25.000 mil w Nowym Świecie, czyli podróż przez całą Amerykę Południową, cz. III
Serdecznie zapraszamy na część trzecią slajdowiska, które odbędzie się w Klubie Podróżnik.
25.000 mil w Nowym Świecie, czyli podróż przez całą Amerykę Południową, cz. II
Zaproszenie
Serdecznie zapraszamy do Klubu Podróżnik na slajdowisko “25000 mil w Nowym Świecie”- część pierwsza!
Klub Podróżnik, ul. Felińskiego 37 (obok metra Plac Wilsona)
8.02.2012 – start godzina 19.00
Dolina Urubamby, czyli w imperium Inków cz. III
Aguas Calientes to bez wątpienia miejsce wyjątkowe. Nie jest to twierdzenie ani pozytywne ani negatywne, ot po prostu, mieścina ta wymyka się jakimkolwiek standardom, zarówno w percepcji człowieka zachodu, jak i Latynosa, czy ściślej
Peruwiańczyka.
Kwestią zasadnicza wyróżniającą to miejsca, a być może także i powodem istnienia Aguas Calientes jest jego rola, jaką odgrywa w przemyśle (słowo to w tych okolicznościach jest jak najbardziej uzasadnione) turystycznym. Położone jest zaledwie sześć kilometrów od legendarnego Machu Picchu. Ta zaginiona przez stulecia inkaska osada stanowi obecnie obiekt klasy zerowej, turystyczną Mekkę, przyciągającą przybyszów ze wszystkich zakątków świata. To tutaj przybywają przywożone pociągiem, bądź o własnych siłach, zastępy podróżników i wczasowiczów o rozpalonych mitycznym żarem Machu Picchu, wyobrażeniach.
Angelito
- Uno, dos, tres … ¡Vámonos! – Manda el indio.
Pero después un momento, parece claro que otro intento se acabó en nada.
Durante media hora, cinco hombres andando en el agua hasta el cuello, tratan empujar el bote hasta las cataratas de dos metros en el herrumbroso de taninos, impetuoso Río Carrao. Las ondas del agua espumosa golpean cuerpos con
una fuerza implacable. Todo el tiempo, alguien se vuelca en rocas resbaladizadas, corriente lleva a alguien otro. A veces, la canoa parece mas una protección contra el agua cayendo con gran velocidad y fuerza, que el objeto de esfuerzos infructuosos. Durante la sequía de seis meses, el nivel del agua bajó tanto, que las operaciones similares vamos a repetir más que veinte veces durante el viaje de siete horas por río.
Dos indios, dos Polacos y un Italiano deciden pagar el precio de la fatiga, heridas, quemaduras, tumores, empapada completa de la ropa y de los zapatos para lograr solo uno objetivo – llegar al Salto Ángel, la cascada más alta del mundo.
Sin embargo, esta historia comenzó en otras partes. Su principio tuvo lugar siete días antes y ciento cuarenta kilómetros de distancia en uno de los muchos, olvidados por Dios pueblos venezolanos – La Paragua.
W kierunku Machu Picchu, czyli w imperium Inków cz. II
W ten sposób dotarliśmy do miejsca, gdzie skończył się trud i znój a rozpoczął piękny etap tej wędrówki. Ostatnia, najwyższa przełęcz nie dostarczyła już tak wiele trudu jak dwie poprzednie. Znacznie łagodniejsze podejście uczyniło wysokość czterech tysięcy sześciuset metrów niestraszną. Dzięki temu, że pot nie spływał już obfitością potoków z czół, a myśli nie koncentrowały się wyłącznie wokół zmęczenia i podstawowych potrzeb organizmu, można było unieść wreszcie głowę i skupić się na pięknie otaczającego świata.
W imperium Inków
Podróż po Peru zaczęliśmy dość nietypowo. Podczas gdy większość turystów kieruje się w miejsca powszechnie znane, takie jak chociażby: Machu Picchu, Cusco, Nazca, czy Lima, my wylądowaliśmy w Puerto Maldonado. Miasto to pomimo, iż jest stolicą prowincji nie ofiaruje specjalnie nic ciekawego. Jest to ostatnia miejscowość peruwiańska przed granicą z Boliwią. Zbudowane zostało wśród lasów
równikowych, w które Peru obfituje. Przebiega przez nie także, a w zasadzie winnym stwierdzić, że będzie przebiegać, gdyż imponujący most wiszący nad rzeką Madre de Dios nie został jeszcze otwarty, interoceaniczna autostrada, która, gdy zostanie ukończona, połączy atlantyckie wybrzeże Brazylii z Peruwiańskim Pacyfikiem, gdzie przetnie się także ze słynną autostradą Panamericana. Póki co jednak, transport przez rzekę odbywa się na małych barkach wyposażonych w malutkie motory i półtorametrowe rury zakończone śrubą, która wydając niezwykle rozpaczliwy dźwięk, mieli brązowe wody rio Madre de Dios, z trudem przeciwstawiając się wyjątkowo silnemu prądowi.
Wrota Nowego Świata
Pewnego pięknego, bezchmurnego i gorącego, marcowego dnia roku pańskiego 1741 na horyzoncie morskim karaibskiej perły w koronie hiszpańskiej pojawiły się żagle gigantycznej floty. Mieszkańcy wspięli się na miejskie mury,
których konstrukcję rozpoczęto sto pięćdziesiąt pięć lat wcześniej, po ataku jednego z najsławniejszych korsarzy w historii ziemskich mórz i oceanów Sir Francisca Drake’a, który splądrował miasto i oszczędził absolutną destrukcję tylko za cenę ogromnego okupu. Bystre i ciekawe oczy poczęły wpatrywać się w bandery powiewające na masztach przybyszy. Gdy dostrzegły charakterystyczne białe flagi z czerwonym krzyżem zaprzysięgłego, największego arcy wroga hiszpańskiej korony, przerażeni ludzie w pośpiechu podążyli do domów, sięgnęli po szpadle i zaczęli zakopywać swój dobytek.
“Kwiaty polskie”
Chciałbym przytoczyć fragment poematu Tuwima, najbliższy nam, mówiący o Rio de Janeiro:
“Kwiaty polskie”
Wierszu mój, dziwne twoje dzieje…
Bo pomyśl: Rio de Janeiro
Było tych kwaitów oranżerią
A tam (- Pamiętasz Orchideje,
Flor de Ipê, Jasmin do Cabo,
Maracujá i Flamboyanty,
Sześciopiętrowe drzew giganty,
Kwiatami obsypane krwawo?)
(…) I nagle – jakbym wonne żniwo
Garściami z miodnej łąki zgarniał
Z Copacabany, z Ipanemy,
Z Tijuca, Z Botafogo, z Leme
Wybuchła polskich słów kwiaciarnia.
(…) Błogosławiona eskapado!
Dziękuję. Muito obrigado
Za Rio i za wiersz wygnańczy.
I kolejny fragment:
Dziś w Rio dżdżysty polski dzień
I polskie chmury niebo kryją.
Jak okręt widmo, okręt-cień,
Dziś Łódź wylądowała w Rio.
Jak zawsze, deszcz wyciąga mnie
Na spacer… Awenidą? Nie.
Od Krótkiej do Nawrotu. Potem
Sto razy tam i sto z powrotem.
Julian Tuwim 1949


