Bezzebna legenda

Posted by Admin on Kwi 6, 2010 in Kategoria główna |

Slonce juz muskalo wody najwiekszej z rzek swiata gotowe zlozyc codzienna ofiare i pozwolic sobie utonac w Amazonce. Zmeczone dwunastogodzinnym krolowaniem rozswietlalo krajobraz dogasajaca z wolna, pomaranczowa poswiata mieszajaca sie niechetnie z resztkami zasiedzialego blekitu dziennego nieba.

Ulice Santarem powoli zaczely wypelniac sie elegancko (jak na amazonski standard) ubranymi przechodniami przygotowanymi odbyc rytualny, kilkugodzinny spacer esplanada wzdluz rzeki, ktorego jedynym chyba celem jest obserwacja innych przechodniow i wymiana plotek zaslyszanych na ruchliwych ulicach miasta w ciagu dnia.

Przy stolikach rozstawionych na okazalych rozmiarow drewnianym pomoscie pojawialo sie coraz wiecej gosci chetnych do spozycia dobrej kolacji lub napicia sie kilku szklanek zimnego piwa. Siedzielismy tam i my…

Sziedzielismy nie potrafiac zachwycac sie juz ani malowniczym zachodem slonca, pieknem dziewczat, jakby nadnaturalnie zgromadzonych w Santarem, ani leniwa, spokojna upojna atmosfera popoludnia, ktora tak nas zachwycala jeszcze dwa wieczory wczesniej. Milczelismy wpatrujac sie w blotnista (a jeszcze niedawno zdajaca sie miec kolor kawy z mlekiem) wode, czy drewniana posadzke. Kiedy indziej, jeden z nas po raz setny studiowal napisy umieszczone na scianach baru, butelkach, reklamach i w ogole, wszystkie znajdujace sie dookola. Drugi w tym czasie, tepo wpatrzony w jakis niezdefiniowany, odlegly punkt, wydawal z siebie nosowe, monosylabiczne, nie wiadomo co znaczace i do czego sie odnoszace pomruki. Mowiac wprost- bylismy zli.

Utknelismy w Santarem na conajmniej kilka dni w oczekiwaniu na statek, ktory nas w koncu zabierze do Belem. Zegnalismy sie tym samym z amazonia i piekna, przyciagajaca, niemal fluorestencyjna, zielona dzungla. Musielismy rozstac sie z wielkimi rzekami snujacymi sie dostojnie wsrod lasow rownikowych. Dobiegala konca nasz podroz Amazonka- dobrotliwa matka amazonii, piekna, urzekajaca, magnetyczna, potezna, antyczna amazonka- krolowa rzek, wladczynia zycia i smierci.

IMGP3837

Czulismy niedosyt- zbyt krotko tu bylismy, zbyt malo zobaczylismy i przezylismy. Sumienia zas szargalo poczucie winy. Rozleniwienie wowczas siegalo zenitu. Od przeszlo tygodnia nie robilismy nic. Calymi dniami przesiadywalismy jedzac lub pijac albo odpoczywajac po jedzeniu i piciu. Kamienny parapet okna naszego pokoju wychodzacego na ruchliwa, handlowa uliczke stal sie jednoosobowym klubem czytelniczym. Przyrastalem do niego ukladajac sie wzdluz ramy na dlugie godziny pograzajac sie badz to w lekturze, badz w bezmyslnym gapieniu sie na ulice. Tylismy pochlaniajac codziennie gigantyczne porcje ryzu, fasoli, makaronu z duszona wolowina lub pieczonym kurczakiem. Po zaoraniu szklanej powierzchni talerza celem zeskrobania ostatniego zirnka ryzu, zwlekalismy sie z barowych krzeselek, aby juz po kilku chwilach urzadzac sobie trzygodzinne drzemki zwane dumnie sjesta.

Tak, mielismy wyrzuty sumienia, ale kaca moralnego mozna zagluszyc, sa na to sposoby. Nasze dusze w owym czasie cierpialy z innego powodu. Chodzilo o rozstanie. Smutno bylo na zegnac sie z amazonia. Zal nas ogarnial na mysl ile jeszcze miejsc zapierajacych dech w piersi czekalo na nas. Tesknota sciskala serce na mysl o nocach spedzanych w lekko rozkolysanym hamaku przy skrzypiacym w lesie ogniu i dzwiekach muzyki natury wypelniajacej dzungle.

IMGP3326

 

My tymczasem, juz sie pozegnalismy. Dziesiec razy mowilismy, stwierdzalismy i oznajmialismy, ze jedziemy do Belem, jakby probujac zaklinac rzeczywistosc, jakby czujac, ze moc slow jest za mala i nawet tysiac razy wypowiedziane ¨zegnaj¨ sprawy nie zalatwi. Rozstawanie bowiem to kwestia stanu umyslu, swiadomosci zostawienia gdzies za plecami obiektu rozstania i podjecia nowej drogi. Tymczasem, gdziekolwiek sie nie odwrocilem, gdziekolwiek probowalem pojsc, zbierajac sily, aby wreszcie odejsc, przed mymi oczyma ukazywala sie amazonia. Piekna kraina, przenoszaca czlowieka poza czas i rzeczywistosc, unoszaca nad ziemie i kolyszaca lagodnie nad bezkresnym, zielonym horyzontem poprzecinanym gdzieniegdzie niekonczacymi sie wstegami rzek. Odejsc bylo nie sposob, rozstanie nie wchodzilo w gre, podczas gdy, my tepo i bezrefleksyjnie musielismy oczekiwac az utrzymywany nicia konczacego sie czasu miecz damoklesa zerwie sie i odetnie nas na dobre od amazonii. Bylismy zli.

W koncu jednak, cos w nas peklo. Nie przytocze juz teraz przebiegu rozmowy, potokow pelnych rozgoryczenia slow, apeli, planowania i obietnic. Nie maja one zreszta, najmniejszego znaczenia. Wazne, ze zanim slonce na dobre zniknelo za widnokregiem, zanim ze wschodu nadciagnela zalewajaca miasto czern, jeszcze przed tym jak wszyscy spacerowicze zaczeli dumnie kroczyc po kamiennych plytach nadbrzeza, a nietoperze przecinac slupy latarnianego swiatla, polykajac raz za razem nocne owady, podazajace w samobojczym biegu w strone goracych zarowek, my juz wznosilismy toast za Fordlandie, podroz w gore Rio Tapajos i czekajace na nas zaginione miasto.

Zbudowana w latach dwudziestych XX wieku osada byla projektem wielkiego przemyslowca Henry´ego Forda. Utopijny, niemal oblakanczy pomysl IMGP3333zakladal stworzenie w srodku amazonskiej dzungli spolecznosci idealnej. Odizolowani od swiata i jego patologii, amerykanscy osadnicy mieli utrzymywac miasto z produkcji kauczuku, ktorego ceny siegaly owczesnie apogeum.

Nie przekonalismy sie jednoznacznie, co bylo bezposrednia przyczyna upadku projektu. Jedna z teorii mowi o smierci jedynago syna Henry´ego, ktora w efekcie pograzyla ojca w odchlani obledu. Bez swego zalozyciela, pomyslodawcy i fundatora, Fordlandia zaczela podupadac. Znacznie prostsze wytlumaczenie upadek osady kladzie na karb Wielkiego Kryzysu, ktory wybuchnal na przelomie lat dwudziestych i trzydziestych i skoncentrowal Forda na zupelnie innych sprawach anizeli rozwoj miasta.

Faktem jest, ze projekt upadl, az w koncu rzad brazylijski odkupil od amerykanow ziemie lezaca na wschodnim brzegu Rio Tapajos, gdzies ok. trzysta kilometrow od Santarem.

O Fordlandii wielu slyszalo, lecz nikogo tam nie bylo, przynajmniej wsrod turystow, ktorych spotkalismy. Pierwszy raz o miescie uslyszelismy jeszcze podczas podrozy po Wenezueli. Relacje tych kilku osob, ktore powtarzaly nam legende mitycznego, zaginionego posrod dzungli miasta, rozkrecaly prace wyobrazni do najwyzszych obrotow. Budynki fabryk, kosciol, domy mieszkalne, dawne drogi zabrane i zadeptane brutalnie przez las, budzily pierwotny ludzki instynkt eksploratora, ktory od dziecka kaze sprawdzic co jest za kolejnym blokiem, ulica, zakretem, itd…, az do zgubienia sie lub chwalebnego powrotu do wlasnej piaskownicy. Slowem, zaginiony swiat byl gdzies tam za kolejnym zakolem rzeki, domagajac sie od nas rychlego przybycia.

A my, niechetni rozstaniu z amazonia postanowilismy nie lekcewazyc dluzej tego wezwania i z samego rana nastepnego dnia, znalezc lodz plynaca do Itatuby, ktora wyrzucilaby nas gdzies po drodze, kupic dziesiec kilogramow makaronu, koncentrat pomidorowy, spakowac noze, maczete, zapalniczki, jedna pare bokserek, skarpetek, jakas koszulke i nie zwlekajac dluzej ruszac.

Orzech kauczukowca

Orzech kauczukowca

Tak tez zrobilismy. Obladowani kilogramami jedzenia poczelismy blakac sie po przystaniach pytajac kapitanow statkow o Itatube. W koncu, znalezlismy. Duzy, jak na amazonskie warunki, dwupokladowy, bialoniebieski statek o wdziecznym imieniu Ana Beatriz plynal w gore Rio Tapajos. Uradowani tym niezwykle, przerzucilismy przez burte plecaki i zaladowalismy sie na poklad.

– W zasadzie to nie plyniemy do Itatuby. Chcemy znalezc miejsce, ktore nazywane jest Fordlandia- rozpoczalem lamanym hiszpansko- portuglskim rozmowe z przygluchym zapewne od warkotu poteznego diesla, marynarzem.

– No…- rozpoczal przeciagle, patrzac na mnie podejrzliwie i dodal- bedziemy tam za czternascie godzin.

– CO!?- zdolalem powiedziec zaskoczony, zanim zebralem mysli.

– Plyniemy do Fordlandii, bedziemy tam za czternascie godzin. To bedzie R$ 35 od osoby- rzekl marynarz ze stoickim spokojem.

Ja zas nie mowilem juz nic, patrzac tylko jak moj rozmowca tymi dwoma zdaniami wymierza turystycznej legendzie celny sierpowy, wybijajac jej kilka zebow.

– No, to tyle byloby kurwa, z zaginionego miasta… Stateczki sobie tam plywaja, jakgdyby nigdy nic- powiedzialem juz tym razem do przyjaciela, odczowajac wyrazna irytacje.

Pozostalo nam juz tylko wcisnac sie z naszymi hamakami w cizbe. Zajac jak najwygodniejsza pozycje, skonczyc z debilnym wyobrazaniem sobie cudow, ktore z pewnoscia raz za razem pojawiac sie beda na naszej drodze, upewnic IMGP3320sie, ze niczyja stopa nie wypadnie zaraz z sasiedniego hamaka, ladujac prosto na naszej twarzy i oddalic sie do krainy snow, w ktorej to przynajmniej, dzieja sie rzeczy absolutnie fantastyczne.

Przed czwarta nad ranem zbudzil nas marynarz i oznajmil, ze doplywamy do Fordlandii. Kiedy w oddali ujzelismy wznoszace sie kilka metrow ponad wode, solidne, dlugie, oswietlone rzedem latarn o pomaranczowozoltym swietle molo i blyskajace sie w glebi ladu swiatelka osady pograzonej we snie, siedzacy jeszcze do tej pory na swym tronie umieszczonym na piedestale mit z wizytowka z napisem Fordlandia, przyczepionym do bialej koszuli, wstal, uklonil sie nisko, wyszczerzyl zeby w nieszczerym usmiechu, wszystkich (czyli nas dwoch) przeprosil, wzial pod reke swa bezzebna kolezanke- legende i oboje spieszac sie nieco, znikneli za kurtyna.

Ledwie zeszlismy na drewniana przystan, a marynarz juz wciagna jedyna, dziobowa line cumownicza, uwalniajac tym samym Ana Beatriz, ktora zawyla przytlumionym dzwiekiem silnika i pospiesznie poplynela w kierunku lozyska rzeki, aby kontynuowac swa podroz. Zostalismy sami, a przed nami IMGP3191stalo calkiem zywe, choc spiace miasto, a raczej miasteczko. Pierwsze kroki skierowalismy do malego zagajnika, gdzie miedzy drzewami rozwiesilismy hamaki i przylaczywszy sie do reszty mieszkancow osady, zasnelismy.

To, co jeszcze w nocy nieco intrygowalo, rano okazalo sie zupelnie oczywiste. Fordlandia, na pierwszy rzut oka, nosi pietno swej specyficznej historii. Przede wszystkim, zaraz po zejsciu z molo, odnosi sie wrazenie, ze nie jest sie juz w Brazylii. Wszystko dookola zdaje sie byc zaplanowane z niezwykla urbanistyczna precyzja. I choc wszelkie detale sa mocno zaniedbane, calosc urzadzona jest z zamiarem, z przemyslana koncepcja zagospodarowania przestrzeni. Nalezy przy tym pamietac, ze samo slowo ¨koncepcja¨, w amazonii na pewno nie jest endemitem, a wystepuje ono na tym obszarze tak czesto, jak przeblysk geniuszu przecinajacy umysl slicznej, blondwlosej adeptki technikum kosmetycznego.

Na srodku tego zorganizowanego obszaru znajduje sie skwer ograniczony pierscieniem betonowego chodnika, ktorego ksztalt uklada sie w jakis wielokat foremny. Wzdluz sciezek stoja zaniedbane lawki, rowniez z betonu, z pewnoscia pamietajace jeszcze amerykanskie posladki z XX wieku.

Dalej, za skwerem, wznosi sie male wzgorze, dokladnie wykarczowane z drzew i wszelkich nieporzadanych krzakow i zarosli, niemal perfekcyjnie pokryte dywanem trawy. Na jego szczycie kroluje nad miastem bialy kosciol o charakterystycznej architekturze przywodzacej na mysl male miasteczka IMGP3204poludniowych stanow USA. Na wzgorze prowadza betonowe schodki, wzdluz ktorych ustawiono zelazne latarnie, ktorych zarowki chronia gleboko wyciete, odwrocone do gory nogami spodki. Nieopodal za kosciolem, prawdopodobnie usytuowana tam ze wzgledu na wysokosc, stoi dumnie, widziana setki razy w westernach, charakterystyczna wierza cisnien o drewnianym szkielecie.

Po prawej stronie skweru (idac wciaz od molo) dojzec mozna nieco zapuszczona ale wciaz bardzo urokliwa posiadlosc. Parter otoczony zostal wernada pod lukowatymi arkadami, a bialy budynek wienczy spadzisty dach z brazowa dachowka. W ogrodzie polozonym na dosc stromym stoku schodzacym wprost do rzeki stoja trzy palmy, leniwie poddajace sie lekkim podmuchom wiatru.

IMGP3219

Owy zagajnik, w ktorym to bylismy sie przespalismy, znajdujacy sie po lewej stronie skweru, okazal sie malym parkiem, w ktorym rosna wylacznie kauczukowce, przypominajace o sensie zalozenia miasta, jak i o calej, bezpowrotnie minionej epoce wielkiego, amazonskiego handlu.

W zasiegu wzroku osoby stojacej na skwerze znajduja sie takze dwie opuszczone, duze hale fabryczne, w ktorych zapewne produkowano gume. Jednej, ledwie widocznej, wiekszej dach wylania sie gdzies z nad paogorka, IMGP3195na ktorym stoi kosciol. Druga widoczna jest od razu po przybyciu do miasteczka, znajduje sie tuz nad brzegiem rzeki i wita przybyszow tablica z napisem w jezyku angielskim: ¨Witamy w Fordlandii¨.

Reszta miasteczka zostala zbudowana przez Brazylijczykow i nie rozni sie zasadniczo od tysiecy podobnych rozsianych po calej amazonii.

I to byloby na tyle, gdyby nie siedzacy sam w kacie, zblazowany mit mruczacy pod nosem cos o miejscu zwanym Villa americana.

Pol godziny drogi od wspomnianego skweru, aleja o pomaranczowej ziemu, znajdujacej sie w tunelu wielkich, dostojnych drzew mango, wkracza sie do opuszczonej wioski. Potezne galezie chwytaja sie kilkanascie metrow ponad droga, tworzac lukowate sklepienie. Naturalna brama sprawia wrazenie mistycznego portalu, przez ktory opuszcza sie swiat XXI wieku, swiat zywych, wkraczajac do krainy zapomnianej, zatrzymanej w czasie niemal sto lat temu, opuszczonej, a moze wymarlej.

IMGP3297

Po obu stronach mangowej alei, w gore wspinaja sie betonowe chodniki, od ktorych odchodza sciezki prowadzace do opuszczonych domow. Na koncu osiedla znajduje sie maly hotel o wdziecznej nazwie Zebu Hotel umieszczonej na nadgryzionym zebem czasu szyldzie oraz pusty basen. Idac wzdluz jednej z alejek mozna natknac sie na samotnie stojacy, zelazny hydrant i latarnie identyczna jak te, ktore oswietlaja sciezke prowadzaca do kosciola.

IMGP3285

Biale, opuszczone domy, brutalnie potraktowane przez czas niszczeja wsrod traw i coraz ekspansywniej postepujacej dzungli. Werandy, typowe dla starej amerykanskiej architektury, pozwalaja wyobrazic sobie beztroskie zycie, ktorym niegdys tetnila okolica.

Prog domu przekraczamy z pozorna pewnoscia siebie, niby odporni na IMGP3254niepokojaca atmosfere ciszy i napiecia. Porozrzucane po pomieszczeniach orginalne krzesla, stoliki i czesci mebli powoduja, ze racjonalne myslenie przestaje funkcjonowac. Dom zdaje sie nie byc opuszczony. Czujemy sie intruzami, niekiedy zagladamy do pokoi wylacznie przez prog, jakby podswiadomie nie chcac naruszac czyjejs prywatnosci, jakgdyby wciaz ktos w nich mieszkal. Na sile szukamy uzasadnienia dla niewytlumaczalnego leku, ktory odczowamy stapajac po trzeszczacej, swietnie zachowanej, drewnianej podlodze. Wmawiamy sobie, ze boimy sie zawalenia starego stropu.

Cialo przebiega dreszcz, gdy uchylamy skrzypiace drzwi lazienki. Z jednego z kranow ceramicznej umywalki leje sie woda, sciany zachlapane sa sa brunatna mazia, ktora wypelnia wanne. Widok uruchamia wyobraznie i skojazenia z hollywoodzkimi horrorami o opuszczonych domach staja sie automatyczne.

IMGP3274

Pospiesznie wychodze na tyly domu, aby odetchnac swiezym powietrzem i odpoczac od zapachu drewna przesiaknietego wilgocia. I moze przede wszystkim, aby uwolnic sie od atmosfery grobowca, ktora napina wszystkie miesnie gotowe podjac ucieczke na dzwiek chocby najcichszego dzwieku.

Zapewne piekna onegdaj werande trawi natura. Przez na wpol zawalone sciany przedzieraja sie zielone pedy. W miejscu, gdzie kiedys staly ogrodowe IMGP3263krzesla, lezy wielka, kamienna umywalka, sluzaca do prania. Wokol rosna jeszcze zdziczale resztki ogrodu. Na krzewach znalezc mozna malutkie papryczki, a z galezi drzewek zwisaja skarlowaciale owoce.

Chwila oddechu umozliwia spojrzenie na wnetrze domu z innej perspektywy. Przestronne pomieszczenia wypelnia swiatlo wpadajace z pieknych, stylowych, drewnianych okien, z ktorych rozciaga sie widok na Rio Tapajos. Stary stol i krzesla przenosza wyobraznie w przeszlosc. Niemal slyszy sie gwar poobiedniej krzataniny, niezobowiazujacych rozmow, umilanych dzwiekami piosenek Nata Kinga Cole´a.

PiK

Tagi: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2018 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.