietrzem, bardziej przypominała teraz próżnię. Tą próżnią oddychaliśmy. Zatem, gdy zmęczeni, po pokonaniu odcinka, zatrzymywaliśmy się na chwilkę, aby odsapnąć, niezbyt chętnie odwracaliśmy głowy. Widok za nami był, co prawda, piękny, a malejące w dole schronisko wlewało w nas trochę otuchy. Jednak, gdy zdawaliśmy sobie sprawę, że od poprzedniego postoju pokonaliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów, miny nam rzedły.

 

Najgorszy zaś, okazał się ostatni odcinek. Przed skalną ścianą zdjęliśmy raki i w przeklinanych niemiłosiernie buciorach, zaczęliśmy się wspinać. Mario wdrapał się na górę niczym kozica, hasająca sobie po tatrzańskich halach, a nam, pomału, odechciewało się czegokolwiek. Po wgramoleniu się się na grań, jej ostrym szczytem, musieliśmy pokonać jeszcze jakieś pięćdziesiąt metrów w górę. Tam, po raz pierwszy, będąc już niemal u celu, w akcie niesubordynacji, zdjąłem plecak, usiadłem na jakimś kamieniu, oparłem głowę na czekanie, gdyż ta była już za ciężka by ją nosić i przetoczyły się przez nią czarne myśli. Tym razem, nie była to już wyłącznie kwestia braku tlenu. Moje nogi zaczynały zachowywać się jakby były z gumy. Co chwilę, stopa gdzieś wpadała, w jakąś szczelinę, a kolana uginały się niespodziewanie. Gdy je wyciągałem, ważyły tony. Każdy krok kosztował niezwykły wysiłek. Cały organizm zachowywał się jak stara lokomotywa, której zabrakło pary. Ciężkie, stalowe tłoki poruszały się wolniej i wolniej, jakby dopiero teraz, zdały sobie sprawę ze swej wagi. Przed oczyma zaś, grał w szaleńczym rytmie bicia serca, kolorowy koncert. Najpierw, na dość ciemnym tle migotały różne plamki, a później, czerwone fale rozświetlały się i przygasały, doskonale skoordynowane z pulsem. Łeb mi pękał. Czułem, jakby ktoś wbijał mi w lewą skroń gigantyczną igłę do biopsji.

 

Powstrzymywałem tę myśl, ten moment, gdy pierwszy raz w głowie zabrzmi:Huayna_Potosi12 do diabła z tym! Wiedziałem bowiem, że będzie to początek końca. Powtarzałem sobie, że już nie daleko, że już, w zasadzie, jesteśmy. Raz jeszcze, udało się. Nie zawitała w głowie chęć powrotu. Determinacji wystarczyło i po chwili wstałem, wspierając się na czekanie, westchnąłem ciężko, rzuciłem pod nosem jedną, zrezygnowaną panią lekkich obyczajów i doszedłem.

 

Schronisko było dwu pomieszczeniową, pomarańczową, blaszaną budą. W przedsionku, do którego wchodziło się z zewnątrz, stał mały stolik, butla z gazem i palnik. W drugim pomieszczeniu, też był stolik, który zajmował większość wolnej przestrzeni. Po za tym, na podłodze, od ściany do ściany, ułożono szare, cienkie materace. Ponad nimi, zamontowano półkę. Na niej, leżał identyczny szereg jak poniżej. To było całe Campo Alto. Niewiele, ale jak na te okoliczności, na wysokości pięciu tysięcy trzystu metrów, absolutnie wszystko, czego się pragnęło.

 

Najpierw, zrzuciliśmy z siebie wszystko, co zbędne. Popatrzyliśmy na siebie nie mówiąc nic, gdyż przedstawialiśmy obraz nędzy i rozpaczy. Gorzkie słowa, w tych okolicznościach są zupełnie zbędne. W niczym nie pomagają, gdy morale jest niskie. Zaparzyliśmy herbatę z liści koki, na co szczególnie nalegał Mario. Ten zaś, wyszedł na zewnątrz z wiadrem, do którego nabrał śniegu. Przesypawszy go do garnka, zagotował wodę. Następnie, zrobił cienką zupkę, z makaronem z instanta. Smakowała wyśmienicie, a co jeszcze bardziej ucieszyło, wciąż dopisywał apetyt. Zatem, ze zdrowiem nie było jeszcze tak źle. Najwyraźniej, byliśmy po prostu, bardzo zmęczeni.

 

Wraz z zachodzącym słońcem, robiło się coraz chłodniej. Ubraliśmy się zatem ciepło, wsunęliśmy do śpiworów i ze słuchawkami na uszach, poszliśmy spać. Na takich wysokościach, jak ta, na której się znaleźliśmy śpi się ciężko. Kisiel nie zmrużył oka, nawet na chwilę. Musiało być to doświadczenie dość traumatyczne. Brak tlenu powoduje, że nawet, przewrócenie się z boku na bok, wywołuje zadyszkę. Serce zaś, nawet przy spokojnym oddechu, wali jak oszalałe. Tymczasem, wiadomo, jak kręci się człowiek dotknięty bezsennością. Ponad to, zawsze przewalają mu się przez głowę steki myśli. W tych okolicznościach, wyobrażam sobie, że nie były to obrazki sielankowe. Ja zaś spałem, ale jakoś tak dziwnie, jakby zapadając w komę. Budziłem się zziajany i zupełnie zagubiony. Długie sekundy trwało nim zdawałem sobie sprawę gdzie jestem. Gdy obudziłem się o pierwszej rano, godzinie, do której mieliśmy czas na sen, czułem się paskudnie. W głowie mi szumiało i miała ona ciężar głazu. Każdy ruch trwał wieczność i kosztował straszny wysiłek. Gdy się uniosłem, poczułem nudności i myślałem, że będę wymiotował. Czułem się trochę, jak w trakcie ciężkiego zatrucia. Jednak trzeba było wstać, ubrać się i iść.

Huayna_Potosi13

 

 

Tymczasem Mario, świeży jak zawsze, zdążył już zagrzać wodę na poranną herbatę z koki. Osobnik ten, znalazł się pod naszą baczną obserwacją. Było w nim coś niepokojącego. Jak już wspomniałem, zdawał się nie odczuwać zmęczenia. Wchodził pod górę, jakby wybrał się na spacer do Łazienek, chlebkiem karmił łabądki i zbierał kasztany. To, co jednak szczególnie przykuło naszą uwagę, był fakt, że przez cały czas, gdy byliśmy razem, a byliśmy praktycznie nierozłączni, ani razu, nie widzieliśmy go pijącego, czy jedzącego. Był przy tym, niezniszczalny. Nic, nawet najbardziej eksponowane ściany, nie wywierały na nim najmniejszego wrażenia. Zaczęliśmy zastanawiać się nad jego człowieczeństwem. << Może to cyborg >>, pytaliśmy się szepcząc, bojąc się, że może mieć zaprogramowany język polski.

 

Tępo wpatrując się w dno kubka, wypiłem gorący, zielony płyn. Wpakowałem sobie jeszcze trochę koki za polik, ale ta sprawiła tylko, że chciało mi się wymiotować jeszcze bardziej. Mario zapytał się, jak się czujemy. Siłą nawyku, odpowiedziałem, że dobrze. Próbowałem rzucić przy tym jakiś żart, ale musiałem wyglądać tak żałośnie, że nikt nawet się nie uśmiechnął.

 

Na podłodze rozłożyliśmy i sprawdziliśmy sprzęt. Było piekielnie zimno, to też założyliśmy na siebie po kilka warstw ubrania. Gdy już znaleźliśmy się w pełnym rynsztunku, zarzuciliśmy na plecy plecak, jeden tylko, zostawiając wszystko co zbędne w ataku szczytowym. Wyszliśmy na zewnątrz.

Huayna_Potosi14

 

 

Był środek nocy na pięciu tysiącach trzystu czterdziestu metrach ponad poziomem morza. Otaczały nas wieczne śniegi wspinające się po stromych stokach w kierunku, niezwykle złowróżbnie wyglądającego w tych okolicznościach, czarnego, jeszcze chyba potężniejszego niż zazwyczaj szczytu, który majaczył na nocnym niebie w sposób, który powodował, że ciarki chodziły po plecach. Spoglądał na nas srogo z góry, ukazując całą swą potęgę. Był to widok, do prawdy, zatrważający. Szczyt, niczym pit- bull szykujący się do ataku, szczerzył kły. Jak gdyby, zdawał sobie sprawę, z naszej słabości i ostrzegając, napinał muskuły. Wrażenie potęgował księżyc, który tej nocy wzeszedł w pełni. Jasnym, jakby nadnaturalnym światłem, oświetlał okolicę, odrealniając ją jeszcze bardziej. Sprawiało to wrażenie, jak gdybyśmy nie byli już na ziemi. Może nigdy nie obudziwszy się, wędrowaliśmy teraz przez jakieś zaświaty, w tułaczce donikąd, stojąc gdzieś, na skraju płaskowyżu grozy. Hale żółtawego w świetle księżyca śniegu, zdawały się być nie ograniczone, nieprzemierzone. Pomimo to, uczucie klaustrofobicznego niepokoju nie ustępowało nawet na chwilę. Otaczał nas złowróżbny, mroźny mrok nocy, nad nami zaś wisiała ona, Huayna, teraz zdawałoby się, jakaś nadprzyrodzona kreacja, która nasz los trzymała w swej białej dłoni lodowych łach.

 

Półprzytomni, po koszmarnej nocy i oniemiali otaczającym nas światem, przysiedliśmy na skale. Zabraliśmy się do montażu raków. Zmarznięte ręce nie chciały słuchać poleceń, więc cała czynność zabierała dwa razy więcej czasu, aniżeli zazwyczaj. O ile, lewy umocowałem dobrze, o tyle prawy, później, w trakcie wędrówki, zaczął łapać luzy i zjeżdżać z buta. W tamtej chwili, byłem jednak jak ogłuszony i nie sprawdziłem dokładnie sprzętu. Mario zaś, zweryfikował tylko stan uprzęży, którą, jak się okazało, założyłem dobrze. Następnie, połączył nas liną, zapinając pętle na karabińczykach, w okolicach pępka. Sprawdziliśmy czekany, ich linki umocowaliśmy na nadgarstkach, włączyliśmy latarki, wystające z pod kasku i wstaliśmy. Spojrzałem w górę i muszę przyznać, że nie czułem nic. Nie miałem do tego co się działo najmniejszego stosunku. Było mi wszystko jedno, szedłem jak wół prowadzony na rzeź, tępo i bezmyślnie. Po przejściu jakiś pięćdziesięciu metrów, zacząłem się zataczać, kręciło mi się w głowie, przed upadkiem i niekontrolowaną jazdą po stromym stoku, w dół, w stronę przepaści, chronił mnie czekan niesiony w lewej ręce, którego trzonek, przy każdym kroku, wbijałem w śnieg. Zrobiło mi się niedobrze i kilkukrotna konwulsja odruchu wymiotnego, w nieprzyjemnym skurczu, zgięła moje ciało w pół. Starałem się przy tym, nie wydać żadnego dźwięku. Nie chciałem, aby towarzysze dostrzegli moją słabość. Wyprostowałem się, z oczu spłynęło kilka łez, wywołanych Huayna_Potosi15wysiłkiem. Spojrzałem w niebo i nabrałem pełne płuca powietrza. Na nie wiele się to zdało, gdyż było ono rzadkie, niczym niemowlęcia sraczka. To była bardzo kiepska chwila na słabość, pomyślałem nieco rozgoryczony. Zaczynała się walka o przetrwanie i zdawałem sobie z tego sprawę. Trzeba było jednak iść, nie wyobrażałem sobie, że może mnie pokonać mój własny organizm. Obejrzałem się za siebie, Kisiel nie wyglądał może, jak młody bóg lecz sprawiał wrażenie trzymającego się dobrze. O Mario, który szedł przede mną, nawet, nie muszę wspominać.

 

Szliśmy więc dalej, krok za krokiem. Z każdą upływającą minutą, robiło się nieco lepiej, a umysł jaśniał. Po pokonaniu długiego trawersu, skręciliśmy w górę, przeszliśmy kilkadziesiąt metrów trudnego podejścia i doszliśmy do dużej, niemal płaskiej hali, zwanej Campo Argentino. Tam Mario zarządził odpoczynek. Rozłożyliśmy się na śniegu, wbijając weń głęboko czekany, co by nie zjechały w dół stoku, nie asekurowane już na naszych nadgarstkach. Napiliśmy się wody, która zdążyła osiągnąć już niską temperaturę. Każdy łyk sprawiał ból. A jeszcze jakieś półtorej godziny temu wrzała… Zjedliśmy odrobinę czekolady, na której, mieliśmy wrażenie, że połamiemy zęby. I nie rozmawiając, wpatrywaliśmy się w żółtawe, ciemne niebo, rozpościerające się ponad surową sylwetką poszarpanej, skalistej, pionowej ściany, tchnącej czernią tak przenikliwą, że mroziła krew w naszych żyłach skuteczniej, niż panujący mróz.

galeria zdjęć z wyprawy na Huayna Potosi

 

Za Campo Argentino, poczułem się znacznie lepiej. Nudności ustąpiły i ustabilizowałem oddech, który pomimo to, wciąż był cztery razy szybszy, niż w normalnych warunkach. To jednak, było tutaj normalne. W trakcie marszu, skoncentrowałem się na tej czynności. Po za przeponą, starałem się też uruchomić mięśnie międzyżebrowe, tak aby zasysać za każdym razem, więcej powietrza i pogłębić wdechy.  Ponad to, podjąłem próbę wykonywania ich przez nos. Ten bowiem, ogrzewa i nawilża dostające się do płuc powietrze. W tych warunkach zaś, mogło to mieć niebagatelne znaczenie.

 

Poprawa samopoczucia przyszła w odpowiednim momencie. Po pokonaniu dwóch trawersów, a w zasadzie, szerokiego łuku, okrążającego lekko wzniesienie, co umożliwiało podejście jego najłagodniejszą stroną, dobrnęliśmy do przeszkody, która każdemu, kto do tej pory myślał, że zdobędzie sześciotysięcznik za pół darmo, kazała porzucić nadzieję. Wyrastała przed nami olbrzymia, co najmniej stu metrowa, zupełnie pionowa ściana. Spojrzeliśmy w górę i przełknęliśmy tylko ślinę. Zastygła ona na chwilę w gardle, sprawiając wrażenie, jakby zamieniła się właśnie w kaktus. Sto metrów lodu, prostopadle sterczących ze śniegu. Do tego się przygotowywaliśmy. Tego chcieliśmy, marząc o wysokogórskich przygodach. Teraz, nasze wątłe, niedotlenione mięśnie miały się popisać i wciągnąć całe ciała na Polski Grzbiet.

Huayna_Potosi16

 

 

Tak bowiem, nazywał się ten lodowy blok. A bywa on śmiercionośny. Udowodnił to w 1994 roku, gdy zrzucił ze swej ściany andynistę, naszego rodaka. Stąd nazwa, na cześć jeszcze jednej ofiary brutalnych, niewybaczających i nie znających łaski gór, ofiary pochodzącej z kraju nad Wisłą. A teraz my, siedemnaście lat później, staliśmy u stóp naturalnej rzeźby nagrobnej tego biedaka, który stracił swe życie, goniąc za marzeniami.

 

Wtedy, nie było jednak czasu, ani na sentymenty, ani na strach. Mario wbił swój czekan, godząc kolosa, potem kopnął go kilka razy i podciągnął swe ciało jakieś pół metra w górę, później wykonał kolejny krok, a za nim, następny. Tym sposobem, po chwili, wisiał już kilka metrów nad ziemią. Lina naprężyła się, co oznaczało, że przyszła kolej na mnie. Ścisnąłem w dłoni trzonek czekana.Uczyniłem to niezwykle mocno, gdyż w grubej rękawiczce, niemożliwe było dokładne namacanie jego kształtu i przyłożenie odpowiedniej siły. Wbiłem go modelowo, pomny wszystkich instrukcji. Siedział głęboko. Teraz, trzy razy, kolcami raka, rozkruszyłem nieco lodu. Powstała mała wyrwa, w którą mogłem wbić but. Podciągnąłem ciało, zawierzając cały ciężar mięśniom obu prawych kończyn. Oba uchwyty wytrzymały. Wbiłem więc w ścianę, powyżej prawej stopy, lewą. Na nią, wykonałem kolejny krok. Wkrótce, dołączyła do niej poprzedniczka. Wyrwałem ze ściany czekan, starając się przy tym, aby ciało pozostało przytulone do lodu. Ten wbiłem dość wysoko, ponad głową. I znowu powtórzyłem całą procedurę. Najpierw, prawa stopa znalazła oparcie, podciągnąłem się, potem, lewa, do której zaraz dołączyło jej lustrzane odbicie. I tak krok, za krokiem, napinając odpowiednie mięśnie i stercząc nad oddalającą się podstawą, brnęliśmy w górę. W pewnym momencie, zmęczony, krzyknąłem do Mario, aby się zatrzymał. Odpoczynek też był obwarowany procedurą. Czekan wbiłem w lód, na wysokości klatki piersiowej, przyciągnąłem do siebie i oparłem cały ciężar ciała na równolegle ustawionych, wyprostowanych nogach. Kilka chwil spokoju było bezcenne, a w głowie dudniło tylko jedno: << Nie strać koncentracji, nie pozwól sobie mysleć, o niczym innym, niż ta pieprzona ściana! Analizuj ją, kazdy jej skrawek, każdą bruzdę! Nie wolno ci się rozproszyć! Nie wolno popełnić błędu! Po prostu, nie wolno!!! >>. Tak przycupnąwszy, spojrzałem w dół, tam w podobnej pozycji, sterczał z lodu Kisiel. Sprawiał dziwne wrażenie. W pewnym momencie, gdy mignęła mi jego twarz, wprost odniosłem wrażenie, że jest zadowolony. ToHuayna_Potosi17 wróżyło dobrze. Obaj byliśmy zmęczeni, jednak, w dobrej kondycji psychicznej. Zastrzyk adrenaliny, który przepompowywał się teraz przez moje żyły, sprawił, że kryzys z przed ponad dwóch godzin, odszedł w zapomnienie.

 

Ludzka psychika jest fenomenalna. Potrafi odradzać się, niczym Feniks z popiołów. Podczas, gdy mamy wrażenie, że dotarliśmy już do kresu wytrzymałości, sprawiać, że znajdujemy nieznane siły. Mobilizuje organizm, zarówno w sensie fizycznym, jak i intelektualnym do wysiłków, sprawiających, że osiągamy rzeczy, o których nie śniliśmy, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że są w naszym zasięgu. Dzięki niej, uśmiechamy się w sytuacjach beznadziejnych, irracjonalnie pewni ostatecznego triumfu, bici i pokonywani, zaciskamy zęby i jeszcze raz podejmujemy rękawicę. Gdy tego potrzeba, uśmierza ból. Sprawia, że znika strach, gdy ten już dłużej niczemu nie służy. Bez niej, bylibyśmy słabi. Nie pokonalibyśmy przeszkód. Być może, bez jej siły, człowiek nigdy nie postawiłby stopy na księżycu, Ameryka Południowa nie znałaby koloru białej skóry, nie byłoby wielkich wynalazków i wspaniałej literatury, nie wznieślibyśmy się w niebo i nie ujarzmilibyśmy energii jądrowej, a wszystko to, bo strach nie pozwoliłby nam marzyć, przekraczać nieprzekraczalnego i osiągać niemożliwego.

 

Tymczasem, wyciągnąłem ze ściany prawą stopę i wbiłem ją nieco powyżej. Podobnie, uczyniłem, po chwili, z czekanem. Dałem znak Mario, iż możemy kontynuować. Wspinaliśmy się jeszcze przez dłuższy czas. W mej duszy zapanował jednak spokój i kolejne ruchy przestały przypominać chaotyczną szarpaninę. Stały się płynniejsze, jakby pewniejsze.

 

Na górę dotarliśmy cali i zdrowi. Czekan musiałem ściskać niewiarygodnie mocno. Uświadomiłem sobie bowiem, że kompletnie straciłem czucie w prawej dłoni. Adrenalina z wolna opadała i patrząc w dół na ścianę, która przeszliśmy, poprzednia godzina odrealniała się, coraz mocniej. Do dzisiaj, całe to doświadczenie, w mej pamięci, owiane jest jakąś dziwną mgiełką, pochodzącą jakby z Nibylandii Barrie’go. Polskim Grzbietem powędrowaliśmy w górę. Marsz był ciężki. Brak tlenu i wysiłek, któremu poddawane były mięśnie, dawał o sobie znać. Kroki stawały się coraz krótsze. Wkrótce, but przestał wysuwać się przed czubek poprzedniego. Szliśmy po sporym nachyleniu. Trawersowanie było niemożliwe, byliśmy bowiem na krawędzi, grani, ograniczonej z obu stron przez przepaść.

Zebraliśmy wszystkie siły i staraliśmy się iść jednym, jak najefektywniejszym rytmem. Taka monotonia, na którą pozwalał obecnie teren, dawał mięśniom pewną powtarzalność. Dzięki temu, mogły się one przyzwyczaić do jednostajnego zużycia energii i tlenu. To zaś, dawało możliwość uregulowania oddechu i przejścia w ten charakterystyczny stan półświadomości, umożliwiający długi marsz. Śnieg skrzypiał raniony kolcami raków, a księżyc oświetlał nam drogę. Nie spoglądaliśmy w górę, w tej chwili, nie miało znaczenia, ile jeszcze metrów, w kierunku nieba, musimy pokonać. Teraz liczyło się, aby iść, bez przerwy, bez myślenia, po prostu, stawiać krok za krokiem. Każdy jeden już postawiony oznaczał bowiem, że jesteśmy bliżej.

Huayna_Potosi18

 

Idąc tak ponad godzinę, dotarliśmy do głębokiej, około dwudziesto metrowej, szczeliny lodowcowej. Za nią, rozciągał się widok na eksponowany stok, który pod dużym kątem, wspinał się w górę. U swego szczytu, gdzie znikał, zbliżał się do skał, leżących z lewej jego strony. Stanowiły one podstawę wierzchołka Huayna, który sterczał jeszcze jakieś sto pięćdziesiąt metrów ponad nimi.

 

Zeszliśmy do szczeliny. Musieliśmy robić to niezwykle ostrożnie. Wśród ostrych jak brzytwa, poszarpanych lodów, w zasadzie, nie było ścieżki. Gdy znaleźliśmy się na dnie, jeszcze raz musieliśmy wypróbować nasze nowo zdobyte umiejętności. Ściana była znacznie niższa i już nie pionowa. Niemniej jednak, gdy weszliśmy na jej górę, poczuliśmy się wyzuci z energii. Kolorowe plamki znowuż zagościły przed oczyma. Oddech stawał się niezwykle płytki i świszczący. Z niechęcią spoglądaliśmy na dalszą drogę.

 

Gdy ją podjęliśmy, szybko okazało się, że zmęczenie to już nie kwestia braku tlenu. Nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Mięsień napinał się, ale cała kończyna nie chciała się poruszyć. Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i musieliśmy stanąć. Oparłem klatkę piersiową na czekanie i pompowałem powietrze do płuc, które zdawały się teraz pracować, jak miechy hutnicze. Oczy otworzyły się szeroko, nie wiem, czy nie wybałuszyły odrobinę. W głowie szumiało i jedyne, co mogłem z tego wychwycić to wiązanki tak siarczystych przekleństw, że więzienna grypsera przy tym Huayna_Potosi19to gaworzenie niemowlaka. Wyprostowałem się, odgiąłem głowę do góry i spojrzałem w czarne niebo. Nie wiem, czego tam szukałem. Z pewnością, nie było tam otuchy. << Idziemy >>, zabrzmiał nieśmiały głos pomiędzy uszami. << Zaraz, k…a >>, odpowiedział mu drugi.

 

Jeszcze raz, zebrałem się w sobie. Wszyscy wstaliśmy i poszliśmy. Parliśmy tak nieprzerwanie, w katorżniczej rytmice minimalistycznych kroków. Bez kolejnej przerwy, udało się dojść do połowy stoku, może nawet, trochę ją przekroczyć. Tam padliśmy. Leżałem na śniegu, a świat wirował. To był koniec, dotarłem do kresu. << Niech tu stanie pluton egzekucyjny. Strzelajcie! Nie wstanę! Pieprzę to! >>. Nigdy w życiu, bez najmniejszego wyjątku, nie byłem tak zmęczony, wyzuty ze wszelkich sił witalnych, wypruty, jak wtedy. Nie wiedziałem, co będzie, co się ze mną stanie. Szczerze powiedziawszy, nie interesowało mnie to, gdy podobne pytanie zabrzmiało w mojej głowie. Wysyczałem tylko przez zęby, bezdźwięcznie zresztą chyba, bo poruszyły się zapewne tylko suche, na w pół zamarznięte wargi: << Mam to w dupie! >>. Nie było grozy, nie było rozgoryczenia, nie było cienia emocji, żadnych uczuć. Tylko zmęczenie.

 

Nie wiem, ile tak leżałem. W końcu jednak, postanowiłem usiąść. Mario zapytał mnie, jak się czuję. Spojrzałem na niego wymownie. Na jego twarzy wciąż trwał niezmącony niczym spokój. << Zmęczony >>, odrzekłem tylko. Znowu zapadła cisza.

 

– Ile jeszcze nam brakuje? – Zapytałem przewodnika.

 

Nawet nie spojrzał w górę, z lekkim uśmiechem na ustach, odparł. – Godzinka, może półtorej.

 

Nie wiem, co wtedy stało się wewnątrz mego umysłu. Zerknąłem tylko w górę. Tam, nieprzejednana, ani odrobinę, nie niższa, wciąż znajdowała się ona, czarna Huayna. Automatycznie, bez zastanowienia i zupełnie bezpodstawnie rzuciłem: << No to, ja teraz wiem, że już tam jesteśmy >>.

 

Kąciki ust Mario ponownie uniosły się w górę, wstał i ni to oświadczył, ni zapytał: << To, co!? Idziemy!? >>.

 

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Wstaliśmy jednak na nogi, które zaczynały przypominać pylony portowe, wbite głęboko w dno. W dłoni znowuż znalazł się czekan, ustawiliśmy się, naprężyliśmy linę i ponownie zaczęliśmy stawiać kroki.

Huayna_Potosi20

 

W tym miejscu trzeba zaznaczyć jedną rzecz. Później, gdy obaj rozmawialiśmy o tym momencie, zgodnie stwierdziliśmy, że tam, podczas tego postoju, nasze siły wyczerpały się. To, co później się działo, wydarzyło się, jak gdyby za sprawą siły inercji. Tak, jak wysprzęglony samochód, toczy się jeszcze, nie zużywając już benzyny, tak, my pozbawieni już energii, szliśmy dalej. Była to droga przez mękę. Zataczaliśmy się się jak pijani, a przed oczyma ciemniało. Szliśmy jednak i teraz tylko to miało znaczenie.

 

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, jak dotarliśmy na górę stoku. Gdy się tam znaleźliśmy, za nim znajdowała się przepaść. Huayna po lewej  stronie i szczytem skalistej grani prowadziła na nią ścieżka. Była ona nie szersza niż dwadzieścia centymetrów, do tego stopnia, iż nie możliwością było postawić na niej dwa buty, obok siebie. Z obu stron, w dół spadały przepaście najeżone ostrymi skałami, wyglądającymi jak diabelskie sztylety, którymi pan podziemi przebił płaszcz świata.

 

Nie sposób opisać słowami, co działo się później. Nie byliśmy już trzeźwi. Oczy zamykały się. Nie czuliśmy już nic. Znikł ból i poczucie chłodu. W zasadzie nie szliśmy, powłóczyliśmy nogami. Mario wprowadził nas na cieniutki szlak, którym poczęliśmy wspinać się ku szczytowi. Przed oczyma majaczył tylko wąski pas ziemi, w który trzeba było trafić nogą. Każdy większy krok, stawiany z konieczności na przeszkodę w terenie, groził upadkiem. Gdy raz, po raz, przypadkowo, wzrok sięgał gdzieś, poza naszą marną ścieżynkę, trzeźwieliśmy. Widok skał pod nami, tak bliskich naszym nogom, uświadamiał, gdzie jesteśmy. Mario odwracał się zaniepokojony, przy każdym podmuchu wiatru. Ostrzegał i sugerował warianty stawiania kroków. Na nic to się zdawało. Tak jak bokser w dziewiątej rundzie, nie słyszy już nic, pomimo, iż sekundat w narożniku, zdziera gardło, tak i my byliśmy na tej ścieżce, wyłącznie ciałem. Umysły już nie wytrzymały. Nawet nie wiem, co się wtedy ze mną działo, o czym myślałem, czy w ogóle myślałem. Pamiętam tylko pijane, nieskoordynowane nogi i stopy, nie mogące, pomimo  wszelkich wysiłków, stanąć w wybranym miejscu. I przerwy, a w zasadzie upadki co kilka metrów. Już nie prosiłem przewodnika, by się zatrzymał, nawet na to nie miałem sił. Po prostu co pięć sześć metrów padałem, gdy lina się naprężała, Mario wiedział, że znowu jestem na kolanach. Przystawał na chwilę. Już nic nie mówił, patrzył tylko na mnie i gdy moje mgliste oczy podnosiły się, odwracał się i szliśmy dalej.

Huayna_Potosi21

 

W końcu, nie wiem, po jakim czasie, nie wiem, w ogóle, jak, znaleźliśmy się na szczycie. Ten moment, na który tak długo czekałem, nawet nie zaistniał. Faktem było jedynie, że nie trzeba iść dalej. Nawet to, nie powodowało jednak radości, może jedynie odrobinę ulgi. O ile, w ogóle, w tych okolicznościach coś się czuło. Na szczycie, ten moment, który miał być tak wspaniały, pięknie dekorowały okoliczności przyrody. W oddali, dziesiątki kilometrów od nas, w wodach jeziora Titicaca, najwyżej położonego na świecie żeglownego zbiornika wodnego, powoli zachodził księżyc, tonąc w czarnych wodach. Jego smuga, długą linią odbijała się w lustrze wody. Widok, który zapadł mi w pamięć, niczym fotografia, był, do prawdy, magiczny. Wtedy jednak, obaj usadowiliśmy się na Huayna_Potosi22samym szczycie, odwróceni plecami do niego. Nie interesowały nas połyskujące w mroku, światła el Alto, ani rozciągający się z drugiej strony, widok całego łańcucha Cordiliera Real. Usiedliśmy i ciężkie jak ołów powieki opadły same. Nie patrzyliśmy, nie byliśmy w stanie otworzyć oczu. W chwili otrzeźwienia, zrobiliśmy ze trzy zdjęcia. Na tyle tylko, było nas stać.

Po jakiś dziesięciu minutach, z za horyzontu, wystrzeliły w naszym kierunku pierwsze promienie słońca. Byliśmy na Huayna zaledwie chwilę i Mario zarządził odwrót. Bez słowa, wstaliśmy, wzięliśmy do dłoni czekany i poczęliśmy schodzić, w świetle rodzącego się dnia. Gdy dotarliśmy do Campo Alto, pamiętam tylko, że tuż po wejściu, usiadłem na materacu i Kisiel zapytał mnie, czy się kładę. Nie wiem, czy zdążyłem odpowiedzieć i już spałem. Przyjaciel także zasnął w ułamkach sekund. Wycieńczenie organizmu, którego nie wyobrażałem sobie, nieporównywalne z niczym innym, przeszło najśmielsze oczekiwania. Wiedzieliśmy, że będziemy zmęczeni. Nie zdawaliśmy sobie sprawy jednak, że możemy być aż tak wykończeni, że tak daleko mogą sięgnąć granice rezerw, na których weszliśmy na szczyt. Później stwierdziliśmy zgodnie: << jeszcze sto metrów, w górę i nie dalibyśmy rady, nie byłoby mowy o wejściu, to, co zrobiliśmy, było i tak dalece ponad nasze siły. >>

 

A co było później i co myślimy, o tym wszystkim dzisiaj? Cóż, jesteśmy zdobywcami sześciotysięcznika. Pokonaliśmy ją, Huayna, czarną, dumnie stojącą i wystrzeliwującą wysoko w niebo boginię. Zdobyliśmy, pokonaliśmy, choćby tylko na chwilę. Nie ma w nas euforii, chyba raczej, coś w rodzaju pewnej refleksji, lepszej znajomości siebie i własnych granic. Zmaganie się człowieka z samym sobą, w takich warunkach hartuje, ale i, mam wrażenie, uszlachetnia, pozwala spojrzeć na otaczający świat z nieco większym dystansem i spokojem. Nie wiem, zresztą, do końca, może lekcja z zółtawych hal, na których brak powietrza, którym możnaby wypełnić płuca, jeszcze nie została odrobiona. Być może, dzień, w którym obudzimy się i stwierdzimy, że wiemy, po co tam wchodziliśmy, dopiero ma nadejść. Wiem natomiast jedno, było warto, to doświadczenie, jedyne takie w swoim rodzaju. A gdy, ktoś zapyta, czy na pewno. Odpowiem, i zarazem zakończę ten tekst, tak jak już kilka razy to czyniłem, cytatem z Targu Jacka Kaczmarskiego: Przeżyliśmy! – To słowo. Z wszystkiego na rozlicza.

 

 

 

Autorzy na szcycie

Autorzy na szczycie

PiK

Tagi: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.