Boliwijskie początki

Posted by Admin on Kwi 21, 2011 in Kategoria główna |

Po czterech miesiącach spędzonych w w Rio, nadszedł czas by się ruszyć. Zasiedzieliśmy się niemiłlosiernie. Pierwotny plan polegał na spędzeniu w byłej brazylijskiej stolicy świat Bożego narodzenia i Sylwestra. Wszystko to służyć miało krótkiemu odpoczynkowi i złapaniu odrobiny świeżości po patagońskich wojażach. Tak się jednak rozsmakowaliśmy w wygodzie, iż wkrótce przyszedł do głowy pomysł, uprzednio traktowany wyłącznie jako żart- dlaczego nie spędzić w Rio karnawału. Po pewnym czasie, pojawiło się sta_Cruz1pytanie- w zasadzie to właściwie, dlaczego nie. Zatem zostaliśmy. Niemały wpływ na ten wybór miały też dwie inne okoliczności. Po pierwsze, po spędzeniu w autobusie z Santiago de Chile do Rio niemal dziewięćdziesięciu godzin, na widok dworca dostawaliśmy konwulsji. Po drugie, nie mały udział w rozkładaniu na opatki wszelkich planów podróżniczych miała pogoda. Przy temperaturze oscylującej między 36 a 42 stopni celsjusza w cieniu, życie zwalnia. Wszystko odbywa się jak gdyby sfilmowane zostało kamerą poklatkową. Myślenie również. Przy czym, należy dodać, że myśli raczej uciekają w kierunku plaży. Zarzucenie na plecy dwudziesto- kilku kilogramowego plecaka, we wspomnianych okolicznościach przyrody, ujmując to eufemistycznie, nie kusi.

Lato się jednak skończyło, przeminął kolorowy karnawał, po którym pozostały wyłącznie metalowe instalacje, których jakoś nikomu sprzątać się nie chce. Nastał czas ruszenia czterech liter. Choć broniliśmy się zaciekle wyjeżdżając jeszcze na Ilha Grande, odwrotu nie było. Spakowaliśmy opasłe plecaki i pożegnaliśmy Rio de Janeiro.

Samolotem dostaliśmy się do Campo Grande- stolicy stanu Mato Grosso do Sul, gdzie ku rozczarowaniu, nie udało się udać na wyprawę w Pantanal- świat mokradeł, łąk, dzikiego ptactwa, krokodyli i pum. Z lotniska pospieszyliśmy na rodoviaria, jak w Brazylii zwie się dworce autobusowe i złapaliśmy połączenie do granicznej Corumby. Po spędzeniu ostatniej nocy w Brazylii, nad ranem przekroczyliśmy granicę i wjechaliśmy do Puerto Quijarro. Tym samym znaleźliśmy się w Boliwii, czyli kolejnym kraju leżącym na naszym szlaku.

Pierwsze wrażenie było raczej pejoratywne. Wszechobecny kurz i samochody pochodzące z epoki kamienia łupanego przywodzą na myśl obrazki z Wenezueli- a to w naszym przypadku, skojarzenie nie miłe. Problem stanowiło także osobiste nastawienie. Boliwia jawiła się w mych wyobrażeniach jako kraj skrajnie brudny i zdezorganizowany, na którego czele stoi czerwony watażka indiański obrany prezydentem republiki.

sta_Cruz2

Część z tych uprzedzeń nie minęła się z zastaną rzeczywistością. Będąc jednak za wczasu nastawionym w określony sposób, nie mogłem się przynajmniej rozczarować in minus. Inne doświadczenia jednak dostarczyły wrażeń zupełnie przeciwnych.

Boliwijczycy okazali się może nie zbyt czyści, ale za to niezwykle mili, skromni i dobrze wychowani. Szczególnie docenia to osoba, która przyzwyczaiła się już nieco do Rio, gdzie ludzie do miłych bynajmniej nie należą, na zwykłe dziękuję, nie jednokrotnie, nie potrafią odburknąć nawet sztampowego de nada i gdzie jeszcze ostatniej nocy, na ulicy rozległ się dźwięk wystrzału z shotguna. Wyjątkowo ta ostatnia kwestia, której w Rio z przyzwyczajenia, przestałem już dostrzegać, sprawia, iż w Boliwii poczułem się komfortowo. Nagle bowiem zniknęła potrzeba posiadania kolejnej pary oczu umieszczonej na potylicy. Znika konieczność analizowania każdego przechodnia w promieniu kilkudziesięciu metrów, która stała się normalnym nawykiem w mieście, nad którym króluje Chrystus Zbawiciel.

sta_Cruz3

Małą, boliwijską przyjemnością nazwałbym widok dworca kolejowego. Zawsze wolałem pociągi od autokarów. O ile w Polsce przemieszczanie się tym środkiem transportu jest czymś naturalnym, a dla niektórych nawet uciążliwym (stąd chociażby znany żart:

– Rozwiń skrót PKP!

– Po co k…a podróżujesz?), o tyle w Ameryce Południowej, a przynajmniej w odwiedzonych przez nas państwach, ten środek transportu nigdy nie istniał lub został zlikwidowany lata temu. Tym bardziej, miarowy tentent kół na stalowych szynach, którym raczyłem się w drodze z Quijarro do Santa Cruz de la Sierra, sprawił, że recepcja Boliwii stawała się jakaś taka cieplejsza…

sta_Cruz4

*                      *                     *

Tak przemierzając równiny Gran Chiquitania, zmierzaliśmy do Santa Cruz. Miasto jest stolicą regionu i zarazem największą metropolią w Boliwii (Milion pięćset czterdzieści tysięcy mieszkańców). Jest także najbardziej zeuropeizowane i w niczym nie przypomina obrazków Boliwii znanych z gazet i katalogów biur podróży. Cruzenos są biali, brak w nich indiańskiej krwi, płynącej w żyłach większości mieszkańców kraju. Nie są oni zwolennikami charyzmatycznego plantatora koki, którego lud obrał prezydentem. Chodź spędziliśmy w mieście raptem kilka godzin, to kwestia, znana nam wyłącznie teoretycznie, szybko stała się namacalna. Przez miasto przewaliły się trzy znacznych rozmiarów demonstracje. Na czele jednej z nich, czterech mężczyzn na swych barkach niosło trumnę z wypisanym wielkimi literami imieniem EVO. Z gazet dowiedzieliśmy się, że w zasadzie cały kraj ogarnęły protesty społeczne, a gospodarz, zwiał do położonej w pobliżu granicy argentyńskiej Tarija. Czyżby dni Evo były już policzone? Czas pokaże, niemniej, nam, owe protesty utrudniają podróż (blokady dróg w stylu Leppera). Zatem dla świętego spokoju (naszego i jego) życzymy Panu Prezydentowi rychłej rezygnacji.

sta_Cruz5

PiK

Wszystkie fotografie pochodzą z Santa Cruz de la Sierra

Tagi: , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.