Białe miasto

Posted by Admin on Maj 5, 2011 in Kategoria główna |

Sucre, stu piętnasto tysięczne miasto to pierwsza Boliwijska stolica. Jeszcze zanim przybyli kolonizatorzy, nazywało się Chiquisaca i stanowiło najważniejsze miasto panującego nad okolicami plemienia Charcas. Stanowiło zatem rodzaj ośrodka władzy, administracji, kultury i cywilizacji _DSC0019na długo przed tym jak w ogóle na mapach Ameryki Południowej i vicekrólestwa pojawiło się La Paz. Po przybyciu Hiszpanów Sucre nice straciło na znaczeniu. Niemniej dzięki bliskości do Potosi, gdzie trafiono na nieskończone wprost bogactwa naturalne, miasto przez stulecia rozwijało się i utrzymywało swój status. W końcu, w 1825 roku Boliwia ogłosiła niepodległość. Dokonało się to właśnie w Sucre. Wówczas miasto przyjęło nazwę, na cześć jednego z libertadorów, którą używa się po dziś dzień.

Pierwsza stolica Boliwii to architektoniczna perła. Niemal całe centrum zachowało swój kolonialny charakter. Godzinami można spacerować po brukowanych uliczkach wśród białych kamieniczek. Sucre zupełnie nie przypomina innych boliwijskich miast. Poza faktem kolonialnej atmosfery, dbałości o zabytki, niespotykanej gdzie indziej czystości ulic, zaskakują mieszkańcy. Nieobecna, bądź też niewidoczna w innych miejscach klasa średnia dominuje pierwszą stolicę. Ludzie zachowują się inaczej i ubierają inaczej. Zupełnie nie po boliwijsku. Na ulicach nie widać wszechobecnej gdzie indziej biedy. Miasto sprawia wrażenie lepiej zorganizowanego. Nawet charakterystyczne, trudne do opisania boliwijskie twarze, w Sucre nie występują tak często.

Wszystko to powoduje, że miasto przestaje się zwiedzać, a zaczyna się eksplorować, wsiąkać w nie. Spacery stanowią przyjemność a odwiedziny muzeów stają się przypadkowe, nie zaś zaplanowane. A odwiedzać jest co, gdyż na brukowanych ulicach Sucre zapisane zostało niemało historii. Główny plac to Plaza de los Armas, wokół niego zaś zgromadzone są jedne z_DSC0020 najważniejszych budowli w mieście i w Boliwii. Zbudowana w 1621 roku Casa de la Libertad to centrum boliwijskiej niepodległości. To właśnie tutaj Simon Bolivar napisał konstytucje państwa. W jednym z pomieszczeń muzeum, które zgromadziło dziesiątki pamiątek narodowych znajduje się deklaracja niepodległości napisana przez najsławniejszego z latynoskich libertadorów. W domu niepodległości znajduje się także pierwsza flaga niepodległej Argentyny, ostatnia boliwijska flaga łopocząca nad Antagofasta, tuż przed tym, jak Chilijczycy w Wojnie Pacyficznej (1879-83) odebrali Boliwii dostęp do oceanu.

Wojna ta obecnie jest dość szeroko wykorzystywane w rządowej propagandzie. 29 kwietnia w Boliwii obchodzono dzień przywrócenia oceanu. Przy okazji pokazywano liczne programy i inscenizacje związane z utratą wybrzeża. Wszystko to miało na celu pobudzić bojowe nastroje Boliwijczyków. Boliwia z Chile nie utrzymuje stosunków na poziomie ambasadorów. Gdzieniegdzie w kraju spotkać można plakaty ostrzegające Chilijczyków przed rychłym rewanżem. Jednym słowem nastroje bojowe- jednak to chyba tylko strachy na lachy, Boliwia w swojej historii przegrała wszystkie wojny. Każdy z sąsiadów (poza Argentyną) coś uszczkną z boliwijskiego terytorium. Ponad to, o czym rzecz jasna w Boliwii się nie mówi, wojna z Chile nie była taka jednostronna. Boliwijczycy nie przestrzegając międzynarodowych umów i nakładając na Chilijskie towary absurdalne opłaty nijako wojnę tę świadomie sprowokowali.

Wracając jednak do wątku turystycznego, w Casa de la Libertad znajdziemy też dziesiątki innych ciekawych pamiątek. W jednym z pomieszczeń na ścianach rozwieszono galerię z podobiznami wszystkich prezydentów republiki. W szklanych gablotach zaś znajdują się precioza, onegdaj do nich należące. W tym miejscu, należy przyznać, że zawód prezydent w Boliwii obarczony jest dość wysokim ryzykiem. Dotrwanie na stanowisku do końca kadencji jest już bardzo dużym wyczynem. Także średnia długość życia prezydenta republiki nie jest zbyt wysoka. Z resztą, jak pisaliśmy już wcześniej, jakiś czas temu, obecny, rządzący już drugą kadencję, znany szerzej jako „Evo”, pomny doświadczeń poprzedników był się skrył w przygranicznej Tarija, gdzie z przekonaniem graniczącym z pewnością można stwierdzić, iż w razie czego, w swe opiekuńcze ramiona przyjmie go dobroduszna Cristina Kirchner.

*         *          *

_DSC0031

W Sucre znajduje się spora liczba pięknych kolonialnych kościołów. Jeden z nich to znajdująca się przy Plaza de los Armas Katedra. Wewnątrz, budynek nie zaskakuje, brak w nim przepychu i niezmierzonej ilości złota, którą pamiętamy jeszcze z podobnych kolonialnych kościołów w Brazylii (jak chociażby w Salwadorze i w Rio de Janeiro). W katedrze w Sucre byłem jednak świadkiem czegoś zupełnie niespodziewanego. Otóż, tuż po wkroczeniu do budynku i zajęciu jednego z tylnich miejsc, uszu mych dobiegły dźwięki wprost potępieńcze. Przyciągany ciekawością, w jednej z bocznych naw, odkryłem scenę dość osobliwą. Na podłodze w nieopisywalnych spazmach wiła się młoda dziewczyna sycząc i dysząc ciężko. Nad nią zaś stał stary ksiądz, w ręku dzierżący krzyż i odmawiający nad dziewoją modlitwy. Co jakiś czas wykrzykiwał coś w kierunku dziewczyny, po czym kropił ją święconą wodą. Wywoływało to wybuch furii i agresji, rzucała się ona na starca z taką siłą, iż trzymający ją czterej mężczyźni mieli niebywałe problemy z powstrzymaniem jej. Darła się przy tym tak głośno i sięgając takich skali, iż ciało przeszywały ciarki. Długo owego widoku nie wytrzymałem, nie wiem zatem jak wszystko skończyło się. Nie mam jednak wątpliwości, iż byłem świadkiem pierwszych w mym życiu egzorcyzmów.

*           *            *

W mieście nie brak też wszelakiej infrastruktury. Jest gdzie iść gdy doskwiera głód, a nie chcemy ryzykować ulicznych potraw, co jak z doświadczenia wiemy może skończyć się niedobrze (gigantyczny eufemizm lecz nie miejsce tu by zagłębiać się w niuanse naszych organizmów). _DSC0093Można tez spokojnie wieczorem udać się do knajpy, gdzie przy normalnym piwie (w Boliwii zimne nie jest oczywiste, zazwyczaj podaje sie w wersji natural, czyli w temperaturze pokojowej) zobaczymy mecz Copa Libertadores. Swoją drogą brazylijskie drużyny, którym to po cichu kibicuję dostają tęgie lanie. Nic to jednak! Nic to…

W Sucre mamy też genialny wprost Mercado Central, na przeciwko to, którego przyszło mi swego czasu pomieszkiwać. Na targu można kupić niemal wszystko. Całość stanowi labirynt, ażeby się wydostać należy trzymać się jednego kierunku  przez dłuższy czas, a miejsce wyjścia niemal zawsze zaskakuje. Duży teren podzielił się na sekcje. Mamy więc część, gdzie kupimy owoce, niekiedy naprawdę zaskakujące (pomimo doświadczeń brazylijskich). Szczególnie ciekawe okazało się odkrycie smaku (mimo wszystko pałętającego się wcześniej po głowie w jakiś odległych zakamarkach ) owocu granatu. Mamy strefę ubraniową, gdzie nabyć można niezłe skarpetki, strefę z duperelami pożytecznymi, gdzie nabyłem nożyczki, sekcję zbożowo- przyprawową, gdzie w wielkich worach starowinki sprzedają maki, kasze i kolorowe przyprawy, obszar serowy, mięsny, gdzie gigantycznymi tasakami krępi Boliwijczycy tłuką niemiłosiernie ogromne kawałki krasul. Jest też, obecna z resztą nie tylko w Sucre, sekcja zwana przez mnie (z braku lepszej nazwy) dziwną. Tutaj zazwyczaj kupimy liście koki, zbawiennej koki, bez której przeżycie na wysokościach sięgających 5000 m n.p.m. byłoby niemożliwe. To jednak jeszcze nie kwalifikuje tego miejsca do miana dziwnego. To zyskuje, po przyjrzeniu sie innym produktom. Sprzedaje się tu przeróżne artefakty, korzenie roślin o jakimś dość magicznym przeznaczeniu, kaktus Św. Piotra, który to ma podobno mieć silne działanie halucynogenne i last but not least płody lam, będących produktem naturalnej aborcji. Taką zasuszoną małą lamkę Boliwijczyk kupuje sobie co by podarować pachamama (matka ziemia) i cieszyć się pomyślnością. Praktyczne zastosowanie to dla przykładu, budowa domu. U nas w Polsce uroczyście wkopuje się kamień węgielny, tu w Boliwii, sucha małą abortowana lamę. Cóż…, co kraj to obyczaj.

*      *      *

_DSC0156

W Sucre stoi też najstarsza boliwijska biblioteka. Zbudowana w tym samym roku, w którym ogłoszono deklaracje niepodległości republiki. Znajdują się w niej najważniejsze z boliwijskiego punktu widzenia, zbiory. Najstarsze przechowywane w niej dokumenty datuje się na piętnasty wiek.

Całe centrum to sieć uliczek i placów otoczonych przez niezliczone białe kościoły, budynki zakonów, kaplice i kamienice. Wszystko to robi wrażenie niezwykle estetycznego i przyjemnego. Niemniej obraz ten nie jest tak oczywisty, gdy do miasta się wjeżdża. Z daleka bowiem pierwszym, co rzuca się w oczy to ceglane miasto zbudowane na płaskowyżu otoczonego przez górzysty horyzont. Odległy widok nieotynkowanych budynków, automatycznie kojarzy się z brazylijskimi favelami. Ponad to, zarówno stareotypy, jak i dotychczasowe boliwijskie doświadczenia skłaniają do podobnych skojarzeń.

_DSC0060

Obraz ten jednak jest mylny. Widziane z daleka domy, owszem otynkowane nie są, ale są to porządnie zbudowane, niekiedy ze szklanymi fasadami, budynki, których z pewnością Boliwijczycy nie muszą się wstydzić. Sekret polega na mądrej regulacji rządowej. Otóż w oświeconym socjalizmie płaci się podatek od ukończonego domu. Zatem mieszkańcy, nie będący fanami płacenia podatków, domy ukąńczają, tak aby przypadkiem ich nie ukończyć. Manewr nieukończenia polega na nietynkowaniu. Zatem w tych nieukończonych domach mieszka się i prowadzi biznes, ale nie odprowadza się głupiego podatku.

*      *      *

Tuż na przedmieściach Sucre w trakcie budowy fabryki cementu odkryto liczne ślady pochodzące z czasów dinozaurów. Stworzono tam coś w rodzaju pół parku, pół muzeum. Można (aczkolwiek nie trzeba) wysłuchać opowieści przewodnika, zobaczyć kilka plastikowych makiet dinozaurów i z pewnej odległości obserwować sławną ścianę, o wpisanie której na listę UNESCO, starają się władze Sucre. Wpisać, jeżeli się nie zawali może i się uda. Wybierać się tam, na pewno nie warto. Nawet chyba zapaleńcy nie mają z tego za wiele frajdy.

_DSC0042

Ślady dinozaurów

Niemniej jednak, Sucre to na pewno najprzyjemniejsze z miejsc odwiedzonych dotychczas w boliwii. Ma tę swoista atmosferę, która sprawia, iż człowiek czuje się w nim naprawdę dobrze, swobodnie i bez obierania sobie konkretnych celów turystycznych, chętnie włóczy się godzinami po uliczkach. Położone jest na w miarę rozsądnej wysokości, co sprawia, iż nie doskwierają objawy choroby wysokościowej.   Ma przyjemny klimat. Przede wszystkim jest jednak piękne, zwane białym miastem, ma niebywały kolonialny urok.

PiK

_DSC0173

Tagi: , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.