Angelito

Posted by Admin on Lut 21, 2010 in Kategoria główna |

– Uno, dos, tres… !!! Vamonos !!!- komenderuje indianin.

Już po chwili  jednak, okazuje się, ze kolejna próba spełza na niczym.

Przez pól godziny pięciu mężczyzn brodząc po szyję w wodzie, usiłuje przepchnąć łódź, w górę dwumetrowej katarakty na rdzawej od tanin, rwącej rio Carrao. Bałwany spienionej wody uderzają w ciała z bezlitosna siłą. Co chwilę, ktoś wywraca się na śliskich kamieniach, kogoś innego porywa image147aprąd. Niekiedy zdaje się, iż piroga to raczej oparcie chroniące przed spadającą z ogromną prędkością i mocą wodą, aniżeli obiekt bezowocnych starań. W trakcie sześciomiesięcznej suszy poziom wody obniżył się na tyle, iż podobną operację trzeba będzie powtórzyć jeszcze ponad dwadzieścia razy w trakcie siedmiogodzinnej podróży w górę rzeki.

Dwóch Indian, dwóch Polaków i Włoch decydują się zapłacić cenę zmęczenia, ran, otarć, guzów, kompletnego przemoczenia ubrań i butów dla osiągnięcia jednego celu- dopłynięcia do Salto Angel- najwyższego wodospadu świata.

Jednak ta historia rozpoczęła się gdzie indziej. Jej początek miał miejsce siedem dni wcześniej i sto czterdzieści kilometrów dalej w jednym spośród wielu, zapomnianych przez Boga, wenezuelskich pueblos- La Paragua.

Sawanna- świat trawy

Miasteczko leży na końcu międzystanowej szosy troncal 16. Dalej, na południe, znajduje się rozlewisko rzek tworzone przez łączące się rzeki Paragua i Chiguao. Stanowi ono bramę do świata rozleglej, trawiastej, niemal niezamieszkanej krainy sawanny.

Po piątej rano, słońce pojawia się na horyzoncie i od razu rozpoczyna błyskawiczną wspinaczkę po nieboskłonie. Juz ok. dziewiątej, cienie staja się tylko maleńkimi, zdeformowanymi namiastkami drzew, które je rzucają. Pojecie “słońce w zenicie” nabiera nowego znaczenia- niemal czuje się ciężar promieni padających pionowo na ludzkie barki. Z szaroniebieskiego nieba, na którym niepodzielnie króluje rozpalona biała kula, leje się nieopisany żar. Wyschnięta ziemia pęka, w powietrzu unosi się zapach płonących traw, zwierzęta ukrywają się w cieniu, z rzadka porastających równinę drzew.

Jedyna droga przecinająca krainę wije się niczym potok piasku. Różowawy pył zalega w głębokich koleinach, pamiętających odległą o pół roku porę deszczową. Pomimo świadomości dystansu, rozległość i monotonność sawanny przekracza wszelkie wyobrażenia. Nadzieja na ujrzenie za kolejnym zakrętem, czy pagórkiem czegoś odmiennego, nowego, kojącego nieprzyjemne uczucie kurzu, wypełniającego nozdrza i szczypiącego w oczy, staje się niemal obsesyjna. Minuty staja się godzinami, godziny trwają niemal wieczność, gorąco spowalnia nawet czas.

Monotonnie marszu urozmaicają jedynie, pasące się gdzie niegdzie stada krów. Spotkanie człowieka musi łączyć się dla nich z jakimś wydarzeniem, gdyż zazwyczaj obserwują przechodniów tak długo, jak ci pozostają w zasięgu wzroku. Niekiedy nawet zaczynają podążać za przechodzącymi ludźmi. Wraz z dźwiękami jakie wydają, krowy mogą wzbudzać rozbawienie. Śmiać odechciewa się, gdy bacznie obserwujące człowieka zwierzę, z odległości pięciu metrów, okazuje się być wielkim, rogatym bykiem.

Pośród bezkresnych, suchych równin woda okazuje się bezcenna, a lęk o jej brak motywacją do dalszego marszu. Zapasy kurczą się błyskawicznie, a człowiek wbrew wszelkim instynktom, musi racjonować życiodajny płyn. Niekiedy, nadzieją napawają widziane z daleka koryta potoków, IMGP0712aniestety zazwyczaj okazują się one wyschniętymi rowami. Dojście do jednej z dużych rzek przecinających region wlewa w serce piechura radość, która porównywalna jest chyba tylko z uczuciem doświadczonym przez Żydów po ujrzeniu Ziemi Obiecanej. Nieznośną staje się myśl, że woda może nie nadawać się do picia. Ryzykujemy pomimo to. A później, znowu trzeba stoczyć walkę ze wszystkimi instynktami, aby podjąć dalszą wędrówkę, oddalającą od niewyczerpywanego źródła.

Wieczorami nadchodzi czas na rozbicie obozu. Znalezienie miejsca, gdzie możliwym jest  rozwieszenie hamaków, nie należy do najprostszych zadań w krainie trawy. Karłowate drzewka o białych pniach są wyjątkowo miękkie i kruche. Dlatego też, nierzadko zdarzają się bolesne przerwy we śnie, w środku nocy, spowodowane pękniętą  nagle gałęzią.

Wieczór to czas, kiedy wreszcie można ulec, ogarniającemu cale ciało zmęczeniu. Obolałe stopy nie muszą już pokonywać kolejnych metrów, ubranie nie drażni obtartej skóry, potoki potu przestają spływać po rozpalonym ciele, a plecy nie uginają się już pod ciężkimi plecakami. W skrzypiącym ogniu, w menażkach gotuje się woda, na oczekiwany z tęsknotą posiłek.

Nad głowami zaś rozciąga się widok, który rekompensuje wszelkie trudy dnia. Nocne, bezksiężycowe niebo pokryte milionami gwiazd zebranymi w kłębowiska galaktyk, pozwala zatrzymać się w czasie i przenieść do świata snów. Wraz z ciemnością nocy rozświetlaną tylko przez najbardziej hipnotyczny z żywiołów – ogień, sceneria staje się surrealistycznym marzeniem- fantastycznym tworem z obrazów Hieronima Boscha.

Chłód nocy nie jest w stanie powstrzymać snu. Te niespokojne kilka godzin na ożywającej po zapadnięciu zmroku sawannie jest konieczne, aby następnego dnia kontynuować marsz po drodze, która wreszcie doprowadzi do tropikalnej dżungli.

Dżungla- świat drzew

Dżungla widziana z daleka, zachwyca swoimi kolorami. Żywą, soczystą zieleń, urozmaicają wielobarwne kwiaty, błękit rzek oraz kolorowe papugi fruwające nad koronami drzew. Zdjęcia znane z katalogów biur podroży, kuszą magią tropików, fantastyczną roślinnością i urokliwą atmosferą. Na myśl o dżungli, umysł zaczyna kreowaćimage109a przyjemne skojarzenia, łączące się z obrazami rajskich ogrodów.

Tymczasem wewnątrz selwy jest zgoła inaczej. Wyobrażenia rozbijają się na pierwszych rafach brunatno- zielonego oceanu. W tropikalnym lesie panuje permanentny półmrok, a widoczność ograniczona jest do kilku metrów. Rośliny rosną tak gęsto, iż nawet z maczetą poruszanie się jest niezwykle problematyczne. Ścieżki przecinające selwę, stanowią swoiste tunele o niebieskich sklepieniach. Dżungla żyje i robi to w sposób niezwykle niepokojący. Ciągłe szmery, pohukiwania, trzaski, wciąż powtarzające się nerwowe ruchy otaczają człowieka, męcząc  i przytępiając zmysły. Wilgotność powietrza uniemożliwia normalne oddychanie, blokuje parowanie potu, potęgując odczuwanie gorąca paraliżującego ruchy. Ciemność i wrażenie zaciskania się kordonu roślinności, na wąskich ścieżkach tworzy klaustrofobiczną atmosferę zamknięcia, niepokoju i leku.

Ucieczką z pacyfikującego umysł lasu są rzeki. Stanowią one autostrady dżungli. Podróż pirogą po spokojnej, leniwej rio Caroni pozwala spojrzeć na otaczającą selwę w inny sposób. Umysł uruchamia postrzeganie rzeczywistości w kategoriach estetycznych. Krótkie chwile spędzane na łodzi pozwalają odpocząć, wyłączyć się- w pewien sposób oswoić groźny las.

Da się to jednak zrobić, jedynie we własnej jaźni. Nie sposób bowiem, oswoić nieoswajanego.image150a Pazury dżungla pokazuje dopiero nocą. Dźwięki dnia, po zmroku, zdają się zaledwie gaworzeniem niemowlęcia. Po zachodzie słońca, nie rozświetlona nawet najmniejszym błyskiem ciemność, rozbrzmiewa potężna, złowieszczą, wagnerowską symfonią. Tumult otępia zmysły, mięsnie napinają się, a spocone dłonie zaciskają się na nożach i latarkach.

Niekiedy późnym popołudniem, gęsty las ogranicza człowieka trudną alternatywą. Niemożność rozbicia obozowiska zmusza do podjęcia karkołomnej decyzji. Można iść dalej ścieżką, licząc, iż w końcu trafi się na jakąś polanę, czy choćby nieco rzadszą roślinność. Można też, zdecydować się pozostać na środku drogi i spać w metrowej koleinie, z nadzieją, iż ta, nie stanie się trumną z zaschłego błota. Istnieje także trzecia możliwość- można spotkać Indian…

Czterech braci wodza

My spotkaliśmy Indian. Prawdziwych, żyjących na granicy lasu i sawanny Indian. Nie, nie… całkiem cywilizowanych- poubieranych i jeżdżących samochodami (a raczej toyotami, bo jak się okazuje, istnieją miejsca na ziemi, gdzie każdy samochód nazywany jest toyota) Indian z plemienia Pemon.

Żyją oni z dala od cywilizacji i bardzo rzadko się z nią kontaktują. Tym razem, koniecznością okazało się przewiezienie chorej matki wodza do szpitala.

Siedzieliśmy na środku drogi i zastanawialiśmy się co zrobić. O godzinie w pół do piątej, znalezienie miejsca na obozowisko staje się nieodzowne. Tymczasem, gęsty las uniemożliwiał przejście nawet dwóch metrów, o rozwieszeniu hamaków i przygotowaniu paleniska nie mogło być mowy. Siedzieliśmy  zatem, bliscy podjęcia decyzji o  dalszym marszu, który wiązał się z ryzykiem pozostania na noc pośród ciemnej dżungli bez ognia i miejsca do spania, gdy usłyszeliśmy odległy dźwięk silnika.

– Fura!?- zapytał mnie przyjaciel.

– Chyba tak…

Po kilku minutach z lasu wyłonił się biały pick- up z zawieszeniem bardziej przypominającym monster trucka aniżeli zwykły samochód. Usunąwszy pospiesznie rzeczy ze środka drogi, zamachaliśmy, a Toyota zastygła przechylona o kilkadziesiąt stopni na jedną z burt. Czterech mężczyzn, wyraźnie zdziwionych nasza obecnością, zaczęło zadawać serie pytań w ledwie zrozumiałym języku, stanowiącym mieszankę hiszpańskiego i pemon. Upewniwszy się, że nie jesteśmy przedstawicielami żadnego biura podroży, z którymi Indianie najwyraźniej żyją w kiepskich relacjach, zdecydowali się zapakować nas na pakę samochodu.

Komfort jazdy w warunkach dżungli w zasadzie nie istnieje. Metrowe koleiny kołyszą samochodem niczym wzburzony ocean rybacką łódeczką. Ponadto, zwisające gałęzie i liany raz za razem smagają boleśnie po twarzy, podróżujących z tyłu pasażerów.

Objaśniwszy wszystkie okoliczności naszej wyprawy, Indianie stwierdzili, stawiając to sobie niemal za punkt honoru, ze dowiozą nas do Canaima – celu naszego marszu, bazy wypadowej do Salto Angel.

Wcześniej jednak, musieliśmy dojechać do ich wioski. Ośmiogodzinna droga przez dżunglę na rzucanym we wszystkie strony samochodzie, niezwykle się dłuży. W zasadzie, jedynym urozmaiceniem w trasie był przystanek w samotnie stojącej maloce, w miejscu o malowniczej nazwie tierra blanca. Ryba przygotowana przez gruba Indiankę smakowała bajecznie (inna sprawa, ze jakakolwiek odmiana od makaronu z sosem pomidorowym z menażki, w tych warunkach, byłaby spełnieniem kulinarnych snów).

Inną formę rozrywki zapewniło nam raptowne zatrzymanie samochodu i zgaszenie silnika, wiążące się z uciszeniem nas przez Indian. Jeden z mężczyzn, a ściślej rzecz ujmując, jeden z braci wodza (co zostało wytłumaczone nam dość dosadnie) wyszedł z samochodu z shotgunem i zaczął skradać się przez las. Po chwili ogłuszający huk przeciął ciszę. Polowanie okazało się nieudane, niemniej ogromne wrażenie zrobił na nas fakt, iż w rozkołysanym wehikule, otoczonym przez zielone ściany, ktokolwiek był w stanie dostrzec w lesie niewielkie zwierze.

Po zapadnięciu zmroku, formy urozmaicania podróży wyczerpały się. Ponieważ jednak, braciom wodza fantazji nie brakuje, znaleźli sobie rozrywkę wśród Indian szerzej nie znaną, za to często praktykowaną w krajach słowiańskich- picie- i to, picie w sporych ilościach.

I tak, w specyficznych okolicznościach, niezwyklej scenerii, na pace toyoty rozpoczęła się regularna polsko- indiańska pijatyka.

Wraz z upływającymi kilometrami i opróżnianymi kubkami mocnego trunku, bariera językowa zanikała.

Po standardowym zdaniu relacji z liczebności naszych rodzin, Indianie zainteresowali się sposobem w jaki  spędzamy noce w dżungli.

– I wy, tak spaliście, po prostu, pod gołym niebem?

– Tak.

– I nie baliście się Chiluna?

– A co to jest?

– Taki tutejszy tygrys (później dowiedzieliśmy się, ze chodziło zapewne o pumę lub jaguara).

– To tutaj są tygrysy!?- ni to spytaliśmy, ni stwierdziliśmy, konstatując jednocześnie, iż głupota nie boli.

Później rozmowy zeszły na temat polityki. Indianie okazali się gorącymi zwolennikami prezydenta Chaveza. Zawdzięczają mu autonomie, dzięki której na terenach gdzie żyją, sami ustalają prawo, posiadają formację stanowiącą substytut policji, a najwyższą władzę w wioskach sprawuje wódz, a nie wysłannik rządu. Niestety, zostało nam to wyjaśnione już po tym, jak nazwaliśmy prezydenta Wenezueli bandytą i dyktatorem. Dyskusja o polityce spowodowała krótkotrwałe ochłodzenie naszych relacji. Jednak wkrótce przeszliśmy do klasycznego przy spotkaniach międzykulturowych tematu przekleństw i ich tłumaczenia na własne języki.

A potem… potem było juz jutro.

Spore ilości alkoholu zasadniczo skróciły podróż. Stały się także elementem, który zniweczył szanse na szybkie dotarcie do Canaima. Łódź odpłynęła, a my wciąż byliśmy w indiańskiej wiosce o czarującej nazwie La Bonita.

Już z odległości kilkuset metrów widać, że osada położona jest na małym płaskowyżu królującym nad otaczającymi go równinami, porośniętymi trawami i w nieco większej odległości selwą. Taki sposób usytuowania wioski wiąże się zapewne z zabezpieczeniem się na wyjątkowo duże opady, które mogą zdarzyć się w porze deszczowej.

La Bonita ma około czterystu mieszkańców. Na jej czele stoi wódz, nazywany Capitano, który w swoich rękach skupia pełnię władzy. W wiosce, poza chatami robionymi z błoto – podobnej masy, jest szkoła, wybudowane przez państwo ambulatorium, mały sklepik, w którym w słoikach serwuje się pepsi, oraz worki z cementem, z których może kiedyś coś powstanie. Beżowe chatki stoją w cieniu ogromnych drzew mango. Ich owoce są obiektem ulubionej zabawy indiańskiej dzieciarni. Grupki kilkulatków potrafią godzinami ciskać kamieniami w korony drzew w nadziei na trafienie jednej z pomarańczowych bulw.

Większość mieszkańców wioski nigdy nie widziała białego człowieka. Dorośli Indianie odnosili się do nas z dystansem i rezerwą. Jednak dla nieznających uczucia zażenowania i wstydu dzieci, stanowiliśmy nie lada wydarzenie. Od rana całe gromady małych Pocahontas przynosiły swoje śniadania pod nasz budyneczek, aby w trakcie posiłku przyglądać się dziwnym przybyszom. Niekiedy jakiś komentarz, czy nasz nieświadomy gest powodował salwę śmiechu. Zazwyczaj jednak, obserwacja odbywała się w zupełnej ciszy.

Kontakty z dorosłymi mieszkańcami ograniczały się w zasadzie, do zasypywania wodza pytaniami i prośbami. Ze względu na barierę językową i nastawienie Capitano do rozwiązywania problemów zazwyczaj błądziliśmy, podejmowaliśmy dziwne (w oczach tubylców) działania albo kompletnie nie mięliśmy pojęcia co robić.

Pomimo iż, w wiosce znajduje się kilka generatorów prądu, La Bonita zasypia wraz z zapadnięciem zmroku. Budzi się natomiast tuż przed świtem, wyrywana ze snu przez znienawidzone, przenikliwe, agresywne i zdawałoby się, wprost ordynarne pianie, co najmniej, trzech kogutów.

Próbę dotarcia do Canaima podjęliśmy dwa dni po przybyciu do wioski. Wyjątkowo niefortunna wyprawa spełzła na niczym. Bezpośrednim powodem porażki okazała się nasz skąpość. Nie zgodziliśmy się zapłacić ostatniemu, jak w efekcie się okazało, indiańskiemu przewodnikowi zbyt wygórowanej, naszym zdaniem, ceny za przekroczenie rzeki. W końcu, pod koniec dnia, zmęczonych i zrezygnowanych, z powrotem do La Bonita, zabrał Indianin objeżdżający okoliczne obozowiska.

Tego dnia, po raz pierwszy poważnie się zgubiliśmy. Tam, gdzie Indianie twierdzą, że jest ścieżka, biały człowiek nie ma pojęcia, gdzie iść. I tak, maszerując od rana, w pewnym  momencie znaleźliśmy się w miejscu, gdzie definitywnie nie było żadnego szlaku. Wskazania GPSa po raz kolejny utwierdziły nas w przekonaniu, ze głupota nie boli. Ostatnią nadzieją i punktem orientacyjnym stała się rzeka. Żeby nad nią dojść, trzeba było pokonać kilkadziesiąt metrów gęsto porośniętego brzegu. Półgodzinna walka stoczona przy pomocy noży, zaowocowała niezliczonymi ranami, otarciami i kolcami powbijanymi we wszystkie części ciała. Marsz wzdłuż rzeki nie przyniósł jednak pożądanego efektu. Spotkani na łodzi Indianie odradzili nam dalszej wędrówki i poradzili wracać, do oddalonej o „pół godziny” głównej drogi.

W tym miejscu, tytułem dygresji, warto opisać indiański system określania odległości. Istnieją tylko dwa dystanse- to, co znajduje się blisko (w indiańskim mniemaniu) nazywane jest „pół godziny”, cała reszta jest „daleko”. Pytając nawet w nieskończoność, nie sposób uzyskać precyzyjniejszej informacji.

Tak wiec, próba dotarcia do Canaima, po przekroczeniu brodem dwóch potoków, pokonaniu męczącej góry, zgubieniu się, nieudanej próbie zakupu pirogi i przejściu trzydziestu kilometrów, została zniweczona przez skąpość. Wracając do La Bonita, po godzinie jazdy, toyota zatrzymała się pośrodku „nigdzie”. Indianin wysiadł, a my wreszcie mogliśmy dać odpocząć dłoniom, którymi przez całą drogę, kurczowo trzymaliśmy się beczek z benzyną.

– Tam jest ścieżka do Playa Linda – oświadczył Indianin, patrząc jednocześnie na inne „nigdzie”, położone w oddali.

– Gdzie? – zapytałem nie widząc śladu jakiegokolwiek szlaku.

– Tam! – Odparł, wskazując palcem nieokreślone miejsce.

– Tam? Nic nie widzę. Widzisz cos?- zapytałem przyjaciela.

– Nic tam nie ma.

– Jak jutro „tu” dojdziecie i pójdziecie „tam”, to dojdziecie do Playa Linda. Tam na pewno ktoś was przewiezie przez rzekę – dodał Indianin.

– Tylko, ze dla białego człowieka definicja „tu” i „tam” pasuje do tysięcy miejsc w zasięgu wzroku na monotonnej sawannie – dopowiedziałem w myślach- Zresztą, dzisiaj już i tak wystarczająco się zgubiliśmy na tzw. „indiańskich ścieżkach”. Błądzenie pół dnia po bezdrożach, gdzie odnosi się wrażenie, że nawet GPS zwariował od gorąca, jest wystarczającą lekcją praktyczną „samodzielnego korzystania z indiańskich ścieżek przez białych ludzi”.

Wreszcie podjęliśmy ostatnią, skuteczną próbę dotarcia do Canaima. Pożegnawszy się z wodzem, opuściliśmy gościnne progi La Bonita i poszliśmy w kierunku umówionego punktu na brzegu rzeki. Po krótkich targach z oczekującym na nas Indianinem załadowaliśmy się na łódź i przepłynęliśmy około dwadzieścia kilometrów. Według naszego tymczasowego przewodnika, ścieżką prowadzącą do selwy, w ciągu „pół godziny” mięliśmy dotrzeć do miasteczka, które w naszych umysłach obrosło już fantastyczną legendą obiecującą wszelkie komforty proponowane przez cywilizowany świat. Półtorej godziny później wspinaliśmy się, bo wchodzeniem tego nazwać nie można, po pionowej ścianie, którą wiodła „ścieżka”, stanowiąca skrót omijający „daleki” marsz, zwykłą drogą. Po dotarciu na szczyt, przemoczeni do suchej nitki, zasapani, ujrzeliśmy w oddali nasza Ziemię Obiecaną- Canaima.

Malutkie domki, z oddali zdawały się przyzywać nas, obiecując odpoczynek zmęczonym kończynom. Położona nieopodal laguna, do której wpadają trzy wodospady, zdawała się ukrytymimage116a przed ludzkością, rajskim ogrodem zachęcającym przyjemnym chłodem wody,  kojącym rozpalone ciała, pośród malowniczej scenerii i śpiewu tropikalnych ptaków.

Dwie godziny później, przedarliśmy się przez ostatnie krzaki i znaleźliśmy się na asfaltowej patelni, po której w obu kierunkach startowały i lądowały małe awionetki. Po drugiej stronie pasa, wśród mężczyzn ubranych w zielone mundury, zapanowało ożywienie. Sekundy później podjechał do nas jeep Gwardii Narodowej, a jeden z żołnierzy tonem nie znoszącym sprzeciwu, zaprosił nas do środka. Zawieziono nas na posterunek, gdzie zajął się nami, usiłujący groźnie wyglądać oficer.

Canaima- Raj utracony

– Co wy tu, kurwa, robicie!? Co wy sobie wyobrażacie!? Mogliście spowodować wypadek w ruchu lotniczym!!!- zaryczał pułkownik Gwardii Narodowej.

– Nie wiedzieliśmy.- Odparliśmy naiwnie, używając naszej uniwersalnej odpowiedzi, gotowej na takie sytuacje.

– Stanowicie zagrożenie!!! Z jakiej firmy jesteście!?

– Z żadnej…

– Jak to z żadnej!? Z kim tu przybyliście?

– Z nikim, sami, tylko nas dwóch.

– ¿¡ … !? Skąd przybyliście !?

– Z Polski.

– Pytam z jakiego miasta!?- oficer zaczynał sprawiać wrażenie bardzo zirytowanego byka, nie mogącego pojąć, dlaczego za muleta torreadora jego rogi wciąż przecinają powietrze.

– Z La Paragua.

– ¿…? Jak to… eee… samochodem?

– Nie, na piechotę.

– ¿…? eee…, co?- wyjąkał, tracąc koncepcję pacyfikacji intruzów.

– Na piechotę, szliśmy sześć dni. Dwa dni temu byliśmy u Indian w La Bonita, dzisiaj doszliśmy do La Candelaria, spotkaliśmy Indian z łodzią. Przewieźli nas przez rzekę. Pięć godziny szliśmy tutaj od brzegu i musimy przyznać, że jesteśmy już padnięci.

– ¿………………………? – A potem dodał jeszcze- ¿…………………….? – Usta oficera powoli lecz znacząco rozchyliły się i nastąpiło długie, krępujące dla obu stron milczenie. Z za jego pleców dochodziły szmery, z pośród których wychwycić dało się wyłącznie: „La Paragua”, „sześć dni”, „na piechotę”. Ciszę przecinał tylko bezdźwięczny świst oficerskiej szczeki poddającej się sile ciążenia

– Paszporty!!! – Warknął po dłuższej chwili namysłu. – Zawód!!!

– Student – skłamaliśmy zgodnie.

– Ja się nimi zajmę – Usłyszeliśmy z za pleców oficera. Słowa te wypowiedział pułkownik Marco, nasz przyszły amigo i przewodnik po najtańszych cenach w Canaima.

Aby uwierzyć w to, co ujrzeliśmy, musieliśmy kilkakrotnie przecierać zdumione oczy. Canaima to turystyczna osada, zabudowana białymi, stylowymi posadami, oferująca usługi bankowe, internet, sklepy wielobranżowe. Pokrytymi żwirkiem alejkami spacerują grubi, biali jak papier Niemcy poubierani w za krótkie szorty i komiczne słomkowe kapelusze. Wszystko to ma miejsce ponad sto kilometrów od najbliższego punktu zasługującego na miano cywilizacji. Po dniach spędzonych na odludziu, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczaliśmy, iż możemy znaleźć się w turystycznej fabryce, gdzie przyjezdni spędzają najwyżej trzy dni, przywożeni i odwożeni dziesiątkami awionetek, bezustannie krzątających się po pasie startowym.

Tym bardziej, nasze przybycie stało się dla mieszkańców Canaima wydarzeniem urozmaicającym wygodne, leniwe, ale dość monotonne życie. Po załatwieniu wszystkich formalności i wyplataniu nas z tarapatów związanych z wtargnięciem na płytę lotniska, Marco, niezwykle uradowany spotkaniem imiennika, zabrał nas do baru, gdzie „jest najtaniej, najsmaczniej i nie ma turystów”. Płynące z głośników dźwięki latynoskiej muzyki przyśpieszyły proces unifikacji naszych ciał z niezwykle wygodnymi i komfortowymi, plastikowymi krzesłami barowymi.

– Kawał czasu temu, na piechotę przyszło tu dwóch Hiszpanów – wznowił przerwana łykiem zimnego piwa, konwersacje, kompan Marco – Wyglądali strasznie, jeden przyszedł bez buta. Jak ich tu przyprowadziliśmy, wypili po dwa litry wody i nagotowali sobie kilogram spaghetti- dodał wyraźnie rozbawiony.

– Wy za to, chłopaki wkraczacie z uśmiechem na ustach na pas wojskowego lotniska. Aresztują was, a wy pytacie o papierosa i piwo. – dołączył do rozmowy nasz wybawca, pułkownik i szef lokalnego lotniska, pan i władca Canaimy Marco. – I to mi się właśnie, w was podoba! – zakończył, wyraźnie ukontentowany zawarciem nowej znajomości.

Poczuliśmy się naprawdę zadowoleni. Toast z zimnego, wodnistego piwa smakował wyjątkowo. Odczuwane permanentnie zmęczenie, ból poobcieranych stop i dyskomfort brudu oblepiającego całe ciało musiały ustąpić miejsca uczuciu zimnej fali, przelewającej się przez przełyki. Oznaczało ono osiągniecie zamierzonego celu i koniec wyczerpującego marszu.

Tej nocy mieliśmy spać jak niemowlaki. Rano bowiem, wysiłek zaczynał się na nowo. Czekała na nas łódź, dwóch Indian- przewodnik i motorista, Giovanni- rodowity Sardyńczyk i świetny kompan podróży oraz gdzieś u krańca dnia, najwyższy wodospad świata- Salto Angel (a raczej, jak miało się okazać, Angelito).

Podróż rio Carrao i Churun jest niezwykła. Nietknięta ręką człowieka natura wprawia w stan osłupienia. Miedziane rzeki zdaja się z trudem opierać zalaniu przez soczystą zieleń oceanu dżungli. Las rozbrzmiewa tysiącem odgłosów, hipnotycznym koncertem, przedziwną, niezamierzoną harmonią dziczy. Na niebie krążą dostojnie wielkie drapieżniki, zaś obok łodzi, trzepocząc niezauważalnie skrzydełkami, zawisają co chwile, malutkie, kolorowe kolibry. Spośród zieleni dżungli wyrastają monumentalne, zdawałoby się, nierealne, potężne tepui. Kolosalne góry stołowe o pionowych ścianach zdają się być tworem z innego świata. Płaskie szczyty skąpane w bieli obłoków wprawiają w niemy zachwyt. Czas się zatrzymuje, znika przestrzeń, myśli przestają krążyć w głowie. Niesamowite pomniki natury, pochodzące gdzieś zzaginionych mitycznych światów, powalają przybyszówimage209a na kolana w bezkompromisowym hołdzie, składanym pięknu, potędze i nieskończonym możliwościom kreacyjnym przyrody.

I tylko chrobot kamieni, ocierających o dno lodzi wyrywa człowieka ze stanu hipnozy. Osiadłą na mieliźnie łódź trzeba raz za razem przepychać po kamienistym korycie rzeki. Nikt jednak nie ma wątpliwości, ze wysiłek się opłaca. Otaczająca przestrzeń przyzywa. Narcystycznie przeglądające się w zwierciadle wody tepui obiecują estetyczna nirvannę. Z jednego z nich, za którymś z zakoli Churun, w końcu ujrzymy wodę spadającą z olbrzymiej ściany.

Pomimo, iż  Salto Angel nazwę zawdzięcza swojemu odkrywcy, musi mieć w sobie cos anielskiego. W porze suchej, wąska struga wody spadająca wzdłuż pionowej ciemnopomarańczowej ściany, w połowie swego lotu staje się obłokiem drobnych kropelek, tworzącym delikatna mgiełkę, kontrastująca z monumentalnością góry. W końcu, niemal kilometrowy (976 m.) wodospad znika w dżungli.

Rzeczywistość miesza się z marzeniem. Świat dziecięcych snów istnieje.

P.S.

Zazwyczaj, w trakcie podroży nie zachwycamy się. Piękne obrazy odwiedzanych miejsc w umysłach powstają później. Dopiero po jakimś czasie, wrażenia układają się w głowach, tworząc unikalne wspomnienia.

Tym razem było inaczej. To, co mieliśmy okazje zobaczyć odjęło oddech, zatrzymało serca i powaliło w niemym zachwycie.

Dlatego tez koncepcja, jak i sam tekst powstawały długo. Staraliśmy się przelać na papier wrażenie, które przypadło nam w udziale.

Jednak czytając ten tekst po raz kolejny, wydaje się on być blady, nieostry, niekiedy trywialny w porównaniu do tego, co widzieliśmy.

Być może, brakuje nam umiejętności, aby oddać wszystko, co chcielibyśmy powiedzieć. Być może, w miejsca, w których byliśmy powinno wysłać się poetę, aby ten właściwie uchwycił piękno. A być może, istnieją miejsca na świecie, których nie sposób opisać, sfotografować, jednym słowem – zrelacjonować, gdyż powtarzając za Szekspirem „są rzeczy na niebie i na ziemi, o których filozofom się nie śniło”.

P i K

Tagi: , , , , , , ,

9 komentarzy

  • Ewela napisał(a):

    Przeczytałam właśnie całość – od pierwszego wpisu aż po ten ostatni. Czytałam, a szczęka opadała mi niżej i niżej. Bardzo się cieszę, że u Was wszystko dobrze, zazdroszczę takich widoków i czekam niecierpliwie na dalsze relacje.
    Trzymajcie się chłopaki! Uważajcie na siebie! I piszcie jak najczęściej!
    Buziaki

  • Konar napisał(a):

    niezły czad!!

  • Klara napisał(a):

    hej Kuba!!! super stronka, wlasnie sie ostatnio od Ewy dowiedzialam, ze wyjechales i sobie tu zagladam od czasu do czasu 😀
    a korzystacie moze z http://www.couchsurfing.com ??? jesli nie to polecam, zwlaszcza jak bedziecie w miastach szukac noclegu.
    powodzenia ze wszystkim!!!
    pozdrawiam

  • gielet napisał(a):

    no chłopy kawał świata poznaliście, dajecie rade, jestem w szoku, życzę wam powodzenia,a staremu Kizlihowi uścisne reke aby pogratulowac syna i kolegów syna

  • Tasss napisał(a):

    Chłopaki najlepszy wpis jak do tej pory, noj filmik choć krótki to powala.

  • gry dla dzieci napisał(a):

    Pozdrawiam i powodzenia z nowymi wpisami na bloga!.

  • zabawki dla dzieci napisał(a):

    Bardzo podoba³ mi siê twój wpis. Tylko tak dalej !. bertussklep4545

  • online napisał(a):

    Dzieki za ciekawy blog

  • […] wersja polska […]

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.

Copyright © 2017 America Latina All rights reserved.
Desk Mess Mirrored v1.4.4.1 theme from BuyNowShop.com.